nowości kinowe

Hotel Transylwania

Twórcy "Hotelu Transylwania" mieli znakomity pomysł, ale zamienili go w bajkę nierówną i denerwującą. Potworne rozczarowanie.

Autor: Grzegorz Fortuna
opublikowano

Ilość znakomitych pomysłów, na które wpadli twórcy „Hotelu Transylwania”, jest tak duża, że powinno im wyjść istne animowane arcydzieło. Głównym bohaterem jest tu Dracula, monstrum przedstawiane w popkulturze zazwyczaj jako budzące strach i odrazę, śmiertelnie niebezpieczne i zasługujące jedynie na to, by ktoś wbił mu w serce osikowy kołek. „Shrek” nauczył nas jednak, że ze strony potwora sytuacja wygląda zgoła inaczej – Dracula (na marginesie – zadeklarowany abstynent), podobnie jak słynny ogr, boryka się z prześladowaniami i nagonkami, a jedyne, czego pragnie, to spokój i bezpieczeństwo dla siebie i swojej małoletniej córki. Buduje więc wielki hotel, oddzielony mrocznymi lasami od ludzkich siedlisk, w którym azyl będą mogły znaleźć wszystkie nękane przez ludzi potwory.

Brzmi świetnie? Owszem! A dalej jest jeszcze lepiej – Dracula sprowadza bowiem do hotelu każde funkcjonujące w masowej wyobraźni straszydło, dzięki czemu scenarzyści mogą do woli bawić się ikonografią horroru. Na ekranie pojawiają się efekty pracy doktora Frankensteina, żywe trupy, szkieletory, wilkołaki, gremliny, yeti, mumie, a nawet Cthulhu, Blob i niewidzialny człowiek. Wszystkie oczywiście odpowiednio sparodiowane i wykoślawione – wilkołak to zmęczony życiem facet w średnim wieku (z wyglądu dziwnie podobny do Fantastycznego Pana Lisa z filmu Wesa Andersona), który nie może opędzić się od gromady małych, rozrabiających wilkołaczków, potwór Frankensteina ciągle kłóci się z denerwującą żoną, Mumia jest rubasznym imprezowiczem, a niewidzialny człowiek ma kłopoty z grą w kalambury (no bo, cóż, nie widać go). I gdy już poznamy to całe towarzystwo, twórcy odwracają sytuację znaną z wielu filmów grozy. Do hotelu pełnego monstrów wkrada się bowiem najgorsze dla tych monstrów monstrum – człowiek.

Nadal brzmi świetnie? Nadal! Cóż jednak z tego, skoro twórcy, najwyraźniej ślepo zapatrzeni we wspomnianego wyżej „Shreka”, do prawie każdej sceny starają się na siłę dorzucić coś, co spodoba się najmłodszym widzom? W „Shreku” była finałowa piosenka? Była. Dlatego „Hotel Transylwania” też kończyć się musi piosenką. Nieważne, że żenującą i wsadzoną do filmu bez powodu; piosenka i tak musi być. W „Shreku” były żarty oscylujące wokół pierdzenia i wydalania? Były. Więc w „Hotelu Transylwania” też się pojawiają, choć – w połączeniu z naprawdę zabawnymi, intertekstualnymi gagami – sprawiają wrażenie straszliwego dysonansu. Na każdy dobry dowcip przypada jeden żałosny, a każda pomysłowa scena musi sąsiadować z taką, do której na siłę wrzucono jakiś współczesny muzyczny hicior (jeszcze raz usłyszę w kinie „I'm Sexy and I Know It”, to chyba rzucę czymś w ekran). „Hotel Transylwania” to jedna wielka sinusoida – od głośnego, szczerego śmiechu do spuszczania wzroku i próby przezwyciężenia powracającej co chwila myśli, że trzeba było jednak poczekać na „Frankenweeniego”, zamiast kupować bilet na każdą bajkę, która korzysta z horrorowego sztafażu.

Nie chodzi nawet o to, że kopiowanie „Shreka” po dekadzie od jego premiery wydaje się już niemodne. „Hotel Transylwania” sprawia po prostu wrażenie, jakby nie wiedział, czym chce być. To film z dość banalnym morałem i prostą fabułą, która na dobre rozwija się dopiero w drugiej połowie filmu (pierwszą reżyser Genndy Tartakovsky poświęca na przedstawienie widzowi wszystkich drugoplanowych bohaterów), oparty głównie na gagach i przetwarzaniu utartych wizerunków ekranowych potworów. W tego typu luźnej formule podstawówkowe kawały, które być może nie denerwowałoby w wypadku filmu z angażującą historią, robią wyjątkowo złe wrażenie.

I choć miło popatrzeć na te wszystkie kreatury, miło pośmiać się z niektórych żartów, to jednak trudno opędzić się od wrażenia, że „Hotel Transylwania” jest bajką zmarnowanego potencjału. Znakomite pomysły bledną w zestawieniu z mozolnymi próbami przypodobania się dzieciakom, trudno też poczuć jakąkolwiek więź z postaciami, które na ekranie głównie szaleją i się wygłupiają. To zresztą kolejny problem „Hotelu Transylwania” – wszyscy bohaterowie zdają się cierpieć na ADHD, rzucają się na prawo i lewo, i miotają po ekranie, więc śledzenie akcji w niektórych scenach może się okazać niemożliwe dla najmłodszych widzów.

W jednej z najbardziej udanych scen filmu, Dracula zauważa wyświetlany w telewizorze „Zmierzch” i ze smutkiem stwierdza, że to przykre, jak wampiry są w dzisiejszych czasach przedstawiane przez media. Niby ma rację (a nabijanie się z pretensjonalnych gniotów Stephanie Meyer zawsze warto docenić), ale nie jest najlepszą osobą do wypowiadania tego typu sądów. W „Hotelu Transylwania” sam jest bowiem nadpobudliwy i irytujący, a w pewnym momencie zostaje nawet zmuszony do odstawienia przed kamerą koszmarnego hip-hopowego numeru. Po filmie kręconym przez Genndy'ego Tartakovsky'ego – twórcy „Atomówek”, „Laboratorium Dextera” i „Samuraja Jacka” – naprawdę można się było spodziewać czegoś lepszego.

   
   

Ostatnio dodane