nowości kinowe

Hobbit: Pustkowie Smauga

Gdy wybierzemy się na nowego "Hobbita", dostaniemy to, po co przyszliśmy. Nie mniej, nie więcej.

Autor: Miłosz Drewniak
opublikowano

hobbit-desolation-of-smaug-poster

Hobbit jest jednym z tych filmów, na które czekamy jak na pierwszą gwiazdkę z jednej, bardzo prostej przyczyny – bo jest filmem-pewniakiem. Wchodząc na salę kinową wiemy bardzo dobrze, czego się spodziewać i jesteśmy w stu procentach przekonani, że blisko trzy magiczne godziny seansu nie zawiodą naszych oczekiwań. Tym bardziej, że w tym wypadku mamy do czynienia z drugą częścią trylogii, która, notabene, wcale nie powinna być trylogią, ale jest trylogią, żeby było trzy razy więcej zabawy, trzy razy więcej emocji i trzy razy więcej pieniążków. Ale koniec końców – nikt na to nie narzeka. Bo nie ma na co, a wręcz przeciwnie – jest powód do radości.

Kolejny raz przenosimy się do Śródziemia i dołączamy do wesołej kompanii trzynastu krasnoludów, czarodzieja i hobbita w momencie, w którym opuściliśmy ich rok temu. Za chwilę staniemy na skraju Mrocznej Puszczy. Cel: Samotna Góra i Erebor – królestwo krasnoludów, przed laty zajęte przez chciwego smoka…

Oglądając Hobbita: Pustkowie Smauga utwierdziłem się ostatecznie w przekonaniu, że Peter Jackson po raz kolejny serwuje nam Władcę Pierścieni z tymi samymi schematami i postaciami: Aragornem – królem-wygnańcem z kompleksem niesławnego przodka, w skórze Thorina „Dębowej Tarczy”, Frodem-Bilbem – niepozornym niziołkiem, skrywającym w sobie nieuświadomione pokłady odwagi, czarodziejem Gandalfem – mentorem i przewodnikiem etc. Tak jak Hobbit: Nieoczekiwana podróż była powtórką z Drużyny pierścienia, tak samo Pustkowie Smauga zyskuje posmak klimatu Dwóch wież. „Zło podnosi łeb w Mordorze”, czyli, przekładając na Pustkowie Smauga – w twierdzy Dol Guldur powstaje armia nieprzyjaciela.

Źle się dzieje w Śródziemiu, a wojna wisi w powietrzu. Różne znaki zwiastują jej początek i nie trzeba być uważnym czytelnikiem dzieł Tolkiena, żeby domyślić się, że w filmie Hobbit: Tam i z powrotem kumulujące się i owiane tajemnicą wydarzenia znajdą swój krwawy finał, będąc zarazem lustrzanym odbiciem Powrotu króla (którego rolę odegra oczywiście Thorin). Chociaż tym razem zapewne wiele pytań pozostanie bez odpowiedzi. A to dlatego, że, przypuszczalnie, ostatnia część Hobbita będzie zarazem prologiem do Władcy Pierścieni. Zło, które w Pustkowiu Smauga „podnosi łeb”, zostanie ostatecznie unicestwione dopiero w Powrocie króla. Mowa tutaj o tym „moście” między dwiema trylogiami, o którym mówił reżyser jeszcze przed premierą Nieoczekiwanej podróży i który skrzętnie i systematycznie buduje przez cały czas, dodając od siebie różne elementy fabuły, które znajdą swoje rozwinięcie dopiero we Władcy Pierścieni. Wszystko to zdaje się być dokładnie przemyślane i skrojone z chirurgiczną precyzją. Jednak prowadzi nas to do czegoś, na co narzekają tolkienowscy puryści – nieścisłości z książką, a tych jest w Pustkowiu Smauga co niemiara. Cóż mogę rzec – jednym podoba się taka rozszerzona wersja Hobbita, inni są mniej tolerancyjni, jeśli chodzi o mieszanie w prozie mistrza. Należę do pierwszej grupy. Uważam, że Jackson umiejętnie wzbogacił fabułę powieści.

THE HOBBIT: THE DESOLATION OF SMAUG

Krótko mówiąc – gdy wybierzemy się na nowego Hobbita, dostaniemy to, po co przyszliśmy. Nie mniej, nie więcej. Dobro będzie walczyć ze złem, krasnoludy będą nienawidzić elfów i vice versa, ziemia spłynie krwią orków a Bombur będzie spasiony i wykona skok do beczki, za który Stephen Hunter z miejsca powinien dostać Oscara. Jest jeszcze jedna wielka gwiazda tej części – smok, na którego wszyscy czekamy od dwóch lat, a którego mrugające oko i prolog do pierwszego Hobbita przyjemnie się z nami podrażniły i połechtały naszą wyobraźnię. Smaug jest obłędny, gigantyczny, a pierwsza scena w skarbcu jest pełna napięcia – „oto już za chwilkę gwóźdź programu” – myślimy sobie, gdy oczami Bilba oglądamy góry złota i wiemy, że gdzieś tam czai się ogromny, ziejący ogniem gad. Zmodyfikowany głos Benedicta Cumberbatcha robi świetne wrażenie i doskonale pasuje do postaci szlachetnego stwora.

Jednakże, o ile Smaug wygląda nieziemsko, a barokowe pod względem scenografii i efektów specjalnych sceny w skarbcu łykamy bez zająknięcia, o tyle w innych scenach wymagających komputerowego podrasowania, Jacksona zwyczajnie poniosło. Potyczka Gandalfa z Nekromantą przypomina raczej intro do komputerowej gry RPG, niż chociażby pamiętną scenę walki z Balrogiem z Drużyny pierścienia, a zmontowana jest koszmarnie i na odczepnego, tak jakby walące po oczach światło miało odwrócić uwagę widowni od technicznych niedociągnięć. Tylko wypatrywać Petera Jacksona, który wciśnie się w kadr z marchewką w łapie i między jednym chrupnięciem a drugim zwróci się z dumą do widza: „Wiecie ile kasy poszło na tę scenę?”.

THE HOBBIT: THE DESOLATION OF SMAUG

Sceny walki (te nie magiczne) też nie ustępują tym sprzed roku – są wartkie, gęste i bardzo wymyślne, jeśli chodzi o interakcję walczących bohaterów z otoczeniem (miejscami nawet do przesady). Jedną z tych najbardziej zapadających w pamięć jest rąbankowa sekwencja spływu beczkowego w Mrocznej Puszczy. Trup ściele się gęsto i widowiskowo, a przecież tego właśnie oczekujemy od scen walki w Hobbicie.

W Pustkowiu Smauga pojawiają się nowi bohaterowie – rudowłosa elfka Tauriel (Evangeline Lilly), Thranduil (Lee Pace) – król elfów z Mrocznej Puszczy, czy Bard (Luke Evans) i nasz stary znajomy z Władcy Pierścieni – Legolas (Orlando Bloom), który jak zwykle jest suchy jak kokosowe wióry i spięty jak… no właśnie – jak elf, więc w sumie się broni.

Aktorstwo w filmie stoi na wysokim poziomie. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to nie do aktorstwa, a do samego doboru obsady i charakteryzacji, która (co prawda nic to nowego po Nieoczekiwanej podróży) kuleje w jednym punkcie – co najmniej kilku krasnoludów to prawdziwi przystojniacy z dwudniowym zarostem, co jest największym absurdem Hobbita. To trochę tak, jakby w roli Legolasa obsadzić Johna Goodmana.

THE HOBBIT: THE DESOLATION OF SMAUG

Ale tak naprawdę jest to szczegół i przytyk z serii „czepiam się, bo się czepiam, ale w ogóle mi to nie przeszkadza”. Gdyby Thorin był brzydalem, film straciłby żeńską widownię w przedziale wiekowym 13-16, a i reszcie łatwiej kibicować komuś, kto nie ma odpychającej facjaty.

Oczywiście grzechem byłoby nie wspomnieć o nowozelandzkich plenerach, które i tym razem nikogo nie zawiodą i o ścieżce dźwiękowej Howarda Shore’a, która jest czystą poezją, choć odgrzewaną. Ale znowu – komu to przeszkadza? Przecież kochamy tę muzykę, która jak nic innego oddaje klimat tolkienowsko-jacksonowskiego Śródziemia.

Ujmując rzecz najprościej – oglądając Pustkowie Smauga, będziecie mieli ciągłe i długie, bo prawie trzygodzinne, deja vu. To wszystko już było. Emocje są znajome i nic dziwnego, skoro reżyser ciągle uderza w te same akordy. Ale czy nie po to właśnie idziemy do kina na Hobbita? Czy nie dlatego z niecierpliwością czekamy na premierę nowej odsłony przygód Bilba? Nie wiem jak Wy, ale ja nie mogę się doczekać, żeby już za rok ponownie przeżyć Powrót króla.

615167703613725ad79943aa2e262164

Ostatnio dodane