nowości kinowe

Jesteś Bogiem

Chaotyczny obraz nie zespołu i nie do końca człowieka. Stosunkowo kompetentny, ale bezjajeczny i nużący.

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

Autorem recenzji jest Jan Steifer.


Choć autorytet to dla mnie żaden, Kuba Wojewódzki zaciekawił mnie swego czasu swoją opinią na temat „Jesteś bogiem” pisząc, że jest to film szary i – przede wszystkim – do bólu gorzki. Zastanawiające wydawało mi się to, że owe cechy miały być atutem filmu, bo w końcu, cholera, który polski film taki nie był? A może rzeczywiście ten obraz zrobił z tych cech swój atut?

W życiu przechodzi się przez pewne etapy – po raz pierwszy ogląda się „Fight Club”, słucha „Stairway to Heaven” na okrągło, trafia po pijaku na koncert Kultu na Juwenaliach, przez pewien czas fascynuje się Paktofoniką, a jak się ma to szczęście to jeszcze znajdzie się płytę Kaliber 44. Przechodziłem przez to wszystko, ale nigdy nie stawałem się wielkim fanem. Choć do dziś na moim odtwarzaczu od czasu do czasu wyskoczy PFK to są raperzy i grupy, które cenię znacznie bardziej (nie szukając daleko – wspomniany Kaliber 44). Mimo to podszedłem do filmu Leszka Dawida z zainteresowaniem, bo filmowa egzystencja przyzwyczaiła mnie, że biografie muzyków obfitują w emocjonujące fabuły.

 

 

„Nie masz co wspominać? Lepiej swe życie zmień!”

 

 

W sieci znaleźć można krótki filmik z konferencji prasowej filmu, w którym średnio rozgarnięty dziennikarz pyta Fokusa i Rahima czy ich życie było tak nudne, jak pokazano w filmie. Jeden z raperów, obrażony, ripostuje, że jego życie było bardziej interesujące od życia pytającego. Zakładając prawdziwość wydarzeń przedstawiony w filmie – śmiem wątpić. Z tego obrazu o obu panach dowiadujemy się tylko, że ten pierwszy miał babcię i ojca, a ten drugi zawsze miał na bilet do domu. Historia, jak na opowieść o powstaniu Paktofoniki, w pewnym momencie po prostu zaczyna milczeć o partnerach Piotra Łuszcza i zmienia się w jego historię.

Zmierzam do tego, że scenariusz jest po prostu źle napisany. Chaos i niezdecydowanie wyziewa z niego z każdą chwilą. Na początku śledzimy tylko dwóch chłopaków stawiających pierwsze kroki w rapowaniu, podczas gdy Magik jest trochę owianą tajemnicą personą znaną już w środowisku. W drugiej części filmu skupiamy się na nakręcającym to wszystko Magiku i jego problemach z rodziną, pieniędzmi oraz paranoją. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby jeden kawałek dopełniał drugi. Gdyby Fokus i Rahim mieli tu jakiekolwiek znaczenie, nie mówiąc już o osobowości. Z perspektywy filmu ich zaangażowanie w powstanie grupy jest wyjątkowo ograniczone. Wynika z niego, że to Magik był de facto liderem i motorem napędowym wszystkich kawałków. Scenarzysta wsadził ich do tej fabuły chyba tylko po to, bo musiał. Co z nimi zrobić nie miał pojęcia. Wydaje się, że w pewnym momencie, ktoś na planie dał aktorom, Dawidowi Ogrodnikowi i Tomaszowi Schuchardtowi, na taksówkę i posłał do Mikołowa, czy gdzieś, bo i tak nie mieli, co grać. O postaciach, w które się wcielili można powiedzieć tyle, że jeden jest wiecznie spięty, a drugi to trochę pierdoła z deficytem pewności siebie. Podejrzewam, że więcej cech charakteru można wymienić u postaci ze Smerfów.

 

 

Magik w pewnych momentach sprawia wrażenie osobowości, postaci, którą warto śledzić. Szybko jednak zmienia się to, gdy staje się rozwydrzonym „artystą” krzyczącym na kumpli, zdradzającym żonę i żebrającym o pieniądze. Jak najbardziej jestem za przedstawianiem „legend” od ludzkiej strony – popełniających błędy i mających problemy, ale tutaj scenarzysta nie pokazuje legendy. Nie pokazuje jej tak bardzo, że ja – słuchający z przyjemnością Paktofoniki i przede wszystkim Kalibra 44 – nie potrafię dostrzec, co wyjątkowego jest w Magiku. To postać irytująca, niezbyt czarująca, a jego talent dostrzegłem głównie w elementach ścieżki dźwiękowej. To jest artysta, którego cenią miliony? To jest ta legenda? Mój kumpel nazywa syndrom uwielbienia dla tego człowieka „nekrofilią artystyczną” i wydaje się, że film zdaje się popierać tę tezę. Niby wszyscy rozpoznają Magika, a na koncertach pojawiają się tłumy, ale dlaczego? Co w nim jest wyjątkowego, pytam film. A film nie odpowiada i serwuje mi kolejne sekwencje z typowego polskiego dramatu – brak pieniędzy, szaro, buro, gorzka winda, zdrada, nieudane małżeństwo. No i wreszcie – werble – samobójstwo. Jego największe osiągnięcie. „Nekrofilia artystyczna.”

A ja chciałbym poczuć tę postać. Chciałbym, żeby mnie zainspirowała. Najbliżej tego był fragment na pierwszym koncercie PFK w klubie, gdzie Magik zostaje sam na scenie. Jest to najlepszy moment w tym obrazie w ogóle. Tego właśnie brakowało w filmie o Magiku. Mówię w „filmie o Magiku”, bo jako „film o Paktofonice” został spalony już dawno, gdy potraktował powstanie zespołu po łebkach, skacząc od sceny do sceny raz-dwa.

Niezależnie od tego, jak go określimy, aktorsko ogólnie prezentuje się przyzwoicie i nie dziwię się, że Marcin Kowalczyk został wyróżniony za swoją rolę na festiwalu w Gdyni. Należało mu się, bo wyciska z niej, ile się da. Mimo to najciekawszym z całej ekipy okazuje się być Gustaw, menadżer zespołu. Choć na początku podchodzimy do niego z dystansem, pamiętając poprzedniego „menadżera”, tak trudno nie uśmiechnąć się widząc jego desperację i zaangażowanie w powstanie pierwszej płyty. Facet kupuje mnie od razu i jest w tym duża rola grającego go Arkadiusza Jakubika. Jego budzące sympatie lico to miła odmiana po patrzeniu na Schuchardta wyglądającego wciąż, jakby chciał przywalić operatorowi, matce jego sąsiada i psu z naprzeciwka.

„Z próżnego nie nalejesz, bez większego trudu!”

 

Nasze podwórko jest rzeczywiście tak szare, że nawet „legendy” są nudne i nieciekawe? „8 mila” pokazała, że wśród szarości można znaleźć fascynującą historię prezentując biografię fikcyjnej wersji Eminema. Tutaj opowieść snuje się bez uczucia do znanej wszystkim konkluzji, a ja zerkam na zegarek. Może rację mają krytycy Paktofoniki. Może to Łona albo Pezet wydający już w podobnym okresie, powinni dostać film, a nie zespół ze Śląska. Czy to słaby scenariusz, czy o tych ludziach po prostu nie dało się niczego powiedzieć?

Bo tu nic nie ma. Ani jednej sceny wartej wspomnienia, ani jednej postaci nie do zapomnienia, ani jednego dialogu do przywołania. Przede wszystkim brak emocji pociąga za sobą brak zaangażowania. Fanom PFK ma szansę się spodobać, gdyż wnoszą do sali kinowej ładunek emocjonalny związany z ulubionym artystą. Jednak ktoś nie znający ich raczej szybko o nim zapomni. Bo ten film ulatuje „jak ulotna plotka”.

 

 

Ostatnio dodane