Jimmy P. - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Jimmy P. (prosto z Cannes)

Bardzo dobre zdjęcia, inteligenty i dopięty na ostatni guzik scenariusz, muzyka Howarda Shore’a, która świetnie współgra z przedstawioną historią.




Sesje terapeutyczne




Filip Jalowski
20.05.2013


Francuzi stoją za swoimi twórcami murem. Każdy seans filmu zrealizowanego przez francuskiego reżysera zapełnia całe sale. Arnaud Desplechin jest ponoć jednym z narodowych ulubieńców. Nawet dziś, przed seansem o godzinie 22:00 (premiera filmu miała miejsce wczoraj), pod kinem ustawiła się długa kolejka pełnych nadziei na wejście kinomanów. Dodatkowym wabikiem był Benicio Del Toro, który w „Jimmym P.” odgrywa główną rolę męską. Film, znany również pod tytułem „Psychotherapy of a Plains Indians”, został zrealizowany na podstawie powieści Georgesa Devereux. Antropolog, psychoanalityk oraz specjalista od amerykańskich kultur indiańskich opisuje w niej proces leczenia jednego ze swoich pacjentów. Nie trudno domyślić się, że chodzi o tytułowego Jimmiego Picarda, w którego wciela się nie kto inny, jak zaanonsowany kilka wersów wyżej Benicio Del Toro.

Akcja filmu rozgrywa się w latach czterdziestych. Jimmy jest członkiem jednej z najbardziej szanowanych rodzin w amerykańskim plemieniu Czarnych Stóp i weteranem II wojny światowej zarazem. Na froncie stał się ofiarą wypadku. Wypadając z wojskowej ciężarówki niefortunnie uderzył głową o ziemię. Od tego czasu nękają go napady paniki, okropne bóle głowy, problemy z widzeniem oraz oddychaniem. Czasem zdarzają się również chwilowe paraliże oraz utraty świadomości. Z racji tego, że mężczyzna jest weteranem, przysługuje mu opieka szpitala wojskowego. Jimmy bezbłędnie przechodzi wszystkie badania mające określić stan jego mózgu oraz narządów wewnętrznych. Lekarze stwierdzają, że problem pacjenta musi posiadać podłoże psychiczne. Właśnie wtedy na scenę wkracza doktor Georges Devereux, który przy użyciu nacechowanej obcym akcentem angielszczyzny zaczyna swoją psychoanalityczną terapię.

„Jimmy P.” to właściwie teatr dwóch aktorów. Film skupia się głównie na relacji pomiędzy postaciami Del Toro oraz Mathieu Amalrica. W tego typu produkcjach aktorstwo jest sprawą absolutnie kluczową, ponieważ bohaterowie niemal nieustannie znajdują się w centrum kadru, ściągają na siebie całą uwagę widza. Obaj Panowie spisują się w swoich rolach doskonale.

Po seansie Karol słusznie zauważył, że gdyby „Jimmiego P.” zrealizowało jakieś znaczące studio amerykańskie, to Del Toro byłby jednym z głównych kandydatów do odebrania złotej statuetki w Kodak Theathre. Rola Indianina nękanego przez życiowe traumy była niezwykle łatwa do przeszarżowania. Del Toro mógł miotać się z kąta w kąt, być zbyt dosłowny w gestykulacji, dykcji, mimice. Dzieje się jednak zupełnie inaczej. Jego postać to maksymalnie przekonywująca interpretacja. Lekko ociężały, raczej introwertyczny i nieco ekscentryczny Jimmy Picard od razu przekonuje do siebie widza. Almaric w roli ponadprzeciętnie oryginalnego doktora również spisuje się świetnie. Idealnie odgrywa rolę człowieka, który pomaga, ale i sam potrzebuje pomocy ze strony drugiego człowieka. W epizodycznej, acz wyrazistej i ważnej roli pojawia się również Gina Mckee, która z miejsca czyni antropologa postacią bardziej ludzką, bliższą ludziom pokroju Jimmiego, a nie bezimiennym postaciom w lekarskich kitlach i sterylnych pomieszczeniach.

Film Desplechina ogląda się z takim samym napięciem, jak kryminał, w którym oczekujemy na rozwiązanie zagadki. Z każdą sesję terapeutyczną dowiadujemy się więcej na temat przeszłości Jimmiego i zaczynamy rozumieć dlaczego jego życie odcisnęło na jego umyśle tak silne piętno. Reżyser nie jest jednak zbyt dosłowny. Nie mamy do czynienia z użalaniem się nad losem bohatera, nikt nie chce zmusić widza do płaczu. Wszystko wykonane jest niezwykle ucziciwie oraz solidnie – bardzo dobre zdjęcia, inteligenty i dopięty na ostatni guzik scenariusz, muzyka Howarda Shore’a, która świetnie współgra z przedstawioną historią.

Arnaud Desplechin tworzy bardzo dobry film, a Del Toro gra w nim chyba rolę życia. Tegoroczna nagorda aktorska na festiwalu w Cannes jest jak najbardziej w jego zasięgu. Ja mu kibicuję.












Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

The Missing Picture (prosto z Cannes)

Następny tekst

Death March (prosto z Cannes)



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE