Iceman: Historia mordercy | FILM.ORG.PL

Iceman: Historia mordercy

Przeciętny kryminał powstały z wycinka biografii o najsłynnieszym płatnym mordercy.




Jak kocha człowiek z lodu?




Jakub Piwoński
06.12.2013


iceman-posterRichard Kuklinski, syn polskiego emigranta, to bez wątpienia cyngiel wszech czasów. Na tak niechlubną renomę zapracował sobie krwią blisko 200 ofiar. Niewielu kolegów z branży może pochwalić się takim dorobkiem. Ale to, co najbardziej przykuwa uwagę w przypadku tej postaci, to fakt prowadzenia podwójnego życia – mordercy i kochającego ojca rodziny. Potwór z ludzkim obliczem? W relatywizmie moralnym wszystko jest przecież możliwe.

Nie od dziś wiadomo, że historie wszelkiej maści zwyrodnialców stanowiły i stanowią atrakcyjną pożywkę dla filmowców. Można powiedzieć, że ta perwersyjna przyjemność towarzysząca nam podczas przyglądaniu się obliczu mordercy porównywalna jest do fascynacji dzikim zwierzęciem, które możemy zobaczyć za kratkami ZOO.  Nieokiełznane zło widziane z odpowiedniej, bezpiecznej perspektywy zawsze będzie stanowić łakomy kąsek dla widowni. Teraz przyszedł czas na fabularną wersję losów „Icemana”- słynnego zabójcy działającego na zlecenie rodziny Gambino. Choć wiem, że jest to postać niebagatelna, dysponująca odpowiednią siłą przyciągania, to nie jestem do końca przekonany, czy dla dzisiejszego odbiorcy popkultury tak skonstruowana historia może być jeszcze atrakcyjna.

The-Iceman

Powód moich wątpliwości jest prozaiczny: charakter wydarzeń, z jakimi mamy do czynienia w filmie oraz cała ta „skomplikowana” psychologia postaci wiodącej są nam już bardzo dobrze znane. Bo owszem, Kuklinski nigdy wcześniej bohaterem żadnej fabuły nie był, ale duch jego mrocznej działalności unosi się w kinie od dawna. Na przestrzeni lat postać Kuklinskiego z pewnością stanowiła inspirację dla szeregu twórców kryminałów, przez co jej pierwiastek – specyfika osobowości, pionierskie metody zabijania itp. –  zawarty został w wielu portretach morderców. Natomiast samego Kuklinskiego lepiej dane nam było poznać dzięki filmom dokumentalnym poświęconym jego osobie. Robienie więc dziś filmu fabularnego o tym słynnym oprawcy jest dla mnie co najmniej bezcelowe.

Ale w dostrzeżeniu dobrych chęci twórców filmu przeszkadza także sposób, w jaki ta wątpliwa fabuła została usnuta. „Iceman: Historia mordercy” tylko z założenia opowiada o postaci na wskroś złej. Poczynania Kuklinskiego zostały umiejętnie zrelatywizowane. Zamiast pokazać bezkres mroku, który zawładnął jego duszą; zamiast położyć wyraźny akcent na krzewione przez niego okrucieństwo, twórcy woleli skupić się na relacjach Kuklinskiego z rodziną i na tym, jak bardzo pozostawała dla niego ważna. Doprawdy, aż mi się łezka w oku zakręciła. Nie kwestionuję jego oddania rodzinie, ale na miłość boską, czy historię człowieka, który z zimną krwią pozbawił życia blisko dwustu osób, naprawdę trzeba prezentować w tak wygładzony i moralnie zrelatywizowany sposób? No tak, bo jeśli żyjemy w czasach, w których jeszcze do niedawna rekordy popularności bił serial, w którym główny (anty)bohater, niejaki Dexter – policyjny specjalista od krwi – po godzinach zajmował się mordowaniem wybranych przez siebie ofiar, co było zgodne z jego własnym kodeksem moralnym, to nie ma się co dziwić, iż filmowcy nawet tak jednoznacznie podłą osobowość jak Richard Kuklinski potrafią przedstawić w korzystnym świetle. Sami oceńcie, czy podjęli dobrą decyzję.

iceman-2

W filmie Kuklinskiego zagrał Michael Shannon. Mogłoby się wydawać, że aktor, który wcześniej dał się poznać z ról postaci o skomplikowanym usposobieniu, idealnie wejdzie w buty Kuklinskiego. Nic bardziej mylnego. Na niekorzystny odbiór jego gry najbardziej wpływa moja znajomość archiwalnych wywiadów z „Icemanem”. Shannon zinterpretował Kuklinskiego w sposób odpowiedni do tego, co prezentował w kilku swoich poprzednich kreacjach. Słynny morderca w jego wykonaniu ma więc bardzo ograniczoną mimikę, jest cichy i zdystansowany – ma w sobie wiele z agenta Van Aldena z „Zakazanego imperium”. Tymczasem po zapoznaniu się z nagraniami wywiadów z Kuklinskim można dostrzec, iż jego mimika jest o wiele bardziej urozmaicona – wybija się bowiem jego przenikliwe spojrzenie i cyniczny grymas na twarzy. U Shannona tego nie uświadczymy, co z pewnością wiele odbiera filmowi.

Kilka pozostałych aspektów filmu stoi na całkiem przyzwoitym poziomie. Chociażby bogaty zespół aktorski, w którym znajdziemy wiele znanych i cenionych nazwisk. Chyba najbardziej podobał mi się balansujący na granicy autoironii występ Chrisa Evansa, ale równie przyjemnie było popatrzeć na wracającą do formy Winonę Ryder. Nie zmienia to jednak faktu, iż w ogólnym rozrachunku film „Iceman: Historia mordercy” to klasyczny średniak, który intryguje przed seansem, a gdzieś w jego połowie pozostawia nas w marazmie. Pozostaje tylko wejść na youtube.com, by raz jeszcze zobaczyć, jaki Richard Kuklinski był naprawdę; jak sam, szczerze i bez ogródek o sobie mówił.

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Film fascynuje mnie odkąd sięgam pamięcią. Każdy seans jest jak nowa przygoda, nowa podróż, która pozwala przenieść się do miejsc jeszcze nie odwiedzonych, poznać ludzi jeszcze nie poznanych, zmierzyć się z problemami jeszcze nie doświadczonymi. Każdy seans pozwala lepiej zrozumieć otaczający mnie świat, lub utwierdzić w tym co już zdążyłem zrozumieć. Szukam przesłań, tych oczywistych, bądź ukrytych w drugim dnie dzieła.
Jakub Piwoński






  • Kozas

    Zgadzam się, ze wszystkim a głównie z tym, że jak na historię o takim człowieku bardzo mało wyciągnęli. Skupienie się na jego relacjach z rodziną, a reszta w powijakach. Czasami poznajemy jego kumple od tak „z doskoku” ponieważ fabuła lawiruje między różnymi latami i robi to nieudolnie. A co do aktorów to jeszcze dopowiem o Rayu Liottcie( kurczę, jak to się odmienia :D), który niestety od dobry 10 lat nic dobrego nie zagrał :<

  • Eben

    A propos przedstawienia Kuklińskiego jako „rodzinnego” człowieka, należy dodać, że jest to fikcja bo także w domu był to kawał skurwiela.

    • Jakub Piwoński

      owszem, był despotą w rodzinie, żona się go bała, dzieci także, ale był tej rodzinie oddany bezgranicznie- co film oddaje, ale aż za bardzo.

      • Paweł

        Wolne żarty. Lał żonę gdy był w złym humorze, jedna z córek aby odreagować stres dawała komu popadnie…
        Syn jako konkurent do uczuć jego żony ustawicznie bał się o życie -nawet miał po swoim pokoju pochowana broń gdyby doszło do konfrontacji i musiał zabić własnego ojca.
        Polecam książkę Philipa Carlo „Człowiek z lodu”

  • bobzielarz

    Zgadzam się z tym, że film może wydawać się typowym średniakiem ale nazywanie roli jaką odegrał Michael Shannon słabą jest dosyć dziwnym zarzutem. Na początku filmu widzimy napis „film inspirowany prawdziwymi wydarzeniami” i słowo „inspirowany” jest tu kluczem. Jeśli autor recenzji opiera swoje wrażenia o dokument z Kuklińskim, który też widziałem, to dlaczego pomija tak istotny fakt, że fabuła w 90% jest oderwana od rzeczywistości. Pod tą właśnie inspirację i scenariusz, pomysł reżysera filmu, Michael Shannon wpasował się znakomicie. Kuklińskiego można było pokazać jako bezwzględnego mordercę ale wtedy potrzebowałby antagonisty w postaci dobrego gliny, który z automatu musiałby zostać głównym bohaterem. Zarzut relatywizowania zachowań jest również dosyć dziwny, bo mimo uczłowieczenia mordercy otrzymuje on karę na jaką zasłużył, nie chodzi o wolność ale o rodzinę, której już nigdy nie zobaczył. Dla mnie to film m.in. na 7/10 dzięki roli Michaela Shannona, Amen.

  • John Wayne

    Zamiast klepać się po pośladkach polecam fascynujący wywiad z prawdziwym Icemanem. Lepsze niż film.
    Michael Shannon starał się ale po obejrzeniu oryginału stwierdzicie, że to nie ten format…

    Fascynujące, polecam! 5 części PL
    Uwaga! Skrypt namieszał, oglądajcie w kolejności od ostatniego na dole w górę.

    http://www.youtube.com/watch?v=5zGGsjV4BVE

    http://www.youtube.com/watch?v=z7HTwaxA27g

  • Mateusz Wilk

    Autor recenzji, chyba lubuje się w używaniu słowa „relatywizm” w różnych odmianach. Niestety nie zawsze trafnie i potrzebnie.

    • Jakub Piwoński

      słowo zostało użyte w recenzji dokładnie 3 razy. to już tyle wystarczy, by zostać posądzonym o tego słowa nadużywanie?

      • Mateusz Wilk

        Nie miałem nic złego na myśli, chodziło mi o to, że rzucało się w oczy używanie tego sformułowania. Przeczytałem raz jeszcze całość i jakoś nie to nie zagrało. Nie chodzi tu o ilość, ale raczej o to, że bardzo się to narzucało, przynajmniej mi. Cóż, może niepotrzebnie się czepiałem – chciałem może trochę pomóc – jak Dustin Hoffman Redfordowi we „Wszystkich ludziach prezydenta”. Czasami (a wiem, bo sam coś tam pisze) autor może nie zwrócić na coś uwagi, a może to brzmieć znacznie lepiej.

        • Jakub Piwoński

          ok, rozumiem i przyjąłem do wiadomości.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

The Amazing Spider-Man 2

Następny tekst

Dylematy i wątpliwości Martina Wolfa



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE