Internat (2011) - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Internat

Dwójkę przyznaję jedynie dlatego, że w trakcie oglądania film nie pokaleczył mi oczu.




Kumpele Mikołajka




Filip Jalowski
07.11.2012


Niedawno pisałem o „W szczękach rekina 3D”. Podszedłem do filmu z dużą dozą wyrozumiałości, ponieważ tego typu kino jest po prostu niegroźne. Od początku do końca intencje twórców są jasne. Rekin ma żreć, panie mają mieć przemoczone ciuchy, a panowie rozcięcia na bicepsach. Jak dla mnie, wszystko w porządku. Ogólnie rzecz biorąc, nie lubię pastwić się nad filmami. Z natury jestem już taki, że nawet w najgorszym chłamie próbuję doszukać się pozytywnych aspektów, które działałyby na zasadzie koła ratunkowego.

Niestety, w przypadku „Internatu” rzucenie koła jest aktem, na który stać byłoby jedynie największych dobroczyńców tego świata. Ja z przyjemnością patrzyłbym na to, jak „Internat” znika w tym samym miejscu, gdzie niegdyś zatapiano radioaktywne odpady. Żołądek rekina z hipermarketu również byłby dla niego miejscem sto razy lepszym, aniżeli sala projekcyjna.

 

Najpierw pozwolę sobie na przedstawienie tej straszliwej historii. A zatem, do żeńskiego internatu przybywa nowa uczennica, Ernessa. Dziewczę jest tak wypudrowane i umalowane, że od pierwszego kadru, w którym się pojawia wiadomo, że jest z nią coś nie tak. Dziwnym trafem zaprzyjaźnia się ona z blond pięknością, która pierwotnie była najlepszą psiapsiółką przemyślnej Rebeki. Ze względu na omawianie literatury gotyckiej wszystkie dziewczyny zobowiązane są do przeczytania „Carmilli” Josepha Sheridana Le Fanu. Dla niewtajemniczonych w prozę wampiryczną wspomnę, że angielski tekst pochodzi z roku 1872, a tym samym aż o 25 lat wyprzedza publikację „Drakuli” Stokera. „Carmilla” to kanon opowieści o wampirach, więc odwołanie do jej tekstu – przynajmniej w moim odczuciu – zobowiązuje. Wracając jednak do naszej potwornej historii, Rebeka – jako jedyna – zaczyna podejrzewać, że bielsza niż wyprane w purytańskim proszku prześcieradła Ernessa zapewne jest krwiopijczynią. Od tego momentu metaforą scenariusza może być owad, który jak szalony uderza w rozgrzaną żarówkę. Moment trwa zanim to wszystko się skończy, ale męki i chaotyczności przy tym co nie miara.[pullquote]Charakteryzacja Ernessy jest niewiele bardziej subtelna od „mejk apu” niedawnego bohatera polskiego internetu, czyli wampira Mikołaja z niesławnej „Ukrytej Prawdy”. [/pullquote]

W „Internacie” nie ma pozytywnych aspektów. Przede wszystkim, autorka scenariusza powinna zakupić sobie kilka książek i w domowym zaciszu poczytać o tym, jak takowy tekst powinno się tworzyć. Zupełnie nieinteresujące i nieważne fragmenty opowieści są niepotrzebnie wydłużone, a te, na które – mimo marności filmu – jednak się czeka, wręcz śmiesznie krótkie. Z premedytacją zdradzę, że na końcu filmu dochodzi do konfrontacji pomiędzy Ernessą, a Rebeką. Jeśli dzięki temu ktoś zniechęci się do oglądania, to jestem szczęśliwy. Niemniej, aby być uczciwym dodam, że konfrontacja wisi w powietrzu od pierwszego zetknięcia obu pań, a jej wynik przemilczę, bo już nawet nie o ten wynik chodzi. Po co przez cały film pokracznie budować napięcie, skoro punkt kulminacyjny można przegapić w momencie, gdy zerkniemy na zegarek w celu sprawdzenia ile męki przed nami? Konfrontacja głównej bohaterki z wampirem (lub nie, bo przecież nie do końca wiadomo, czy Rebeka nie była chora umysłowo – boże, jakie tanie) trwa mniej więcej tyle, co otwieranie książki w bibliotece, pokazane w trakcie innej sceny. Parodia.

Wspominana już charakteryzacja Ernessy jest niewiele bardziej subtelna od „mejk apu” niedawnego bohatera polskiego internetu, czyli wampira Mikołaja z niesławnej „Ukrytej Prawdy”. Zresztą, uważam, że „internatowa” wampirzyca doskonale odnalazłaby się w świecie Mikołaja, który dla swojej dziewczyny postanawia przestać być wampirem, ewoluując tym samym w klon Justina Biebera. Taki to wampiryzm, takie to wampiry. Po prostu, szkoda pisać.

 

„Ukryta prawda” to świadomy i przemyślany idiotyzm, który ma na celu zabawiać przy pałaszowaniu kotleta i ziemniaków, dlatego wampir Mikołaj jest dla mnie postacią zupełnie neutralną. „Internat” próbuje uderzać w zupełnie inne tony, ponieważ chce być poważnym filmem, który balansuje na granicy kina wampirycznego i horroru ludzkiego umysłu. Niestety, wychodzi źle skonstruowany, źle zagrany, totalnie mdły i bezbarwny twór, który wymierza kolejny policzek krwiopijcom.

Dodatkowym minusem przemawiającym na niekorzyść „Internatu” jest fakt, że cały czas nieudolnie usiłuje zgrywać się na oryginalną ekranizację „Carmilli”. Szkoda, że wiele osób usłyszy o opowiadaniu Le Fanu z tego źródła i, co bardzo prawdopodobne, wciągnie je na swój indeks ksiąg zakazanych. Zalecam zaniechanie wizyty w kinie i wydanie pieniędzy na inne przyjemności, na przykład zakup gotyckiej opowieści Anglika.

 












Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Silent Hill: Apokalipsa 3D

Następny tekst

Gunslinger Girl



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE