nowości kinowe

John Wick

Keanu Reeves szaleje na ekranie w kinie zemsty „John Wick”, które bardziej urzeka ciekawie wykreowanym światem niż fabułą.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

John_Wick_TeaserPoster

Filmy sensacyjne mają to do siebie, że łatwiej przymknąć oko na wszelkie klisze, fabularne niedociągnięcia, jednowymiarowych bohaterów bądź słabe dialogi, jeśli realizacja stoi na dobrym poziomie, a akcja porywa. Trudno nazwać to sztuką, bo rzadko kiedy ten gatunek robiony jest z wyższych pobudek niż dostarczenia widzom rozrywki, ale gdy pojawia się dziełko, które zaskakuje nas czymś więcej niż dynamizmem, choreografią walk i strzelanin czy wybuchowością, warto mu się przyjrzeć. „John Wick” stanowi przykład takiego filmu – fani gatunku docenią rzemieślniczą robotę, a i inni mogą dostrzec świeże podejście do tematu, objawiające się w stylu oraz ciekawie nakreślonym świecie.

Tuż po pogrzebie zmarłej na raka żony tytułowy bohater otrzymuje od niej pośmiertny prezent w postaci słodkiego szczeniaka. Ma on mu pomóc w szybszym wyjściu z żałoby, i Johnowi rzeczywiście jest jakby łatwiej z psiakiem u boku. Nie trwa to jednak długo. Pewnej nocy Wick zostaje zaatakowany we własnym domu, z którego napastnicy kradną jego samochód, zaś małego czworonoga zabijają. I wtedy okazuje się, kto jest kim w tej historii – Wick był kiedyś najskuteczniejszym płatnym zabójcą, pracującym również dla potężnego szefa mafii, Viggo, prywatnie ojca jednego ze złodziei. Gdy początkowe próby rozmowy z Johnem nie przynoszą rezultatu, szef wysyła wszystkich swoich ludzi, aby go zlikwidowali.

John-Wick-Keanu-Reeves2

Jest w „Johnie Wicku” sporo oryginalności, która nie pozwala przejść obok tego tytułu obojętnie. Po pierwsze, nieczęsto zdarza się kino zemsty, w którym bohater bierze vendettę za śmierć swojego zwierzaka. Brzmieć to może cokolwiek zabawnie, wręcz kuriozalnie, lecz jeśli pomyśleć o tym przez chwilę, to większe wrażenie może na nas zrobić zgon słodkiego szczeniaka niż stos trupów, jaki zostawia po sobie tytułowy zabójca. Nie mówimy tutaj o kilku czy kilkunastu zabitych, lecz o prawdziwym pogromie – ponoć reżyser zapytany, ilu ludzi ginie z ręki Wicka, odpowiedział, że ponad 80. Liczba sama w sobie może robić wrażenie, lecz jeśli zestawić ją z obrazem skopanego pieska, wydaje się być tylko ćwiczeniem z arytmetyki. Wick zabija bezrefleksyjnie, rzadko poświęcając swoim przeciwnikom więcej niż dwie sekundy i dwa strzały. Jestem ciekaw, czy to anonimowe mięso armatnie wie chociaż, za co ginie.

Wszyscy natomiast (z wyjątkiem bezmyślnego syna Viggo i jego kumpli) doskonale wiedzą, kim jest John Wick. Jego renoma i sława są tak powszechnie znane, że nawet policja woli odpuścić i nie wchodzić do jego domu po ewidentnej strzelaninie. Nazwany przez rosyjskich gangsterów Babą Jagą wydaje się postacią niemal mityczną, co pomaga twórcom zarówno w tworzeniu wyraźnie lżejszych scen, gdy przeciwnicy Wicka wpadają w popłoch na sam dźwięk jego imienia oraz w sekwencjach akcji, które ukazują bohatera jako człowieka nie do zdarcia. Co nie znaczy, że i jego nie obowiązują pewne reguły.

wicky-wicky-wick-interview-john-wick-s-keanu-reeves-in-my-own-private-dialogue

I właśnie to wydaje się być najciekawsze w filmie debiutującego Chada Stahelskiego. Ten świat kryminalistów z wyższej półki, zarysowany mocno i pewną ręką, nie robiący jedynie za tło historii, a jej integralną część. Hotel „Continental” czyli azyl dla zawodowych zabójców, stanowiący również ziemię świętą, na której nie można walczyć; złote monety jako najwyższa forma płatności; specjalna ekipa sprzątająca, którą można wynająć dzwoniąc do restauracji i „zamawiając stolik 12” – dzięki tym i innym elementom dosyć standardowa historia zemsty Johna Wicka nabiera rumieńców, jednocześnie tworząc coś na wzór anegdoty. Jedna z wielu opowieści, których to miasto i ta zamknięta społeczność jest pełna. Jeszcze jedna krwawa misja Wicka, o której później będzie mówił każdy.

Film jednak nigdy nie przekracza granicy zgrywy, nie idzie też w stronę typowej dla Tarantino postmodernistycznej zabawy. Komiksowa wręcz stylistyka zaskakująco dobrze współgra z dramatem niezniszczalnego mściciela, który z oporami wraca do swojej dawnej profesji. Jest w tym filmie coś z Johna Woo, również umieszczającego swoje quasipoważne sensacyjne historie w świecie zranionych herosów, potrafiących dziesiątkować zastępy wroga za pomocą każdej broni palnej, jaka wpadnie im w ręce.

4-2

Keanu Reeves już dawno nie zagrał tak „żywej” roli. Nie chodzi tu o wymagania fizyczne, choć w świetnie zainscenizowanych scenach akcji widać, w jak dobrej formie jest aktor znany z „Matrixa”. Odnajduje się zarówno jako mąż w żałobie, jak i bezlitosny cyngiel, nie unikając z jednej strony melodramatycznej pozy, a z drugiej nieco luźniejszych i humorystycznych elementów. Świetnie wpisuje się w tę konwencję również Michael Nyqvist w roli szefa mafii, często potrafiący wyrazić swoją sytuację zaledwie jednym spojrzeniem lub słowem. Pojawiają się też Willem Dafoe i Adrianne Palicki, oboje w rolach specjalistów od czarnej roboty, oboje niewykorzystani. On nie ma za bardzo co grać, ona jest przez cały film zapięta pod szyję.

Problem z „Johnem Wickiem” pojawia się, jeśli spojrzeć na samą fabułę, która od pewnego momentu sprowadza się już tylko do likwidowania przez bohatera zastępów bezimiennych, a często i pozbawionych twarzy, przeciwników. Nie ma to jednak być kino głębokie, więc nie wymagajmy od niego zbyt wiele. Podoba mi się, że twórcy nie montują scen akcji jak szaleni, dając czas na to, abyśmy zobaczyli Reevesa w akcji i przekonali się, że to rzeczywiście on bierze udział w tych wszystkich obłędnych strzelaninach. Nie podoba mi się natomiast fakt, że chyba każdej scenie akcji towarzyszy głośna i zbyteczna muzyka. Jest to film, w którym zaletą może być sposób, w jaki główny bohater trzyma pistolety, a wadą świadomość, że Wick wyjdzie z każdej opresji. Bo wyjdzie.

 

Ostatnio dodane