Hobbit: Niezwykła podróż - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Hobbit: Niezwykła Podróż

“Hobbit” Tolkiena nie jest tak dziecinny, jak mówią, a “Hobbit” Jacksona tak rozczarowujący, jak niektórzy sugerują.




Z punktu widzenia fana




Rafał Oświeciński
31.12.2012


Ekranizacja “Hobbita” to karkołomne zadanie. 

Peter Jackson musi bowiem zadowolić wiele różnych rodzajów widzów, spośród których wielu ma odmienne oczekiwania, inaczej interpretuje kinowy fun, sposób ekranizowania książek; widzów, których mało obchodzi literacki sztafaż, tło gatunkowe, osoba reżysera, technikalia. Albo też odwrotnie – niektórzy widzowie są żywo zainteresowani produkcją, uzasadnieniem decyzji, subiektywnymi odczuciami innych widzów, technicznymi wyzwaniami. Dla jednych “Władca Pierścieni” – film do którego nie odwoływać się nie sposób – to ekranizacja kultowej powieści Tolkiena, którego twórczość ma status naprawdę wyjątkowy, bo w pełni mitologiczny, nieskończenie bogaty, więc niemożliwy do skutecznego przekazania na ekranie – przynajmniej dla tolkienowych purystów, których także w Polsce przecież nie brakuje. Dla niektórych widzów LOTR sprzed 10 lat to kinematograficzne arcydzieło. Albo zwyczajnie dobre kino. Albo słabe, nudne, przeceniane, niechlujne.

Jest więc wiele grup do dopieszczenia, a wymienione powyżej różnią się stopniem skomplikowania swego spojrzenia nie tylko na “Władcę Pierścieni”, co na kino w ogóle. To wiele odcieni oczekiwań, wiele interpretacyjnych barw przepuszczonych przez subiektywne sito.

Można oczywiście zadać sobie pytanie, o sens takich dywagacji o oczekiwaniach widzów, wszak Śródziemie Jacksona to – na pewnym polu – klasyczny filmowy blockbuster, jakich w każdym roku wiele, wsparty gigantyczną kampanią reklamową, więc teoretycznie nie warty podobnego typu rozkmin. Jednak bezsprzeczna kultowość dotychczasowych filmów Jacksona i powieści Tolkiena, ich finansowy i artystyczny sukces, a także tkwiący w “Hobbicie” olbrzymi wielopłaszczyznowy potencjał pozycjonują “Hobbita” inaczej niż najnowszego Bonda, przygody pewnej panny na igrzyskach śmierci, czy ekranizacje komiksów, które nie muszą mierzyć się z tak dużą liczbą różnych oczekiwań.

A jak sobie z nimi poradził Peter Jackson przy okazji pierwszej odsłony “Hobbita”? Gdyby streścić wiele uczuć i dopasować do nich jedno słowo, byłoby to “mieszane” i to zarówno jeśli chodzi o nastawienie  przed seansem, jak i refleksje po seansie. Wcześniej na stronie pojawiła się dość wstrzemięźliwa w ocenie recenzja Jimi’ego, wkrótce pojawi się kilka kolejnych. Jeśli zerkniecie na dużą dyskusję na naszym Forum, to zauważycie, jak skrajne potrafi być wartościowanie, nastawienie i doświadczenie.

Ja jako widz

Osobiście należę do grupy wielkich fanów ekranizacji “Władcy Pierścieni”, które uważam – ale wersje reżyserskie! – za znakomicie oddające piękno świata stworzonego przez Tolkiena (którego powieści i opowiadania czytałem wielokrotnie od czasu skończenia 12 lat). Moje spojrzenie może być odczytane jako lekko spaczone, ale taka jest sytuacja – albo się z moim zdaniem zidentyfikujecie, albo je olejecie. Postaram się być jak najbardziej szczery, a na szczerości bardzo mi zależy ze względu na wiele pozytywnych zaskoczeń, których byłem świadkiem, i niewygodne szczegóły, które z biegiem czasu traciły na znaczeniu.

Najnowszy film autora “Martwicy mózgu” w sposób naturalny kojarzony jest z ekranizacją pierwszej powieści Tolkiena. Jest to zgodne ze stanem faktycznym – thank you, Captain Obvious! – jednak po zobaczeniu pierwszej odsłony najnowszej trylogii krzyczenie o bezsensowności podziału na 3 części może być traktowane jako niepotrzebne jojczenie (którego, swoją drogą, byłem orędownikiem parę miesięcy temu). “Hobbit” to bowiem nie tyle ekranizacja pierwszej powieści Tolkiena, która była swoistym wstępem do świata Śródziemia, prologiem do późniejszych wydarzeń, ale zdecydowanie bogatsza ekranizacja, zarówno pod względem budowy mitologii, jak i płynnego związania tej historii z wyprawą Frodo Bagginsa do Mordoru. Książkowa wyprawa na Smoczą Górę to bardzo ciekawa lektura, ale pod względem mitologicznych kontekstów, na pewno nie tak bogata jak “Władca Pierścieni”, nie mówiąc już o spisanej historii Śródziemia z “Silmarillionem” na czele. To prosta, przygodowa historia osadzona w konkretnym świecie, z ciekawie nakreślonymi postaciami, zajmującą akcją i czytelnymi morałami.

Ci, którzy czytali, wiedzą dobrze, że nie jest to głupiutka baja dla starszych dzieciaków, jak najczęściej o “Hobbicie” mówią ci, co nie czytali, a powtarzają za innymi ignorantami, niestety. To, że Tolkien napisał ją dla swego syna, nie znaczy, że powieść pełna jest pretensjonalnej naiwności, którą łyknąć może dziecko. To kawał naprawdę świetnej literatury, napisanej żywym językiem, z przebogatym tłem – mogącej zafascynować   także osoby dorosłe, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Ale jednocześnie to dość dzieło autonomiczne, z którego wydarzeń dopiero później korzystał Tolkien przy tworzeniu “Władcy” i w którym jeszcze nie czuć grozy czyhającej za rogiem i nie widać zagrożenia innego niż to bezpośrednio dotykającego bohaterów. Niemniej to też owoc (wydany w 1937 roku) wcześniejszej, bo prowadzonej przez 20 lat, pracy Tolkiena nad mitologią Śródziemia.

Co on zrobił?

Co zrobił więc Jackson? Nie zignorował mitologicznych kontekstów, za to wzbogacił to, zdawałoby się proste, tło, kilka razy uciekł w stronę historii, która za parę lat ma się zdarzyć – temu służy choćby wątek Radagasta, który znajduje miecz odradzających się Nazguli (swoją drogą to nie wersja tolkienowska, a tria scenarzystów). Trudno tu mówić o “smaczkach”, ale jest to próba płynnego powiązania dwóch historii. I z pewnością takich bezpośrednich nawiązań będzie w kolejnych częściach jeszcze więcej – Jackson przecież nie ukrywa licznych konotacji z “Silmarillionem”, “Księgi Zaginionych Opowieści”, których pomniejsze epizody budują historię Śródziemia, zapowiadają przyszłe wydarzenia, znane już z “Władcy”. Pysznie ogląda się więc te krótkie sceny, jak te z niemalże niezauważalnym łypnięciem Gandalfa na Bilbo, który coś znalazł, a czarodziej zdaje się, że wie co to takiego. Nawet jeśli te motywy wychodzą poza karty powieści, to nie drażnią, nie są nachalne (choć swoją drogą wymagają cierpliwości).

Gorzej jednak Jacksonowi wyszedł “Hobbit” pod względem fabularnych fajerwerków, których sens jest podporządkowany młodemu targetowi i kupie klisz z tym związanych, nie mówiąc już o zwykłym efekciarstwie – z tego powodu w filmie mamy zmyślonego antagonistę, czyli Azoga, na kartach powieści obecnego raz, w momencie zadawania śmierci Theodenowi Throrowi. Radagast, postać z książkowego dalekiego planu, tutaj uzdrawia słitaśnie piszczące jeże i jeździ na saniach ciągnionych przez gigantyczne króliki. Walczące ze sobą kamienne potwory – w książce jedno zdanie, trudno nawet powiedzieć, czy to sen, czy jawa Bilbo – tutaj na kilka minut “miotają” bohaterami na lewo i prawo, co nie służy niczemu prócz pokazowi efektów specjalnych (świetnych swoją drogą).

Ja-czytelnik i ja-widz

Te zmiany w stosunku do książkowego oryginału powodują więc pewien dysonans – z jednej strony znakomicie uzupełniają to, co powinno być dopowiedziane, a z drugiej wprowadzają zbędne elementy, które mają za zadanie zadowolić jak największą grupę odbiorców. Ja stoję trochę okrakiem na płocie, a to, co komu będzie przeszkadzać lub nie zależy od stopnia osobistej tolerancji na tego typu zagrywki.

Nie żebym był przeciwny zmianom – nie jestem i nigdy nie byłem purystą książkowym. Ekranizacja powieści nie jest w stanie zaadaptować wyobraźni czytelnika, a to przecież na wyobraźni zasadza się czytanie. Co więcej – inaczej emocjami operuje autor książki, a inaczej robi to reżyser filmowy. W inny sposób budowane są światy, innymi sposobami kreowani bohaterowie. Zdaję sobie sprawę, że to oczywistości, dlatego wciąż mnie dziwią wszelkie porównania wartościujące te dwa odmienne sposoby opowiadania. Dlatego bardzo cenię sobie to, co robi z ekranizacjami Peter Jackson – jest im, pod względem fabularnym, bardzo wierny, ale doskonale zdaje sobie jednocześnie sprawę z medium, którym operuje, a które potrzebuje pewnych skrótów, dopowiedzeń i nawiązań do tego, co nie tylko czytelnikowi adaptowanej książki będzie znane, ale także tym, którzy historię wojny o Pierścień znają z filmów (lub nie znają w ogóle). I dlatego łatwo mi przymknąć oko na własną wyobraźnię i przeinaczone epizody z powieści Tolkiena – fabuła filmowa zwyczajnie tego wymaga i wolę dostosować się do wizji tego, który coś proponuje, który wymaga zrozumienia intencji, niż narzucać osobisty pogląd na coś, co ode mnie nie zależy.

Więc jak jest?

Czy warto więc z tego powodu rozciągać na 3 części? Wbrew pozorom i jednoznacznym podtekstom komercyjnym – warto. Zostałem przekonany. Pomimo pewnej opieszałości w początkowej części filmu, pierwsza odsłona “Hobbita” jest godnym prequelem klasyka, jakim jest “Władca Pierścieni”. Bogactwo szczegółów, doskonała realizacja efektów specjalnych, wyborna muzyka, przepiękne zdjęcia (genialne 3D w 48fps – to się sprawdza!), dobre aktorstwo, a także wierność przebrzmiałym ideom pisanym z dużych liter (Honor, Odwaga, Poświęcenie) – to wszystko jest.
Kwestia tego, na ile jest się fanem tego filmowego świata wykreowanego przed 10 laty – teraz tylko udoskonalonego, ale wciąż bardzo swojskiego, pozostającego w identycznym klimacie jak “Drużyna Pierścienia”. Jakim jesteś widzem i co zobaczyłeś?

Rafał Oświeciński

Rafał Oświeciński

REDNACZ at FILM.ORG.PL
Celuloidowy fetyszysta.
Kino istnieje nie tylko dla rozrywki. Powinno budzić emocje. Powinno szokować ibulwersować. Powinno bez skrupułów zmuszać mózg i serce do wytężonej pracy. Dlatego wolę nieudane eksperymenty od udanych średniaków tworzonych od linijki.
Rafał Oświeciński






  • Grzesiek

    Dobra recenzja. Ja byłem wczoraj w kinie na wersji 2D i jestem
    zachwycony! Kompletnie nie rozumiem czemu niektórzy nudzili się albo
    nawet przysypiali. W filmie jest mnóstwo akcji (nawet za dużo), mnóstwo
    ciekawych scen i pięknych widoków. Decyzję o rozciągnięciu Hobbita na
    trzy filmu uważam za słuszną. Dzięki temu dostaniemy przecież trzy super
    filmy, a nie jeden :) A te dodane elementy moim zdaniem są świetne.
    Sceny z Radagastem był y genialne (kocham jeże). Po seansie zrozumiałem
    czemu film tak długo powstawał, scenarzyści mieli piekielne ciężkie
    zadanie. Bo w końcu Hobbit to nie Władca, trzeba było zrobić wesoły
    przygodowy film dla dzieci, a jednocześnie wstęp do Władcy dla starych
    fanów. I moim zdaniem to się udało. Ja daję 10/10 bo bawiłem się
    wybornie. Wielkie brawa dla Martina Freemana i speców od Golluma. Jedyny
    minus filmu to soundtrack wzięty z trylogii. Polski dubbing okazał się
    całkiem znośny. W nowym roku muszę obejrzeć w 3D i 48fps.

    • Dominik

      No żartujesz chyba z tym sountrackiem! Przecież każdy motyw z Władcy Pierścieni był przypisany do pewnego miejsca, sytuacji itp. – motyw Shire, jeźdzców Rohanu, Morii itd.. Tak jak obie powieści mają wspólne uniwersum, mają też dużo wspólnych motywów i stąd wspólna – miejscami – muzyka. Ale jest też kilka zupełnie nowych, świetnych kawałków, na czele z „tytułowym” Misty Mountains. Nie mogę się doczekać kiedy Hobbit trafi na krakowski Festiwal Muzyki Filmowej, projekcje Władcy Pierścieni z muzyką graną na żywo wbijały w ziemię :).

  • Filip

    Jeśli chodzi o rozciągnięcie na trzy części… Hobbit: NP był dla mnie zbyt krótki. Jackson wspaniale buduje
    świat Śródziemia i nie czułem żeby dodane przez niego wątki (no może poza walką kamiennych olbrzymów) były wrzucane na siłę. Nie zgodzę się też, że początek się dłuży, zarówno Hobbit, jak i Drużyna Pierścienia dobrze wyszły na obszernym wprowadzeniu do historii. Co do 3d 48fps mam podobne odczucia. Niektóre sceny robia oszalamiajace wrazenie. Hobbit nie był ofc idealny, najbardziej drażnił mnie: – bajkowy wygląd krasnoludów, ciągle powtarzający się 1 motyw muzyczny, Radagast – postac jakby z innego filmu, gra aktorska niektorych weteranow z LOTRA byla niesatysfakcjonujaca.

  • Unfinished

    „mamy zmyślonego antagonistę, czyli Azoga, na kartach powieści obecnego raz, w momencie zadawania śmierci Theodenowi”

    Nie Théodenowi, a Thrórowi.

    • oczywiście, dzięki za czujność :)

    • Azog

      Tak abstrahując od tego kogo zabił. Można mieć za złe reżyserowi, że wprowadził Azoga, ale z drugiej strony…

      lepszy taki wskrzeszony antagonista, niż antagonista, który przez cały film śpi i de facto nie stwarza żadnego zagrożenia dla głównych bohaterów. O ile w książce śpiący smok się sprawdza, o tyle w filmie zanudziłby widza na śmierć, a chyba takiego zagrożenia od niego nie chcielibyśmy.

      Poza tym sam sposób wprowadzenia Azoga do mnie przemawia. Wszyscy byli przekonani, że nie żyje tak jak jest to wspomniane w książkach Profesora. Okazało się jednak, że się wylizał z ran o czym przecież kronikarze a tym bardziej Thorin wiedzieć nie musi. Nie odczułem ani przez chwilę, że ten powrót do świata żywych jest na siłę. Wręcz przeciwnie. Bardziej irytuje zmiana osoby, która faktycznie zabiła Azoga/była przekonana o tym, że to zrobiła. Ale cóż… uproszczenia są konieczne i nawet jako fan Tolkiena jestem w stanie przymknąć na nie oko.

      P.S. Bardzo dobra recenzja! Pozdrawiam.

  • kadr

    Zgadzam się z recenzją jednak pisanie o podzieleniu filmowego Hobbita na trzy części w imię dobra dla samej opowieści jest zwyczajnie śmieszne. Naprawdę, nie chce tutaj pisać słów powszechnie uważanych za nieparlamentarne ale czy naprawdę ktokolwiek z was ma co do tego jakiekolwiek złudzenia? Hobbit stał się trylogią tylko i wyłącznie z chęci zarobienia mnóstwa KASY! Innego powodu nie było. Dam uciąć sobie wszystkie członki, że pieniądze odgrywały tutaj pierwszorzędną rolę.

    • oczywiście, że chodzi o kasę, ale Jackson i z tego może wyjść obronną ręką serwując głębszy, pełniejszy obraz Śródziemia. Wiem, że go na to stać i wiem, że jako fan LOTRów i Tolkiena, tego chcę.

    • es600

      Ta chęć kasy wyjdzie nam fanom tylko na dobre, prawda? Jestem zdania, że jakby Hobbit wyszedł jako jedna część większość by płakała dlaczego nie nakręcił trylogii.

  • Lolek12

    film „Hobbit, Niezwykła podróż” moim zdaniem powinien być od lat przynajmniej 12 i ma do dupy zakończenie 1 części

  • kadr

    Jackson to fachowiec, chociaż przyznam ci się, że sprawa ze zwierzętami, które zginęły na planie, trochę kłóci się z jeg fachowością. Tak czy inaczej, wiadomo, że wszyscy postarali się aby to wszystko wyglądało super. Chcą coraz więcej kasy ale też dają świetnie przygotowany produkt. A jednak wolałbym, żeby zostało tak jak miało być na początku, czyli dwa filmy.

  • kelley

    well, przy ktoryms komentarzu blogowym – dotyczącym 48fps, o ile pamietam – wypowiedzialem sie, ze w nosie mam na ile czesci jackson podzieli hobbita, bo materialu dla zdolnego opowiadacza jest dosyc. nie klopotalem sie rowniez o kwestie techniczne, bo kto widzial lotra, ten watpliwosci co do tego obszaru miec nie powinien. watpliwosci natomiast moje wzbudzala kwestia tego czy publicznosc bedzie chciala ogladac narracje niemal identyczna jak ta sprzed gora dziesieciu lat, kiedy po drodze wydarzyl nam sie nurt „new reality”, ekranizacje batmana, nowe bondy i franchise bourne’a. wyglada na to, ze moje obawy sie ziscily. historia w hobbicie broni sie w cuglach, technicznie jest to majstersztyk, wcale nie jest ani duzo lzej, ani duzo bardziej dla dzieci. ale, moi drodzy, jest to odgrzewany kotlet. narracyjnie jest to lotr, a jego narracja, mowiac otwarcie, troche sie juz w kontekscie nowych trendow, po prostu zestarzala. zdaja sie to potwierdzac wyniki box-office (po dwoch tygodniach bylo najslabiej ze wszystkich czesci, po trzecim sie poprawilo). wciaz jest to wspaniala kinowa przygoda, ale niedosyt jest i, obawiam sie, nie zostanie juz zaspokojony.

    • kaem

      Idąc twoim tokiem myślenia nie warto oglądać starszych filmów lub klimatem je przypominających jak Niezniszczalni 2. Ja jestem zachwycony tym, że Hobbit był w narracji podobny do Władcy… Mogłem się poczuć jakbym wrócił w spaniałe miejsca ze wspomnień sprzed laty. Dla mnie to zaleta dla Ciebie wada. Bond stał się dziadkiem słabeuszem a zarazem morsem [kto widział Skyfall to wie ocb], a batman to zwykły bogacz z gadżetami w gumowym kostiumie. Dla mnie już nie są superbohaterami przez to „new shitty reality”.

      • kelley

        w przeciwienstwie do ciebie, nie oceniam czy nowy trend jest cool czy nie, bo to kwestia gustu. stwierdzam fakt. a co do starszych filmow – w najlepszych obrazach narracja sie nie starzeje. new reality nie uniewaznil geniuszu obywatela kane czy blade runnera, natomiast w moim mniamaniu wplynal bardzo wyraznie na odbior lotra, ktorego styl nazwalbym naiwnym, ale nie pejoratywnie, ale w takim znaczniu, w jakim sztuka moze byc naiwna.

        • Adam Nguyen

          Kelley, nie zgodzę się z tym, że narracja WP się zestarzała. „Unexpected Journey” jest fabularną kalką „Drużyny Pierścienia” jedynie na papierze. Obydwa filmy podążają podobnym fabularny schematem, ale w pierwszym „Hobbicie” nie ma za grosz elegancji i wyczucia z „Drużyny”. Tamten film był klasyczną kinową przygodą, opowieścią gdzie każdy moment, każdy set-piece wywoływał jakieś emocje. „Hobbit” natomiast jest narracyjnie bardzo nierówny i toporny, momentami przypominający zwykły fan-service dla tolkienistów.

          Pierwszy Hobbit pomimo licznych wad, bardzo przypadł mi do gustu, ale to o czym piszesz jest czymś czego trochę się obawiam. Tego, że baty jakie film zbiera w niektórych kręgach, wpłyną negatywnie na odbiór poprzedniej trylogii wśród widzów.

          • kelley

            nie podejrzewam, zeby opinia o hobbicie wplynela na opinie o lotrze dla osob, ktore widzialy lotra przed hobbitem. a co do kwestii narracji, to te kwestie podkreslam nie dlatego, ze tak mi sie wydaje po obejrzeniu hobbita, ale dlatego, ze sadze tak juz od jakiegos czasu (mniej wiecej od kolejnych fmfow w krakowie, gdzie wrocilem do poszczegolnych czesci po paru latach). jest wiele scen, ktore momentami wzbudzaja smiech, a wrecz lekkie zazenowanie. kroluje tu ekranowa relacja miedzy frodo i samem. to wciaz swietny film (podobnie jak hobbit), ale zaczyna w moim mniemaniu tracic myszka.

          • kaem

            Weź pod uwagę, że WP to baśń-fantasy, a Hobbit to bajka-baśń-fantasy. Myślę, że reżyser wiedział co robi. Relacje między Samem a Frodo to najprawdziwsza szczera przyjaźń w dodatku w całkowicie odmiennym świecie niż nasz. Dziwnie to może tylko wyglądać z punktu widzenia widza, który nie wie co to przyjaźń lub patrzy przez pryzmat naszej rzeczywistości. W baśniach takie rzeczy są dopuszczalne ;-)

  • Pingback: Top 5 Redakcji KMF | Film.org.pl()

  • Pingback: Lato zjadaczy popcornu, czyli przegląd blockbusterów | Film.org.pl()

  • Pingback: Hobbit – Pustkowie Smauga | Film.org.pl()






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

All About Evil

Następny tekst

Urwany film #15 - Dziwne dni



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE