JA, FRANKENSTEIN - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Ja, Frankenstein

Twórcy „Ja, Frankenstein” najwyraźniej nie rozumieli, że kiedy reanimuje się trupa, trzeba wszczepić mu serce.




Kac Frankenstein




Grzegorz Fortuna
26.01.2014


fpPopkultura rządzi się swoimi prawami. Niektóre gatunki i konwencje ewoluują i pozostają w mainstreamie przez lata, inne zanikają, by powrócić kilka dekad później w glorii i chwale. Istnieją też takie podgatunki, które cieszą się popularnością przez krótką chwilę, po czym zostają z głównego nurtu wyparte i – często bardzo słusznie – szybko zapomniane. Jeśli pamiętacie koniec lat dziewięćdziesiątych i początek nowego tysiąclecia, wiecie na pewno, co było wtedy cool – spowolniony balet z „Matrixa” uważano za szczyt finezji w kategorii kręcenia scen akcji, „Underworld” wydawał się ciekawą próbą przeniesienia wiktoriańskich potworów do współczesnej scenerii, a Wesley Snipes w czarnych okularach wyglądał kozacko. CGI było co prawda w fazie prenatalnej, ale mało komu to przeszkadzało, bo liczył się design broni białej, efektowność machania nią i efektywność w uśmiercaniu potworów.

Ten krótki i raczej zabawny z dzisiejszej perspektywy okres dawno już przeminął – czasem pojawią się co prawda niedobitki w postaci kolejnych części „Underworlda”, ale to pojedyncze przypadki, pozostające gdzieś na obrzeżach współczesnej popkultury. Nikt nie traktuje ich zresztą poważnie. Aż tu nagle do kin wchodzi „Ja, Frankenstein” – film, który wygląda tak, jakby nakręcono go na fali popularności „Blade’a”, gdzieś w okolicach 2001 roku, po czym odstawiono na półkę z adnotacją „i tak nikt na to nie pójdzie; wypuścić prosto na DVD za kilka lat”.

Nie mam do reżysera Stuarta Beattiego pretensji, że swoje pierwsze duże hollywoodzkie dzieło zszył z ochłapów innych filmów – opowiada w końcu o monstrum Frankensteina, nie rozumiem natomiast, dlaczego postanowił wykorzystać jedynie elementy zepsute, nieświeże i cuchnące. Z „Underworlda” pożyczył zgniły korpus, zapleśniałą wątrobę wyjął ze wspomnianego „Blade’a”, „Van Helsingowi” urwał rozkładające się kończyny. Taki konstrukt nie ożyłby na ekranie nawet po przepuszczeniu przezeń potężnej dawki prądu.

f2

Beattie swojego filmu ożywić zresztą nie próbuje. Fabuła jest tak oklepana i banalna, że aż wstyd strzępić na nią klawiaturę. Z prologu dowiadujemy się, że monstrum Frankensteina doprowadziło do śmierci Victora, po czym tułało się po świecie aż do czasów współczesnych. Kiedy film na dobre się rozkręca, potwór (nazywany tutaj Adamem) trafia między dwie antagonistyczne armie – gargulców i demonów, kierowanych przez złego do szpiku kości Naberiusa (Bill Nighy, któremu nikt najwyraźniej nie powiedział, że nie występuje już we wspomnianym „Underworldzie”). Po drodze pojawia się oczywiście kobieta – pani biolog Terra Wessex (tak bardzo niedopasowana do roli, jak to tylko możliwe, Yvonne Strahovski), która ma rozwikłać zagadkę żywotności tytułowego bohatera. Resztę nietrudno sobie dopowiedzieć: demony i gargulce będą się tłukły w kiczowatym slow-motion, Adam stanie ostatecznie po stronie dobra, a wszystko tylko po to, by dobrnąć do wysilonego finału i zamknąć całość w osiemdziesięciu paru minutach projekcji.

Wady „Ja, Frankenstein” można by wyliczać w nieskończoność – dialogi brzmią, jakby pisał je gimnazjalista z problemami („Gdy spojrzałam w twoje oczy przed laty, widziałam zalążek duszy; teraz widzę w nich tylko mrok”), postacie zostały wycięte z podręcznika scenopisarstwa dla opornych, script doctoringiem nikt się nie przejmował, aktorzy wyglądają tak, jakby czekali jedynie na fajrant, a na efekty specjalne wyraźnie brakowało już budżetu. I dalej: scenariusz ma więcej dziur niż zwłoki zszyte przez ślepego wariata, a kicz jest bodaj jedynym stylem, którym potrafi operować reżyser.

f

Wszystko to wydaje się jednak nieistotne, bo największy problem „Ja, Frankenstein” tkwi gdzie indziej. Ten film jest tak bezdusznie odtwórczy, że po prostu nie chcę się go oglądać. Prawie każdy zły film ma jakiś element, dzięki któremu można by o nim napisać choć kilka ciepłych zdań – fajną scenę, sympatycznego bohatera drugoplanowego, no choćby jedną błyskotliwą linijkę wśród zalewu kiepskich dialogów. W „Ja, Frankenstein” czegoś takiego po prostu nie ma. Od pierwszej do ostatniej minuty ogląda się to jak kiepsko odgrzany kotlet, który ostatnie dziesięć lat przeleżał w zepsutej lodówce. To bodaj najbardziej ordynarny przykład scenariuszowego, reżyserskiego i producenckiego lenistwa, jaki pojawił się w polskich kinach od czasów zeszłorocznej „Szklanej pułapki 5”. Twórcy „Ja, Frankenstein” najwyraźniej nie rozumieli, że kiedy reanimuje się trupa, trzeba wszczepić mu serce.

Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna

Miłośnik polskiej kultury filmowej okresu transformacji, dawnego włoskiego kina gatunkowego, filmu grozy i współczesnej popkultury. Członek kolektywu VHS Hell. Zainteresowany wszystkim tym, co zapomniane lub niedocenione. Bardzo lubi kebab.
Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • bobzielarz

    W końcu normalna recenzja tego tałatajstwa. Już myślałem, że całe KMF zachwyca się tym badziewiem.

  • omojboze

    Bardzo zacny tekst – nie ukrywam, że podobne odczucia miałem po obejrzeniu zwiastunów. Ale z drugiej strony – dużo osób gromi mnie do dziś, że „jak to, VAN HELSING z Jackmanem Ci się nie podoba?”. Bo nie podoba mi się jak cholera, ale chyba i tak wypada lepiej, niż ten trup :)
    Chyba nigdy nie dowiem się prawdy, bo… nigdy produkcji JA, FRANKENSTEIN nie obejrzę.

  • Mefisto

    No nareszcie głos rozsądku :) No prawie, bo trudno mi się zgodzić z prologiem. Jak dla mnie niepomiernie bardziej śmiesznie jawi się obecne kino – pseudo mroczne, poważne do bólu, kiedy chodzi jedynie o zabawę i takoż gromkopierdne, nawet wtedy, gdy bohater sięga po tosta i kawę. I większość z takich obecnych dziełek to parodia sama w sobie, podczas gdy taki Blade to wciąż fajnie oglądające się, cool kino, które nie udaje czegoś czym nie jest i jedynie technicznie się postarzało.

    • Grzegorz Fortuna

      Widzisz, ja mam na przykład spory sentyment do kina akcji lat 80/początku 90, ale mam wrażenie, że ten gatunek, o którym wspomniałem, to naprawdę przeżytek, za którym mało kto będzie tęsknił. Owszem, pierwszy „Blade” był spoko, ale „Underworldy” i „Van Helsing” to już biega do kwadratu. Dzisiejsze kino akcji jest jakie jest, ale mam wrażenie, że nie jest już tak tandetnie efekciarskie, bo CGi się nieco opatrzyło :)

      • Mefisto

        No fakt, przywołane tytuły to bieda – tylko, że bieda ogólna, a nie zależna od stylistyki. Zły był skrypt i zły reżyser, który jedynie spełnił fetysz żonki biegającej w lateksie. Jego obecne filmy to przecież też bieda do kwadratu :)

        • Grzegorz Fortuna

          To prawda, ale wydaje mi się, że taka bieda była wtedy na topie. Dzisiaj też takie filmy powstają, ale już na szczęście bardziej na marginesie mainstreamu :)

  • helen

    Grzesiu, dzięki: już wiem czego nie oglądać. Fajny pomysł na tekst, bardzo mnie rozśmieszył. :D

    • Grzegorz Fortuna

      Dzięki! :)

  • Guest

    Zapytam z ciekawości. Jeżeli takiemu filmowi jak „Ja, Frankenstein” dajesz ocenę 1/10, to na jaką w Twojej opinii zasługuje kompletny gniot pokroju np. takiego „Totalnego kataklizmu” z 2008 r.?

    • Rafał Donica

      Przyłączam się do pytania ;). Jestem świadom minusów tego filmu, moja ocena – jak pisałem w recenzji – na pewno nie jest wolna od patrzenia na „Ja, Frankenstein” przez pryzmat mojej fascynacji tą postacią. Rozumiem i szanuję to, że film może się komuś nie podobać, ale oceny pokroju 1/10 czy 5% na Rotten Tomatoes uważam, kurcze, za lekką przesadę i pastwienie się nad filmem ;). Cóż, przykro mi trochę, że film, który mnie osobiście podszedł, jest stawiany powszechnie niżej niz „Movie 43” czy „Scary Movie 5” i inne „Totalne kataklizmy”. Ale cóż, mówi się trudno i żyje się dalej. Od tego mamy gusta i guściki, własne wrażenia i subiektywne opinie, żeby było ciekawie i żebyśmy mieli o czym podebatować. Pokój wszystkim, którym „Ja, Frankenstein” nie podszedł, jeszcze się spotkamy… za rok w Hezekarach KMF :)

      • canismajoris

        to tak jak z zeszłorocznym After Earth – też się wszyscy nad tym filmem pastwili, a mi się go bezboleśnie oglądało i oceniłem na 7.

    • Grzegorz Fortuna

      Bardzo dobre pytanie, sam nie jestem miłośnikiem skrajności w ocenach (jedynkę dałem wcześniej na łamach KMF-u tylko raz, dychy nie dałem nigdy), postaram się klarownie odpowiedzieć. Wychodzę z prostego założenia – jeśli w filmie nie ma nic, co wzbudziłoby we mnie jakkolwiek pozytywne emocje, to nie mam za co oceny podwyższać. Jedynkę rezerwuję zwykle dla filmów, które w jakiś sposób obrażają inteligencje widza lub dobitnie pokazują lenistwo twórców – coś jak „Kac Wawa” albo wspomniana „Szklana pułapka 5”. W wypadku „Ja, Frankenstein” chodzi o tę drugą opcję – wszystko w tym filmie krzyczy „jakoś to będzie, skleci się, ktoś to przecież kupi”. Od pierwszej do ostatniej sceny ten film jest stopem wyświechtanych klisz, które trzyma niezborny scenariusz. I na żadnym etapie twórcy nie wykazali się inwencją. A brak pomysłowości u filmowca to jak brak koordynacji u neurochirurga – dyskwalifikuje moim zdaniem na starcie.

      Filmów pokroju „Totalny kataklizm” programowo nie oglądam ;)

      • canismajoris

        A może specjalnie ten film jest taki jak potwór – pozszywany :)

        • Grzegorz Fortuna

          To by był rewelacyjny żart ze strony twórców, ale obawiam się, że przeceniamy ich możliwości :)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Scorsese jest wielki

Następny tekst

Fota #124 - Marlon Brando



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE