Hotel Transylwania | FILM.ORG.PL

Hotel Transylwania

Twórcy "Hotelu Transylwania" mieli znakomity pomysł, ale zamienili go w bajkę nierówną i denerwującą. Potworne rozczarowanie.




Horror rapującego Drakuli




Grzegorz Fortuna
14.11.2012


Ilość znakomitych pomysłów, na które wpadli twórcy „Hotelu Transylwania”, jest tak duża, że powinno im wyjść istne animowane arcydzieło. Głównym bohaterem jest tu Dracula, monstrum przedstawiane w popkulturze zazwyczaj jako budzące strach i odrazę, śmiertelnie niebezpieczne i zasługujące jedynie na to, by ktoś wbił mu w serce osikowy kołek. „Shrek” nauczył nas jednak, że ze strony potwora sytuacja wygląda zgoła inaczej – Dracula (na marginesie – zadeklarowany abstynent), podobnie jak słynny ogr, boryka się z prześladowaniami i nagonkami, a jedyne, czego pragnie, to spokój i bezpieczeństwo dla siebie i swojej małoletniej córki. Buduje więc wielki hotel, oddzielony mrocznymi lasami od ludzkich siedlisk, w którym azyl będą mogły znaleźć wszystkie nękane przez ludzi potwory.

Brzmi świetnie? Owszem! A dalej jest jeszcze lepiej – Dracula sprowadza bowiem do hotelu każde funkcjonujące w masowej wyobraźni straszydło, dzięki czemu scenarzyści mogą do woli bawić się ikonografią horroru. Na ekranie pojawiają się efekty pracy doktora Frankensteina, żywe trupy, szkieletory, wilkołaki, gremliny, yeti, mumie, a nawet Cthulhu, Blob i niewidzialny człowiek. Wszystkie oczywiście odpowiednio sparodiowane i wykoślawione – wilkołak to zmęczony życiem facet w średnim wieku (z wyglądu dziwnie podobny do Fantastycznego Pana Lisa z filmu Wesa Andersona), który nie może opędzić się od gromady małych, rozrabiających wilkołaczków, potwór Frankensteina ciągle kłóci się z denerwującą żoną, Mumia jest rubasznym imprezowiczem, a niewidzialny człowiek ma kłopoty z grą w kalambury (no bo, cóż, nie widać go). I gdy już poznamy to całe towarzystwo, twórcy odwracają sytuację znaną z wielu filmów grozy. Do hotelu pełnego monstrów wkrada się bowiem najgorsze dla tych monstrów monstrum – człowiek.

Nadal brzmi świetnie? Nadal! Cóż jednak z tego, skoro twórcy, najwyraźniej ślepo zapatrzeni we wspomnianego wyżej „Shreka”, do prawie każdej sceny starają się na siłę dorzucić coś, co spodoba się najmłodszym widzom? W „Shreku” była finałowa piosenka? Była. Dlatego „Hotel Transylwania” też kończyć się musi piosenką. Nieważne, że żenującą i wsadzoną do filmu bez powodu; piosenka i tak musi być. W „Shreku” były żarty oscylujące wokół pierdzenia i wydalania? Były. Więc w „Hotelu Transylwania” też się pojawiają, choć – w połączeniu z naprawdę zabawnymi, intertekstualnymi gagami – sprawiają wrażenie straszliwego dysonansu. Na każdy dobry dowcip przypada jeden żałosny, a każda pomysłowa scena musi sąsiadować z taką, do której na siłę wrzucono jakiś współczesny muzyczny hicior (jeszcze raz usłyszę w kinie „I'm Sexy and I Know It”, to chyba rzucę czymś w ekran). „Hotel Transylwania” to jedna wielka sinusoida – od głośnego, szczerego śmiechu do spuszczania wzroku i próby przezwyciężenia powracającej co chwila myśli, że trzeba było jednak poczekać na „Frankenweeniego”, zamiast kupować bilet na każdą bajkę, która korzysta z horrorowego sztafażu.

Nie chodzi nawet o to, że kopiowanie „Shreka” po dekadzie od jego premiery wydaje się już niemodne. „Hotel Transylwania” sprawia po prostu wrażenie, jakby nie wiedział, czym chce być. To film z dość banalnym morałem i prostą fabułą, która na dobre rozwija się dopiero w drugiej połowie filmu (pierwszą reżyser Genndy Tartakovsky poświęca na przedstawienie widzowi wszystkich drugoplanowych bohaterów), oparty głównie na gagach i przetwarzaniu utartych wizerunków ekranowych potworów. W tego typu luźnej formule podstawówkowe kawały, które być może nie denerwowałoby w wypadku filmu z angażującą historią, robią wyjątkowo złe wrażenie.

I choć miło popatrzeć na te wszystkie kreatury, miło pośmiać się z niektórych żartów, to jednak trudno opędzić się od wrażenia, że „Hotel Transylwania” jest bajką zmarnowanego potencjału. Znakomite pomysły bledną w zestawieniu z mozolnymi próbami przypodobania się dzieciakom, trudno też poczuć jakąkolwiek więź z postaciami, które na ekranie głównie szaleją i się wygłupiają. To zresztą kolejny problem „Hotelu Transylwania” – wszyscy bohaterowie zdają się cierpieć na ADHD, rzucają się na prawo i lewo, i miotają po ekranie, więc śledzenie akcji w niektórych scenach może się okazać niemożliwe dla najmłodszych widzów.

W jednej z najbardziej udanych scen filmu, Dracula zauważa wyświetlany w telewizorze „Zmierzch” i ze smutkiem stwierdza, że to przykre, jak wampiry są w dzisiejszych czasach przedstawiane przez media. Niby ma rację (a nabijanie się z pretensjonalnych gniotów Stephanie Meyer zawsze warto docenić), ale nie jest najlepszą osobą do wypowiadania tego typu sądów. W „Hotelu Transylwania” sam jest bowiem nadpobudliwy i irytujący, a w pewnym momencie zostaje nawet zmuszony do odstawienia przed kamerą koszmarnego hip-hopowego numeru. Po filmie kręconym przez Genndy'ego Tartakovsky'ego – twórcy „Atomówek”, „Laboratorium Dextera” i „Samuraja Jacka” – naprawdę można się było spodziewać czegoś lepszego.

   
   

Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna

Miłośnik polskiej kultury filmowej okresu transformacji, dawnego włoskiego kina gatunkowego, filmu grozy i współczesnej popkultury. Członek kolektywu VHS Hell. Zainteresowany wszystkim tym, co zapomniane lub niedocenione. Bardzo lubi kebab.
Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • Rafał Donica

    Finałowa piosenka była, z tego co pamiętam, przygotowywana przez potwory przez cały film (patrz próby zespołu) na przyjęcie urodzinowe, więc raczej nie wzięła się w finale „bez powodu”, lecz byla naturalną konsekwencją wcześniejszych scen – to już raczej w „Shreku” wzieła się finałowa piosenka nie wiadomo skąd ;).Generalnie widzę, że mamy podobne spojrzenie na film, podobne zarzuty i pochwały, ja po prostu całościowo oceniłem go znacznie wyżej, bo pozostawił we mnie jak najbardziej pozytywne odczucia. Może dlatego, że nie oglądałem ani „Samuraja Jacka” ani innych animacji Tartakovsky’ego i szedłem na film bez kosmicznie wygórowanych oczekiwań?

    • Grzegorz Fortuna

      Widzisz, ta fabuła była tak banalna, że kompletnie o tym zapomniałem :). Ale oczywiście masz rację. Chociaż ciągle obstaję przy tym, że rapującego Drakulę mogli sobie darować, bo serio nie wiedziałem, gdzie oczy podziać :). Nie wydaje mi się też, żebym miał jakoś kosmicznie wygórowane oczekiwania – chciałem się po prostu dobrze bawić, chciałem, żeby było pomysłowo i ciekawie. I po części rzeczywiście było, ale te wszystkie śpiewająco-pierdzące wstawki kompletnie psuły zabawę. Jak wiem, że to film dla dzieci, ale wydaje mi się, że najmłodszych widzów dałoby się rozbawić w inny sposób.

  • Mefisto

    Z tym ADHD to można się kłócić – dzisiejsze dzieciaki, wychowane na grach video, rwanym montażu co drugiego filmu i zapieprzającej technologii mają wszystko w jednym palcu, więc sądzę, że one szybciej by to wszystko wyłapały, niż starsi widzowie :)

    • Grzegorz Fortuna

      Masz rację, dzieci, które przeszły już parę gier i oglądają jakieś „Disney XD” czy coś takiego, nie powinny mieć problemu i pewnie wyłapią wszystko lepiej od nas :). Chodziło mi raczej o te najmłodsze, których też na sali trochę było. Poza tym mam wątpliwości, czy takie tempo akcji dobrze działa na umysł 5-6 latka, no ale tego się już raczej nie zmieni :)

  • Piotr Piekarski

    Film w końcu nadrobiłem. Całkowicie nie rozumiem średniej i złej prasy jaką zebrał – toż to Tartakovsky w czystej postaci. Sam seans dostarczył mi dużo więcej przyjemności i satysfakcji niż bardzo średni „Brave” Pixara.

  • Pingback: HOTEL TRANSYLWANIA 2 | FILM.ORG.PL()






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

VHS The Beastmaster

Następny tekst

Lewy sercowy



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE