nowości kinowe

Hobbit: Pustkowie Smauga

Mniej dłużyzn, lepsze tempo, świetne walki, odpowiednie rozłożenie akcentów - "Pustkowie Smauga" poprawia wszystkie niedociągnięcia swojego poprzednika.

Autor: Jędrzej Dudkiewicz
opublikowano

hobbit-smaug-character-poster-2

Autorem recenzji jest Jędrzej Dudkiewicz.

Po premierze pierwszej części „Hobbita” nie wszyscy byli zadowoleni. Kręcono nosami, że po co trzy filmy, że za dużo dłużyzn, że to tylko skok na kasę, etc. Ja już jednak wtedy byłem zadowolony, co wynika z tego, że z książkami J.R.R. Tolkiena i filmami Petera Jacksona łączy mnie silny związek emocjonalny. Do pierwszej minuty seansu „Nieoczekiwanej podróży” nie zadawałem sobie sprawy, jak bardzo tęskniłem za Śródziemiem – gdy sobie to uświadomiłem, byłem w stanie wybaczyć bardzo dużo. Od razu więc ostrzegam, że recenzja też będzie emocjonalna. Nie uważam bowiem, że Jackson daje nam to, czego oczekujemy. Ja dostałem znacznie więcej niż się spodziewałem – „Pustkowie Smauga” jest według mnie już na poziomie „Władcy Pierścieni”.

Opowieść zostaje podjęta niemal dokładnie w tym samym miejscu, w którym skończyła się pierwsza część. Drużyna krasnoludów, wraz z Bilbo i Gandalfem, kontynuuje swą wyprawę do Samotnej Góry. Po drodze bohaterowie będą musieli przejść przez Mroczną Puszczę, w której spotkają nie tylko ogromne pająki, ale też leśne elfy z królem Thranduilem na czele. To oczywiście nie wszystkie przygody, jakie na nas czekają, lecz nie ma sensu ich wymieniać – większość fanów powieści Tolkiena dobrze zna wydarzenia, a dla reszty niech to pozostanie niespodzianką.

THE HOBBIT: THE DESOLATION OF SMAUG

Przede wszystkim w „Pustkowiu Smauga” poprawione zostały wszystkie niedociągnięcia „Nieoczekiwanej podróży”. Po pierwsze, film ma zdecydowanie mniej dłużyzn – doskonałe tempo nie pozwala nudzić się ani przez chwilę. Prawdę mówiąc nawet nie zauważyłem, kiedy zleciały mi prawie trzy godziny. Po drugie, choreografia walk jest o wiele lepsza. Są one szybkie, świetnie zmontowane i naprawdę ekscytujące. Po trzecie, nie ma piosenek. Po czwarte, w końcu przynajmniej część krasnoludów dostaje swoje pięć minut i ma do zrobienia coś więcej niż jeden dialog i trochę walki na krzyż.

Skoro już przy postaciach jesteśmy – warto przyjrzeć się zwłaszcza tym nowym. W zwiastunach Lee Pace jako Thranduil przekonywał mnie średnio. Na szczęście moje wątpliwości szybko się rozwiały. Pace w roli króla elfów jest znakomity – odpowiednio łączy dumę, arogancję, dostojność i doświadczenie. Podobali mi się także Beorn (mimo, że pojawił się na chwilę, to zapadł w pamięć) oraz Bard – Luke Evans odwalił kawał dobrej roboty. Nie mam też nic przeciwko temu, że pojawiają się tu Legolas i zupełnie nowa bohaterka, czyli Tauriel. Jakoś pasują mi do klimatu, wątek miłosny nie przeszkadza, a do tego Evangeline Lilly jest nie tylko piękna, ale i przekonująca w swojej roli (czego nie da się powiedzieć o Orlando Boomie, ale to żadnym zaskoczeniem nie jest).

Osobny akapit należy się Smugowi i to nie tylko dlatego, że jego imię widnieje w podtytule filmu. Wiedziałem, że przy jego tworzeniu eksperci od efektów specjalnych się postarają, ale nie byłem przygotowany na coś tak genialnego. Jego wygląd, mimika, sposób poruszania się – wszystko to sprawiało, że w trakcie każdej sceny z jego udziałem, siedziałem jak sparaliżowany. No i Smaug jest też świetnie zagrany. Podkładający pod niego głos Benedict Cumberbatch sprawdził się lepiej niż oczekiwałem. Smok w „Hobbicie” jest o wiele lepszy i ciekawszy niż wszystkie kaiju z „Pacific Rim” razem wzięte.

458184_1.1

„Pustkowie Smauga” to także popis w kwestiach technicznych. To, co rzuciło mi się w oczy od razu, to doskonała praca kamery, nadająca rytm poszczególnym scenom. Zdjęcia też są dopracowane i po raz kolejny udowadniają, że prawdopodobnie nie ma na świecie piękniejszego miejsca od Nowej Zelandii. Polepszyła się również muzyka – pierwsza część bazowała za bardzo na „Władcy Pierścieni” i miała w zasadzie jeden nowy utwór, tu jest ich zdecydowanie więcej. Mi spodobał się przede wszystkim ten towarzyszący miastu Dal. Jak łatwo się domyślić również efekty specjalne, charakteryzacja, scenografia i kostiumy stoją na najwyższym poziomie.

„Hobbit: Pustkowie Smauga” ma pewnie swoje wady i jeśli ktoś do tej pory nie przekonał się do wizji Petera Jacksona, to już raczej się to nie zmieni. Dla mnie jest to kawał wielkiej i ważnej przygody, przez co jestem w stanie wybaczyć twórcom bardzo dużo. Czy te filmy zostały zrobione dla kasy? Oczywiście (jak zdecydowana większość). Ale ja jestem w stanie ją wydać bez wahania, więc zaraz po premierze wybieram się po raz drugi do kina. I to z prawdziwą przyjemnością.

Ostatnio dodane