Juno - recenzja krytyczna | FILM.ORG.PL

Juno

Pozorna ekscentryczność i inność bohaterów ma być jednocześnie ich siłą, lecz staje się hipsterskim banałem.




Żółte szorty, tik-taki i ciąża




Tekst gościnny
24.10.2012


 

Autorem recenzji jest Juliusz Żebrowski

 

Dlaczego Michael Cera zawsze musi grać fajtłapę i nieudacznika-outsidera? Dlaczego scenariusz do „Juno” jest tak kiepski, a mimo to dostał Oscara? A dlaczego Ellen Page grająca szesnastolatkę jest taka sama jak Ellen Page w „Zakochanych w Rzymie”? Po co filmowi ta cała ekscentryczność i hipsterskość? Dlaczego tylko na tych sprawdzonych i wtórnych patentach opierają się współczesne teen movies?

Tyle pytań, a tak mało odpowiedzi. Jason Reitman tym razem wpadł w sidła twórczej bezsilności. „Juno” to jego najgorszy film. Wśród takich perełek jak „Dziękujemy za palenie”, „Kobieta na skraju dojrzałości” oraz „W chmurach”, prezentuje się blado. Młody Kanadyjczyk jest zdecydowanie jednym z najbardziej utalentowanych reżyserów, ale osobiście nie rozumiem fenomenu drugiego z nakręconych przez niego filmów.

Tytułowa Juno jest dziewczyną-„chłopczycą”. Kolegom się podoba, ale ci nie potrafią się do tego przyznać, bo raz, że żadna z niej naiwna cheerleaderka o blond włosach, dwa, że zawsze wie co powiedzieć, jest zdecydowana i mało przejmuje się tym co robi, co w oczach innych (dorosłych) czyni ją nieodpowiedzialną nastolatką. Poza tym ubiera się w jeansy i męskie koszule, lubi uprawiać seks z nudów i ma odpowiedź na każde pytanie. Taka właśnie jest Juno.

Oczywistym, głównym wątkiem jest tu nastoletnia ciąża i wyłaniający się z tego powodu temat dojrzewania. Filmowa konwencja jest taka, aby nie robić z ciąży dramatu, więc wątek ten potraktowano nie całkiem na poważnie. Mamy błyskotliwe dialogi, wszystko z dystansem i wyczuciem. Juno uprawia seks ze swoim chłopakiem Bleekerem, co widać już na początku (w zasadzie jest to namiastka kontaktu płciowego). Żadne z nich niestety nie pomyślało wcześniej o zabezpieczeniu, więc dziewczyna wpada. Pytanie dla bohaterki brzmi: co dalej? Rodzice dziewczyny nie wydają się robić z tematu wielkiej tragedii (co wychodzi filmowi na plus), ale też nie pochwalają wyczynów córki. Juno najpierw chce dokonać aborcji, później się rozmyśla, w końcu kończy się na tym, że decyduje się od razu po porodzie oddać dziecko do adopcji, dzięki czemu malec trafi do bezdzietnego małżeństwa, które wychowa je w rodzinie pełnej miłości i wzajemnego wsparcia. I tu zaczynają się schody.

Po pięciu latach od premiery tej, wydawałoby się, perełki wśród teen movies („Juno” trochę pasuje do tego podgatunku), ponownie sięgnąłem po drugi film Reitmana. Nie wiem dlaczego w 2007 r. nie uderzyła mnie tak potężna ilość banałów oraz schematycznie zbudowanych (i zagranych) postaci. Nie znałem za bardzo wiecznie dorosłej Ellen Page, która wówczas miała na koncie jedynie rolę w „Pułapce” czy fajtłapy Michaela Cery, który w ogóle był jeszcze nieznanym nikomu dzieckiem. [pullquote]Page cały czas jest dorosła, gra tak samo w każdym filmie, a jej aktorska maniera jest irytująca. Za dużo mówi, za bardzo chce być ironiczna.[/pullquote]

Po pięciu latach niewiele się zmieniło – Page cały czas jest dorosła, gra tak samo w każdym filmie (w trakcie niektórych dialogów z jej udziałem w „Zakochanych w Rzymie” miałem ochotę wyjść z kina), a jej aktorska maniera jest irytująca. Za dużo mówi, za bardzo chce być ironiczna. Nie wiem, może to wina tak a nie inaczej rozpisanych dialogów. Michael Cera to osobny rozdział. Zaczął jako wrażliwy nastolatek (można przyjąć, że „Juno” i „Supersamiec” to jego dorosłe debiuty), który mimo swojego outsiderstwa i nieśmiałości wcale nie jest takim żałosnym hipsterskim odludkiem i chyba jako taki skończy, bo w każdym swoim filmie właśnie takiego gra.

I co z tego, że z „Juno” mogła wyjść całkiem ciekawa, przyjemna i dowcipna zabawa z konwencją? Co z tego, że film w kilku momentach walczy ze schematami typowymi dla produkcji o niechcianych ciążach (do tego nastoletnich) i do tego powinien być niezobowiązującą, ale sensowną rozrywką? „Juno” podejmuje temat dojrzewania i akurat w tej materii nie wypada najlepiej. Obraz jest kompletnie niekonsekwentny i nawet utalentowany reżyser nie był w stanie zmienić wtórnego scenariusza. Beznadziejnie robi się od sceny rozmowy Juno z Bleekerem w szkole. Chłopiec w fikuśnej polówce, zajadający się tik-takami każdego dnia (jaki to fajny nałóg!), wyrzuca dziewczynie z dużym brzuchem, że jest nieodpowiedzialna, wredna i ochrzania ją za to, że złamała mu serce. Ale niedojrzały ten Bleeker, chodzący paradoks. Mimo to, kiedy później tata wciska Juno moralizatorską gadkę, że powinna znaleźć osobę, która będzie ją kochać taką jaka jest, ta wygrzebuje z siebie miłość do Bleekera i biegnie do niego bez zastanowienia. Jakie urocze. Gdzie tu dorastanie, skoro ślepa miłość jest rozwiązaniem na wszystko?

Na siłę Diablo Cody dodaje do całości wątek dziwnej więzi Marka – przyszłego taty nienarodzonego, adoptowanego dziecka – z Juno. Pachnie tam jakimś nieszczęśliwym i tanim romansem, ale pomijając to, więź ta opiera się na wspólnych zainteresowaniach filmowo-muzycznych. Bohaterowie wspólnie oglądają tandetne horrory i pożyczają sobie muzyczne albumy. Skądś to znamy, prawda?

„Juno” nie wybija się ponad przeciętność, charakterystyczną dla typowych teen movies. Pozorna ekscentryczność i inność bohaterów ma być jednocześnie ich siłą, lecz staje się hipsterskim banałem, pójściem na łatwiznę, bo opakowanie to nie wszystko. Bleeker biega w żółtych szortach, zajada się tik-takami, nosi polówki w paseczki, jest słodziutki i pocieszny. Juno nie lepsza, bo dokonuje się w niej uczuciowa metamorfoza. Gdzie więc tkwi fenomen „Juno”? Pytań przybywa, odpowiedzi brakuje.

Tekst gościnny

Tekst gościnny

Jeśli potrafisz pisać recenzje lub artykuły filmowe (które zazwyczaj lądują w Twojej szufladzie), a chciałbyś zaprezentować się przed tysiącami czytelników, możesz gościnnie publikować na naszej stronie! Przy większej i regularnej liczbie tekstów, takie osoby takie dopisujemy do stałej współpracy.
Napisz do nas: wspolpraca@film.org.pl
Tekst gościnny






  • Adam Nguyen

    Moim zdaniem chybiona krytyka. Widać, że autor zamiast po prostu film obejrzeć, podszedł do obrazu „światopoglądowo”, wyczulony na punkcie „hipsterskich banałów”, których w Juno tak naprawdę nie ma.

    Wiem skąd to się bierze. Wiem, że Page posiada pewną manierę, która może niektórych wkurzać. Ale „hipsterskość” Juno jest powierzchowna. Film jest taki jedynie w sferze stylistyki, bo główna bohaterka jest tomboyem, a rodzina jest nieco inna (zresztą bez przesady, nie każdy ekscentryczny gówniarz to od razu hipster), ale sam scenariusz nie serwuje nam żadnych bełkotliwych, pseudofilozoficznych farmazonów na temat życia i macierzyństwa. Nie ma tu nachalnego wywyższania nonkonformistycznej geekowatości, czy nie wiadomo jakiego pierdolenia o szopenie (czy co tam autor rozumie jako „hipsterskie banały”). W ogóle myślę, że autor przecenił ekscentryczność bohaterów, jako rzekomą reklamowaną zaletę filmu.

    To podejście, dobrze widać w przypadku oceny gry aktorskiej Page i Cery. Bo przepraszam ale co „Zakochani w Rzymie” mają do „Juno”? Co ma do rzeczy to jak szufladkowany jest Cera, czy jak Page wypada w innych filmach i w jaki sposób prowadzi swoją karierę? Coś jest nie tak, gdy oceniając grę aktorów, recenzent jako głównych argumentów używa innych filmów.

    O ten „kiepski scenariusz”, też można się kłócić. Bo autor najpierw pisze, że jest „błyskotliwie, z dystansem i z wyczuciem”, a później, że film jest niekonsekwentny, a w scenariuszu pełno banałów. O jakiej niekonsekwencji czy banałach mowa? Bo chyba nie o tym, że „ślepa miłość rozwiązaniem na wszystko” jest morałem tego filmu, bo jeżeli tak to chyba oglądaliśmy dwa różne obrazy.

    Nie rozumiem, też zarzutu co do wspólnych zainteresowań Juno i Batemana. Zwłaszcza, że ten drugi, ani przez moment nie traktował tego jako flirtu, a film nie sprzedał tego wątku jako „taniego romansu”.

    Juno ameryki nie odkrywa, ale nie sili się na nie wiadomo co i nie jest też „hipsterskim banałem”.

    • Paweł

      Mnie ostatnio bawi popularność słów takich jak: hipster, protagonista i antagonista. Szczególnie dwa ostatnie są żałosnymi kalkami językowymi, które nie powinny znajdować miejsca w recenzji filmowej.

      • Scarlet Pumpernickel

        Nastąpił zalew „hipsterki” (mam na mysli napuszoną, pretensjonalną lanserke) i raz po raz się im dostaje – dlaczego nie? W receznji autor oczywiscie strzelił kula w płot, ale to już zupełnie inna sprawa. Co do protagonisty/antagonisty – pisząc o żałosnych kalkach językowych masz na mysli język angielski? Przecież to słowa wywodzące się z greckich tragedii i obecne w naszym języku od lat.

      • luki

        To jak chcesz analizować film nie używając podstawowych określeń takich jak protagonista i antagonista… Ludzie to że oglądacie filmy nie znaczy, że możecie się mądrzyć na temat używanego w analizach filmowych języka:D

  • rammek

    film mozna obejrzec tutaj bez limitow wystarczy rejestracja, czasem tylko serwery przeciazone… polecam :)

    http://www.kinomaniak.tv/pp/rammek88

    • Scarlet Pumpernickel






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Skyfall

Następny tekst

Skutki miłości



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE