nowości kinowe

Hobbit: Niezwykła Podróż

“Hobbit” Tolkiena nie jest tak dziecinny, jak mówią, a “Hobbit” Jacksona tak rozczarowujący, jak niektórzy sugerują.

Autor: Rafał Oświeciński
opublikowano

Z punktu widzenia fana

Ekranizacja “Hobbita” to karkołomne zadanie. 

Peter Jackson musi bowiem zadowolić wiele różnych rodzajów widzów, spośród których wielu ma odmienne oczekiwania, inaczej interpretuje kinowy fun, sposób ekranizowania książek; widzów, których mało obchodzi literacki sztafaż, tło gatunkowe, osoba reżysera, technikalia. Albo też odwrotnie – niektórzy widzowie są żywo zainteresowani produkcją, uzasadnieniem decyzji, subiektywnymi odczuciami innych widzów, technicznymi wyzwaniami. Dla jednych “Władca Pierścieni” – film do którego nie odwoływać się nie sposób – to ekranizacja kultowej powieści Tolkiena, którego twórczość ma status naprawdę wyjątkowy, bo w pełni mitologiczny, nieskończenie bogaty, więc niemożliwy do skutecznego przekazania na ekranie – przynajmniej dla tolkienowych purystów, których także w Polsce przecież nie brakuje. Dla niektórych widzów LOTR sprzed 10 lat to kinematograficzne arcydzieło. Albo zwyczajnie dobre kino. Albo słabe, nudne, przeceniane, niechlujne.

Jest więc wiele grup do dopieszczenia, a wymienione powyżej różnią się stopniem skomplikowania swego spojrzenia nie tylko na “Władcę Pierścieni”, co na kino w ogóle. To wiele odcieni oczekiwań, wiele interpretacyjnych barw przepuszczonych przez subiektywne sito.

Można oczywiście zadać sobie pytanie, o sens takich dywagacji o oczekiwaniach widzów, wszak Śródziemie Jacksona to – na pewnym polu – klasyczny filmowy blockbuster, jakich w każdym roku wiele, wsparty gigantyczną kampanią reklamową, więc teoretycznie nie warty podobnego typu rozkmin. Jednak bezsprzeczna kultowość dotychczasowych filmów Jacksona i powieści Tolkiena, ich finansowy i artystyczny sukces, a także tkwiący w “Hobbicie” olbrzymi wielopłaszczyznowy potencjał pozycjonują “Hobbita” inaczej niż najnowszego Bonda, przygody pewnej panny na igrzyskach śmierci, czy ekranizacje komiksów, które nie muszą mierzyć się z tak dużą liczbą różnych oczekiwań.

A jak sobie z nimi poradził Peter Jackson przy okazji pierwszej odsłony “Hobbita”? Gdyby streścić wiele uczuć i dopasować do nich jedno słowo, byłoby to “mieszane” i to zarówno jeśli chodzi o nastawienie  przed seansem, jak i refleksje po seansie. Wcześniej na stronie pojawiła się dość wstrzemięźliwa w ocenie recenzja Jimi’ego, wkrótce pojawi się kilka kolejnych. Jeśli zerkniecie na dużą dyskusję na naszym Forum, to zauważycie, jak skrajne potrafi być wartościowanie, nastawienie i doświadczenie.

Ja jako widz

Osobiście należę do grupy wielkich fanów ekranizacji “Władcy Pierścieni”, które uważam – ale wersje reżyserskie! – za znakomicie oddające piękno świata stworzonego przez Tolkiena (którego powieści i opowiadania czytałem wielokrotnie od czasu skończenia 12 lat). Moje spojrzenie może być odczytane jako lekko spaczone, ale taka jest sytuacja – albo się z moim zdaniem zidentyfikujecie, albo je olejecie. Postaram się być jak najbardziej szczery, a na szczerości bardzo mi zależy ze względu na wiele pozytywnych zaskoczeń, których byłem świadkiem, i niewygodne szczegóły, które z biegiem czasu traciły na znaczeniu.

Najnowszy film autora “Martwicy mózgu” w sposób naturalny kojarzony jest z ekranizacją pierwszej powieści Tolkiena. Jest to zgodne ze stanem faktycznym – thank you, Captain Obvious! – jednak po zobaczeniu pierwszej odsłony najnowszej trylogii krzyczenie o bezsensowności podziału na 3 części może być traktowane jako niepotrzebne jojczenie (którego, swoją drogą, byłem orędownikiem parę miesięcy temu). “Hobbit” to bowiem nie tyle ekranizacja pierwszej powieści Tolkiena, która była swoistym wstępem do świata Śródziemia, prologiem do późniejszych wydarzeń, ale zdecydowanie bogatsza ekranizacja, zarówno pod względem budowy mitologii, jak i płynnego związania tej historii z wyprawą Frodo Bagginsa do Mordoru. Książkowa wyprawa na Smoczą Górę to bardzo ciekawa lektura, ale pod względem mitologicznych kontekstów, na pewno nie tak bogata jak “Władca Pierścieni”, nie mówiąc już o spisanej historii Śródziemia z “Silmarillionem” na czele. To prosta, przygodowa historia osadzona w konkretnym świecie, z ciekawie nakreślonymi postaciami, zajmującą akcją i czytelnymi morałami.

Ci, którzy czytali, wiedzą dobrze, że nie jest to głupiutka baja dla starszych dzieciaków, jak najczęściej o “Hobbicie” mówią ci, co nie czytali, a powtarzają za innymi ignorantami, niestety. To, że Tolkien napisał ją dla swego syna, nie znaczy, że powieść pełna jest pretensjonalnej naiwności, którą łyknąć może dziecko. To kawał naprawdę świetnej literatury, napisanej żywym językiem, z przebogatym tłem – mogącej zafascynować   także osoby dorosłe, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Ale jednocześnie to dość dzieło autonomiczne, z którego wydarzeń dopiero później korzystał Tolkien przy tworzeniu “Władcy” i w którym jeszcze nie czuć grozy czyhającej za rogiem i nie widać zagrożenia innego niż to bezpośrednio dotykającego bohaterów. Niemniej to też owoc (wydany w 1937 roku) wcześniejszej, bo prowadzonej przez 20 lat, pracy Tolkiena nad mitologią Śródziemia.

Co on zrobił?

Co zrobił więc Jackson? Nie zignorował mitologicznych kontekstów, za to wzbogacił to, zdawałoby się proste, tło, kilka razy uciekł w stronę historii, która za parę lat ma się zdarzyć – temu służy choćby wątek Radagasta, który znajduje miecz odradzających się Nazguli (swoją drogą to nie wersja tolkienowska, a tria scenarzystów). Trudno tu mówić o “smaczkach”, ale jest to próba płynnego powiązania dwóch historii. I z pewnością takich bezpośrednich nawiązań będzie w kolejnych częściach jeszcze więcej – Jackson przecież nie ukrywa licznych konotacji z “Silmarillionem”, “Księgi Zaginionych Opowieści”, których pomniejsze epizody budują historię Śródziemia, zapowiadają przyszłe wydarzenia, znane już z “Władcy”. Pysznie ogląda się więc te krótkie sceny, jak te z niemalże niezauważalnym łypnięciem Gandalfa na Bilbo, który coś znalazł, a czarodziej zdaje się, że wie co to takiego. Nawet jeśli te motywy wychodzą poza karty powieści, to nie drażnią, nie są nachalne (choć swoją drogą wymagają cierpliwości).

Gorzej jednak Jacksonowi wyszedł “Hobbit” pod względem fabularnych fajerwerków, których sens jest podporządkowany młodemu targetowi i kupie klisz z tym związanych, nie mówiąc już o zwykłym efekciarstwie – z tego powodu w filmie mamy zmyślonego antagonistę, czyli Azoga, na kartach powieści obecnego raz, w momencie zadawania śmierci Theodenowi Throrowi. Radagast, postać z książkowego dalekiego planu, tutaj uzdrawia słitaśnie piszczące jeże i jeździ na saniach ciągnionych przez gigantyczne króliki. Walczące ze sobą kamienne potwory – w książce jedno zdanie, trudno nawet powiedzieć, czy to sen, czy jawa Bilbo – tutaj na kilka minut “miotają” bohaterami na lewo i prawo, co nie służy niczemu prócz pokazowi efektów specjalnych (świetnych swoją drogą).

Ja-czytelnik i ja-widz

Te zmiany w stosunku do książkowego oryginału powodują więc pewien dysonans – z jednej strony znakomicie uzupełniają to, co powinno być dopowiedziane, a z drugiej wprowadzają zbędne elementy, które mają za zadanie zadowolić jak największą grupę odbiorców. Ja stoję trochę okrakiem na płocie, a to, co komu będzie przeszkadzać lub nie zależy od stopnia osobistej tolerancji na tego typu zagrywki.

Nie żebym był przeciwny zmianom – nie jestem i nigdy nie byłem purystą książkowym. Ekranizacja powieści nie jest w stanie zaadaptować wyobraźni czytelnika, a to przecież na wyobraźni zasadza się czytanie. Co więcej – inaczej emocjami operuje autor książki, a inaczej robi to reżyser filmowy. W inny sposób budowane są światy, innymi sposobami kreowani bohaterowie. Zdaję sobie sprawę, że to oczywistości, dlatego wciąż mnie dziwią wszelkie porównania wartościujące te dwa odmienne sposoby opowiadania. Dlatego bardzo cenię sobie to, co robi z ekranizacjami Peter Jackson – jest im, pod względem fabularnym, bardzo wierny, ale doskonale zdaje sobie jednocześnie sprawę z medium, którym operuje, a które potrzebuje pewnych skrótów, dopowiedzeń i nawiązań do tego, co nie tylko czytelnikowi adaptowanej książki będzie znane, ale także tym, którzy historię wojny o Pierścień znają z filmów (lub nie znają w ogóle). I dlatego łatwo mi przymknąć oko na własną wyobraźnię i przeinaczone epizody z powieści Tolkiena – fabuła filmowa zwyczajnie tego wymaga i wolę dostosować się do wizji tego, który coś proponuje, który wymaga zrozumienia intencji, niż narzucać osobisty pogląd na coś, co ode mnie nie zależy.

Więc jak jest?

Czy warto więc z tego powodu rozciągać na 3 części? Wbrew pozorom i jednoznacznym podtekstom komercyjnym – warto. Zostałem przekonany. Pomimo pewnej opieszałości w początkowej części filmu, pierwsza odsłona “Hobbita” jest godnym prequelem klasyka, jakim jest “Władca Pierścieni”. Bogactwo szczegółów, doskonała realizacja efektów specjalnych, wyborna muzyka, przepiękne zdjęcia (genialne 3D w 48fps – to się sprawdza!), dobre aktorstwo, a także wierność przebrzmiałym ideom pisanym z dużych liter (Honor, Odwaga, Poświęcenie) – to wszystko jest.
Kwestia tego, na ile jest się fanem tego filmowego świata wykreowanego przed 10 laty – teraz tylko udoskonalonego, ale wciąż bardzo swojskiego, pozostającego w identycznym klimacie jak “Drużyna Pierścienia”. Jakim jesteś widzem i co zobaczyłeś?

Ostatnio dodane