nowości kinowe

Jesteś Bogiem

„Jesteś Bogiem” mogło być niebanalną historią o trzech indywidualnościach, zmieniających oblicze polskiej popkultury i muzyki. W rzeczywistości jest to zaledwie przyzwoity, tematycznie zrealizowany po łebkach film skupiający się mocno na liderze Paktofoniki.

Autor: Michał Chudoliński
opublikowano

Autorem recenzji jest Michał Chudoliński

 

Wchodziłem na salę kinową z wielką ochotą zobaczenia czegoś, co mnie naprawdę poruszy. W końcu „Jesteś Bogiem” dzieje się w czasach mojej młodości, okresie szkolnym. Miałem nadzieję zobaczyć wyrazisty portret naszej narodowej bylejakości – jak wygląda osiedlowe prawo pięści w otoczeniu dresów z ich „nienaganną” prezencją i gestem, jak marzenia są gnojone przez troskliwych (albo kompletnie biernych) rodziców. Chciałem rzetelnej analizy przekonania, że jeśli nie masz pleców bądź dostatecznie się nie podlizujesz, to możesz liczyć tylko na siebie i łaskę innych. Dodatkowo miałem nadzieję, że twórcy wytłumaczą mi fenomen Paktofoniki w tym właśnie konkretnym kontekście – co prawda czasami trafiałem przypadkowo na ich piosenki na szkolnych korytarzach i wśród znajomych, ale niespecjalnie zagłębiałem się w temat hip-hopu.

 

Akcja filmu zaczyna się krótko po tym, jak Magik (przyszły lider Paktofoniki, lider niezwykle twórczy i wrażliwy) odchodzi z Kalibru44, aRahim dogaduje się z Fokusem – pragną stworzyć w polskim hip-hopie nową jakość.  Przekonują do tego Magika, ale trudno powiedzieć, żeby od tej pory tworzyli zgrany dream team. Wręcz przeciwnie, ekipie filmowej udało się pokazać, że życie twórcze tej trójki nie było usłane różami – widać kłótnie, zgrzyty, nieporozumienia, mozolne dochodzenie do kompromisów. Pierwsze próby przebicia się do publiczności, wrzaski i obelgi zgrai dzieciarni.

 

 

Główną treścią tej opowieści jest jednak próba sięgnięcia po marzenia na przekór prozie życia i notorycznemu brakowi pieniędzy. Na tle robotniczego Śląska, gdzie ciągle się wierci, naprawia, buduje, sprzedaje, a większość dzieci chodzi do zawodówek, skręcając śrubokręty.

Przez pierwszą połowę filmu byłem nawet usatysfakcjonowany. Aktorzy odgrywający główne role naprawdę się przyłożyli, by dobrze oddać osobowości raperów.  Rzeczywiście pokazują umiejętności raperskie, widać, że poświęcili godziny na to, by słowotok i szybkość wypowiadanych z prędkością AK-47 słów brzmiały profesjonalnie.

Poczułem też tę szarość rzeczywistości w kraju, którego mentalność – żeby zacytować Ryszarda Kapuścińskiego – przywodzi na myśl mentalność krajów III świata. „Jesteś Bogiem” jest mocno osadzone w tych realiach i nie pieści się z widzem. Nawet jeżeli jesteś gwiazdą i władasz wyobraźnią tłumu spijającego słowa z twoich ust, to przecież borykasz się z takimi samymi problemami, co twoi fani – z brakiem funduszy, wyrolowaniem przez menedżera, konfliktem z dziewczyną, koniecznością utrzymania spodziewanego dziecka, utratą najbliższych, marną sytuacją. Jest ciężko – chociaż jednak nie tak, jak chociażby w „Placu Zbawiciela”, po seansie którego jedyne, na co ma się ochotę, to wziąć żyletkę w wiadomym celu.

 

O ile film do końca utrzymuje pewną wizję i założenia, to w pewnym momencie traci z pola widzenia horyzont. Historia się rozmywa, traci punkt zaczepienia. To takie uczucie podobne do biegania – filmowcy przyzwyczajają nas do określonego tempa, a my łudzimy się nadzieją, że kiedyś nastąpi flow, że film nas porwie, zmieni w nas coś, otworzy przed nami nowe granice, uwrażliwi nas na pewne zjawiska. W „Jesteś Bogiem” to tempo spada, fabuła natomiast skupia się zbyt mocno na Magiku. Właściwie nie robię z tego zarzutu – doskonale to rozumiem. Piotr Łuszcz to postać, bez której nie byłoby mowy o Paktofonice. To on odpowiadał za najlepsze teksty, był motorem działania, źródłem kreatywności zespołu, nadawał ton i konwencję. Rozumiem to, niemniej bohater grany przez Marcina Kowalczyka rozmywa się, przestaje być interesujący. Jego dramaty są niejako odarte z kontekstu i retrospekcji. Myślałem, że w filmie zobaczę większe odwołanie do Kalibru 44, do innych raperów i hip-hopowców, szerszy obraz sceny muzycznej wychodzący poza stereotypy. Tak się niestety nie stało. A propos stereotypów – pojawiają się w filmie i momentami są zbyt proste, wyświechtane, tanie. Wspomnę jedynie o scenie z rockmanami w studiu nagrań. Potrafię przyjąć do wiadomości to, że oglądam film o raperach i że będę miał do czynienia z ich wyobrażeniem pewnych spraw, z ich perspektywą. Zabolało mnie jednak, gdy zobaczyłem rockmanów – obleśnych  prymitywów. Nie było to dla mnie przekonujące.

Mam jeszcze jeden zasadniczy problem – z puentą filmu. Przypomnę tylko, że film był reklamowany hasłem „Nawet jeśli wszyscy już w ciebie zwątpili, pokaż, że się mylili”.

 

Myślałem, że obejrzę inspirujący film o ludziach walczących z przeciwnościami losu. Prawda jest taka, że Magik nie wytrzymuje. Zabija się, przytłoczony problemami, troskami, manipulacjami menedżera. Gdy do tego dochodzi, dociera do nas tragizm i przygnębiający charakter całej sytuacji. To prawda, ze Magik do końca nie odszedł – w końcu jego teksty żyją, ludzie przychodzą na koncerty. Nie trzeba śpiewać, bo oni śpiewają sami – z takim poziomem ekstazy mamy do czynienia. Niestety, tego właśnie na koniec nie odczułem. Być może ten moment niepostrzeżenie mi umknął, albo (co bardziej prawdopodobne) został przysłonięty przez cyniczne realia, z jakimi po śmierci Magika musieli się zmagać Fokus i Rahim – ostatecznym rozmówieniem z wytwórnią, zamknięciem rozdziału swojego życia o nazwie Paktofonika. To nie było inspirujące. Raczej smutne i gorzkie. Jak egzystencja na tym padole dla większości z nas. Chyba nie o to chodziło – albo ludzie od marketingu filmowego pomylili się przy opracowywaniu haseł na plakaty.

 

„Jesteś Bogiem” to paradokumentalny dramat, słabo wywiązujący się z ambicji dokumentalnych – kontekst popkulturowy jest słabo zarysowany, kilka ważnych postaci jest pominiętych, nie widać, jaki był zasięg wpływu Paktofoniki również na dzisiejszych muzyków. To nawet nie jest film o zespole muzycznym, tylko o jej liderze, zawiązującym pakt z ambitnymi ludźmi, mającymi talent i swoje zdanie. Przyznaję, ciekawie wyglądają próby eksperymentowania z teledyskiem w montażu, przekonują mnie prawdziwe sceny w supermarkecie i przeświadczenie, że można się wybić tylko grając na chałturowych koncertach w domach handlowych i świątyniach konsumpcji. Cieszy Arkadiusz Jakubik grający menedżera-ciamajdę z dobrym sercem, ale tutaj znów filmowcy nie pokazali momentu jego przemiany, kiedy nagle zaczyna okrutnie wykorzystywać swoją władzę finansową. Owszem, obraz Leszka Dawida otworzył mi oczy na katowicką rzeczywistość oraz życie w rejonach robotniczych. Ale jako historia traci w pewnym momencie kierunek, czego nie są w stanie ukryć ani nostalgiczne zdjęcia notesu Magika, ani jego wzywanie do walki.

Poza tym, jak przekonać się do słów człowieka, który sam nie wytrzymał presji? Mam z tym niemały kłopot.

Ostatnio dodane