nowości kinowe

Igrzyska śmierci

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Książka Suzanne Collins bardzo szybko wskoczyła na listę aktualnych bestsellerów. Dynamiczny, pierwszoosobowy sposób narracji w objęciu ciekawej i wciągającej historii oraz nośnej, fantastycznej otoczki świata przedstawionego, stanowią zbiór cech kształtujących to literackie zjawisko, angażujące czytelnika na długie godziny i idealnie wpisujące się we współczesne, popkulturowe standardy.  Sukces amerykańskiej pisarski już dziś porównuje się z tym, który dany nam było obserwować przy okazji powieści J.K. Rowling,  czy Stephene Meyer.  Ewentualne porównania możliwe są jedynie na poziomie popularności danej marki wśród amerykańskiej młodzieży, gdyż „Igrzyska śmierci” to zupełnie inna bajka, czerpiąca wiele z antyutopijnych tradycji SF.  Osobiście jednak miałem pewien problem z jej odbiorem, nie potrafiłem dać się jej tak ponieść i w niej zatracić, gdyż  trwał we mnie sceptycyzm naturalnie pobudzony do czegoś, co robi wokół siebie dużo podejrzanego hałasu. Wszystko jednak zmieniło się gdy skonfrontowałem się z filmową adaptacją. Tłumione emocje w końcu odżyły…

Akcja „Igrzysk śmierci” rozgrywa się w bliżej nieokreślonej przyszłości, w państwie Panem, powstałym na zgliszczach Stanów Zjednoczonych. Panem podzielone jest na dwanaście dystryktów, zebranych wokół miejsca skupiającego główne ośrodki władzy, Kapitolu. W celu utrzymania państwowego reżimu i podporządkowania obywateli, w Panem każdego roku organizowane są Głodowe Igrzyska. Owe Igrzyska są bardzo okrutne w swym założeniu, bowiem wybierani przedstawiciele poszczególnych dystryktów, których wiek waha się miedzy dwunastym a osiemnastym rokiem życia, mają stoczyć bratobójczą walkę na śmierć i życie w turnieju transmitowanym na żywo przez telewizję, ku chorej uciesze mieszkańców Kapitolu. Wydarzenia opowiadane są z perspektywy Katniss Everdeen, dziewczyny zamieszkałej w najbiedniejszym dystrykcie, która nie godząc się na to by w morderczych zawodach udział wzięła jej wylosowana do tego młodsza siostra, sama zgłasza się na ochotniczkę.

Idea Igrzysk trochę przywodzi na myśl znaną z mitu o Minotaurze daninę płaconą przez Ateny na znak uległości panującemu na Krecie Minosowi, a która to polegała na delegowaniu co dziewięć lat siedmiu dziewcząt i siedmiu chłopców dla pożarcia przez zamieszkałą w labiryncie krwiożerczą bestię; a wpisana w Igrzyska widowiskowość nie jest niczym innym jak powrotem do brutalnych walk gladiatorów. Można więc zadać pytanie, na ile nasza popkulturowa rzeczywistość dąży do odrodzenia antycznych zwyczajów? Skąd rodzi się w nas postępująca potrzeba śledzenia przemocy nie ograniczanej etycznymi barierami? Zepsute społeczeństwo przyszłości łaknące spektaklu, w którym przemoc jest główną atrakcją, a role uczestników widowiska sprowadzone są do poziomu zwierząt zsyłanych na rzeź, stanowi nic innego jak zgrabną alegorię do teraźniejszych czasów i zagrożeń, jakie płyną z, nazwijmy to, komercjalizacji dzikich instynktów. Wcześniej, podobny problem nakreślał chociażby „Uciekinier” z 1987 r. z Arnoldem Schwarzeneggerem w roli głownej.

Bardzo często da się też usłyszeć o przyrównywaniu recenzowanego filmu do japońskiego „Battle Royale” z 2000 r., jednak w moim odczuciu nie można mówić o fabularnych kalkach. W dużym uogólnieniu, w obu przypadkach mamy śmiercionośną grę, w której zmuszeni są brać udział młodzi osobnicy.  I nawet jeśli brzmi to znajomo, to obie historią różnią się przyczyną dla której tytułowy turniej jest organizowany, co według mnie stanowi różnicę kluczową. „Battle Royale”, ukazując postępującą degrengoladę społeczeństwa, zwraca przede wszystkim uwagę na problem szerzącej się anarchii wśród młodzieży. Gra w której muszą wziąć udział, jest więc niejako karą za popełnione wobec rodziców grzechy. Natomiast płynąca z Kapitolu, stolicy Panem,  idea Głodowych Igrzysk powołana zostaje głownie dla utrzymania państwowego reżimu, dla podporządkowania społeczeństwa a nie jego naprawy. Widoczne na pierwszy rzut oka podobieństwa między dwoma filmami są więc tylko powierzchowne.

Przed premierą „Igrzysk śmierci” miałem małe wątpliwości co do osoby reżysera, i tego, jak poradzi sobie z otrzymanym, gotowym materiałem na film. Z uwagi na jego wcześniejsze dokonania, bałem się, że adaptacja książki Collins skierowana zostanie w bardzo familijną uliczkę. Na szczęście, nadzorujący projekt Gary Ross potrafił oddać ducha powieści, a jego podopieczni – zaskoczyć nas kilkoma realizacyjnymi pomysłami. Na uwagę zasługuje ciekawa praca kamery, która, czasem pozbawiana statywu, nadaje zdjęciom realistycznego wymiaru. To samo tyczy się doboru obsady. Jenifer Lawrence jest wręcz idealną Katniss, Lenny Krawitz to miłe aktorskie zaskoczenie, a Stanley Tucci czy Woody Harrelson jak zwykle wybijają się poza szereg bogatego zespołu, kreując  wyjątkowo zapadające w pamięć postacie. Jednak elementem, który zapada w pamięć w stopniu największym, jest oprawa wizualna, a przede wszystkim praca charakteryzatorów i  kostiumografów. Panująca w stolicy Panem futurystyczna moda, stanowi niezwykle frapujące połączenie stylu wiktoriańskiego z szykiem lat dwudziestych wieku ubiegłego, dobrze kontrastując z bliskimi nam, współczesnymi trendami.

Warto zwrócić uwagę na aktorkę wcielająca się w protagonistkę, jak i na pewne niezamierzone podobieństwa z postacią wykreowaną przez nią dwa lata wcześniej. Jennifer Lawrence,  swym występem w „Do szpiku kości”, nie tylko udowodniła swój aktorski kunszt, ale też wypracowała pewien wizerunkowy schemat, który bardzo przydał się przy kreowaniu postaci Katniss. Tak, jak w „Do szpiku kości”, i w „Igrzyskach śmierci” grana przez nią postać stanowi połączenie osobowości bardzo silnej, dzielnie zmagającej się z trudami codzienności, z instynktowną matczyną wrażliwością. Co równie ciekawe, obie bohaterki są podobne jeszcze na jednej płaszczyźnie – w kreowaniu ich charakteru to wpływ ojca okazuje się być dominujący, a jego utrata, znacząco przez nie odczuwalna. Ree Dolly i Katniss Everdeen są więc sobie bardzo bliskie, obie szczere i niezwykle wiarygodne, stanowiące o sile filmu.

Reasumując, adaptacja pierwszego tomu trylogii Suzanne Collins, wypadła nad wyraz dobrze, z łatwością wpisze się w oczekiwania fanów książki a nawet zachęci do lektury tych, którzy książki nie czytali, a całej niezaangażowanej w twórczość Collins reszcie po prostu zapewni ponad dwie godziny solidnej rozrywki. Zdaję sobie sprawę z tego, że film nie grzeszy oryginalnością na polu SF, ale już w kategorii niezobowiązującego mainstreamowego kina, najnowsza produkcja studia Lionsgate jawi się jako coś niespotykanie dobrego.  Bo w wypadku tego rodzaju filmów, to wiarygodność emocji pozostaje jedynym rzetelnym miernikiem, a tych w „Igrzyskach śmierci” po prostu nie brakuje. Zresztą, przekonajcie się sami.

8/10

Ostatnio dodane