nowości kinowe

HOTEL TRANSYLWANIA 2

"Hotel Transylwania 2" jest wyraźnie słabszy od oryginału z 2012 roku i choć klasyczne monstra wciąż potrafią efektownie narozrabiać i zdrowo rozbawić, to zbyt wiele rzeczy mi w sequelu zazgrzytało, żeby uznać go za film w pełni udany...

Autor: Rafał Donica
opublikowano

Klasyka wiecznie żywa

Recenzja pochodzi z bloga CinemaFrankenstein.

Klasyka wiecznie żywa! – chciałoby się zakrzyknąć po seansie drugiej części „Hotelu Transylwania”. Nie sposób zliczyć wszystkich ekranizacji i trawestacji nieśmiertelnych opowieści o Frankensteinie, Draculi, Wilkołaku, Mumii i Niewidzialnym człowieku. Mimo upływu ponad osiemdziesięciu lat od premiery filmów Universalu opowiadających po raz pierwszy o losach wyżej wymienionych postaci, te wciąż wydają się młode, świeże i elastyczne, bo poddające się kolejnym wersjom, nowatorskim formom, realiom i śmiałym wizjom nowych pokoleń artystów X muzy. Idę o zakład, że kultowe potwory / ikony gatunku horror-sf, jak Obcy, Predator, Jason, Freddy czy Terminator, wykreowane przez współczesne kino, za osiemdziesiąt pięć lat będą tylko filmową ramotką z przełomu XX i XXI wieku, wyeksploatowaną merytorycznie do cna (bądźmy szczerzy, już dziś nie ma na nich świeżych pomysłów), podczas gdy „drużyna potworów” Złotej ery Universalu wciąż będzie wyciągana z lamusa od nowa i od nowa, otrzymując raz za razem nowe, ekranowe życie.

„Hotel Transylwania 2” jest wyraźnie słabszy od oryginału z 2012 roku (TUTAJ recenzja), i choć klasyczne monstra wciąż potrafią efektownie narozrabiać i zdrowo rozbawić, to zbyt wiele rzeczy mi w sequelu zazgrzytało, żeby uznać go za film w pełni udany…

W drugiej części „Hotelu”, choć ta – ekspresowo przekraczając barierę 200 milionów dolarów – okazała się sukcesem kasowym znacznie większym od „jedynki”, widać już niestety lekkie zmęczenie materiału i brak nowych pomysłów na ukazanie przywar potworów w krzywym zwierciadle. Zupełnie na siłę i wbrew logice, wilkołakowi przypisano zachowania charakterystyczne dla… psa, takie jak zakopywanie piłki tenisowej w ziemi czy ganianie za frisbee. Różnica poziomu żartów między jedynką a dwójką, bezlitośnie obnażająca słabości sequela i tendencję zniżkową, jest aż nadto widoczna. Podczas gdy w „Hotelu Transylwania” pojawiał się rozbrajający serek topiony wykrzykujący „Topię się!”, w sequelu mamy zdecydowanie mniej zabawne kawałki tortu chcące uporczywie wrócić z talerzyków do tortu-matki.

Film Genndy’ego Tartakovsky’ego jest nierówny, bo obok żartów wysokich lotów, jak znana już z trailera sekwencja na wielkiej skoczni, czy podróż Ekipy Draca na powolnym skuterze w towarzystwie Bloba, pojawiają się motywy nawet nie tyle nieśmieszne, co niezrozumiałe, drażniące, a wręcz żenujące. Do nieudanych pomysłów zaliczam całą sekwencję wyjazdu Jonathana i Mavis do Kalifornii, albowiem twórcy nie wykorzystali potencjału humorystycznego tkwiącego w sytuacji odwrotnej do tej znanej z pierwszej części. Tym razem to potwór (Mavis) trafia do świata ludzi i… w sumie nic z tego nie wynika. Niby Mavis opija się jak szalona słodkimi napojami w sklepie i myśli, że kamera monitoringu kręci o niej film dokumentalny, a jej teściowie mylą zarośniętego i brodatego sąsiada z wilkołakiem, ale na tym koniec zderzenia „kultur”. Nie wspomnę już z litości o sekwencji jazdy (level expert!) Mavis na BMX-ie – po co ta scena, dlaczego córka Draculi okazuje się nieoczekiwanie mistrzynią w rowerowych ewolucjach? Podobnie zazgrzytał mi, w założeniu zabawny, taniec Draculi przed wnukiem.

[quote]Takich kwiatków, scen i gagów bez puenty, pozostawiających nas z uczuciem niedosytu i myślą: „co poeta miał na myśli”, jest w „Hotelu Transylwania 2” bez liku.[/quote]

hotel-transylvania-2-trailer

Na szczęście sąsiadują one z motywami stojącymi na wyższym poziomie humorystycznym, a widowiskowy finał, w dużym stopniu wynagradza konieczność przebrnięcia przez dokuczliwe mielizny i zabawne inaczej momenty filmu Tartakovsky’ego.

Drugą część „Hotelu” kilkukrotnie ratuje, a jakże, mój ulubieniec – Frankenstein, czy też monstrum (tym razem osobiście rozwodzi się na temat zasadności nazywania go Frankensteinem). Scena z jego udziałem, gdy młode dziewczęta zamiast się go przestraszyć, pstrykają sobie z nim sweet focię, jest nie tylko zabawna, ale i w trafny, trochę gorzko szczery sposób, ilustruje kondycję potworów we współczesnym świecie. Frankenstein jest również głównym bohaterem najzabawniejszej – jak dla mnie – sceny filmu: gdy wysoka wieża wali się na ziemię, Frank staje w płomieniach i biegając z wrzaskiem po pomieszczeniach niczym żywa.. przepraszam… martwa pochodnia, zajmuje ogniem cały kampus – spektakularne to, dynamiczne, zaskakujące i śmieszne! Szkoda, że takich scen-perełek jest w sequelu rozczarowująco mało. Na plus – twórcy tym razem ograniczyli czas antenowy żony Frankensteina do niezbędnego minimum. I dobrze, bo była bez dwóch zdań najsłabszym ogniwem pierwszej części.

Hotel-Transylvania-2-4

Warto pochwalić Genndy’ego Tartakovsky’ego za całkiem mądrą puentę i finałowe przesłanie filmu, że nie należy na siłę przypisywać nikomu roli społecznej, bo z czasem każdy odkryje w sobie kim naprawdę jest. No i za mnóstwo mrugnięć okiem do obeznanego w potwornym kinie widza. Główny bad-guy, zły wampir o nazbyt, jak na animację, przerażającym obliczu, nosi imię Bela – oczywiście od Beli Lugosiego, najsłynniejszego odtwórcy roli Draculi (a nie od bohaterki Kristen Stewart ze „Zmierzchu” – żeby nie było ;), zaś Jonathan przebrany za wampira nosi na głowie pamiętną, ekscentryczną fryzurę Gary’ego Oldmana, tu nazywaną „tyłkiem szympansa”, z arcydzieła Francisa Forda Coppoli. Na deser, zapewne z powodu zbyt małego potencjału komediowego, w epizodycznych rolach zaserwowano nam Upiora z opery i Potwora z Czarnej laguny, czyli dwa nieco mniej kultowe potwory Złotej ery Universalu.

Nie powiem, chętnie obejrzałbym trzecią odsłonę „Hotelu Transylwania” – która, biorąc pod uwagę wyniki kasowe „dwójki”, na pewno powstanie – bo wśród członków Ekipy Draca, choć to film animowany, wciąż czuć prawdziwą ekranową chemię.

[quote]Martwi mnie jednak, że już „Hotel Transylwania 2” dość wyraźnie zdradza pierwsze objawy wyeksploatowania formuły.[/quote]

Myślałem, że scenariusz ewentualnej części trzeciej, mógłby Tartakovsky oprzeć na przeprowadzce potworów do współczesnej metropolii i zderzeniu ich z cywilizacją XXI wieku, ale już słabiutki pod każdym względem motyw wycieczki Jonathana i Mavis do Kaliforni, oraz nachalny product placement firmy SONY (smartphone w rękach Draculi, laptop VAIO itp.), pokazują, że nie tą drogą powinna podążać ta, wciąż stojąca na przyzwoitym poziomie, seria.

Ostatnio dodane