Heli - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

HELI (prosto z Cannes)

Kino mocne, bezkompromisowe i nie stroniące od okrucieństwa, znakomicie zagrane i zrealizowane




Czarny koń festiwalu w Cannes?




Karol Baluta
19.05.2013


Już pierwszą sceną „Heli” wbija widza w fotel: zaczyna się od ujęcia młodego mężczyzny leżącego na samochodowej przyczepie, zakrwawionego i pobitego, przytrzymywanego przy ziemi butem nieznanego oprawcy. Kamera powoli podąża do kolejnej ofiary, która wkrótce zostaje wywleczona z auta i powieszona na pobliskim moście. Następnie akcja cofa się o kilka dni, a widz z niepokojem obserwuje, jak doszło do tej sytuacji.

Heli to młody chłopak, który wraz z rodziną mieszka gdzieś wśród bliżej nieokreślonych pustkowi Meksyku, dorabiając w fabryce samochodów. Jego 12-letnia siostra Estella w tajemnicy zaczyna spotykać się z 17-letnim policyjnym kadetem Beto, snującego przed dziewczyną plany ucieczki i potajemnego ślubu. Sielanka kończy się, gdy chłopak przynosi Estelli znalezione torby z kokainą, które wspólnie chowają w bojlerze na dachu jej domu. Następnego dnia Heli znajduje narkotyki i pozbywa się ich, ale jest już za późno: wkrótce jego rodzinę zostaje sterroryzowana przez policyjną jednostkę…

Film Amata Escalante zapewne bardzo podzieli widzów, jest to bowiem historia bardzo okrutna i posiadająca spory ładunek dosadnej, realistycznej przemocy. Reżyser przeprowadza swoich bohaterów przez istne piekło, ukazując przy okazji bezkarność karteli narkotykowych i źródła ich patologii, ale także niekompetencję policji i jej bezradność w obliczu zagrożenia. „Heli” jest przepełniony mocnymi społecznymi obserwacjami, to bardzo silna krytyka państwa, które nie tylko nie chroni swoich obywateli, ale także nie zapewnia im praktycznie żadnego wsparcia w tragicznej sytuacji. Twórca ukazuje narastającą patologię, obłędność systemu, który pogrąża swoich obywateli w moralnej degeneracji i czyni z nich emocjonalne wraki. Nie idzie zarazem w stronę tzw. „syndromu Placu Zbawiciela” i nie katuje nas jedynie obrazami narastających nieszczęść; pokazuje jak ważna w sytuacji bohaterów okazuje się rodzina i że to ona sprawia, że w podobnych okolicznościach można zachować człowieczeństwo. Koniec końców bohaterowie są zdani tylko na siebie i jedynie wspólnymi siłami mają szansę podnieść się po emocjonalnym upadku.

Jednak oprócz istotnego i znakomicie poprowadzonego tematu, „Heli” ma do zaoferowania znacznie więcej. Wielkie wrażenie robią znakomite zdjęcia; każdy kadr jest przemyślany, każdy ruch kamery – precyzyjny i dodający całości niesamowitego klimatu. Na pewno duże znaczenie mają w tym wypadku bardzo fotogeniczne krajobrazy: pustkowia, odrapane lepianki, ciągnące się w nieskończoność drogi. Reżyser kilkoma wymownymi obrazami tworzy niesamowity obraz świata okrutnego, niebezpiecznego i obskurnego, ale zarazem posiadającego w sobie ukryte piękno i pewną wrażliwość, co znakomicie koresponduje z wymową filmu. Pochwał nie można też szczędzić odtwórcy tytułowej roli. Armando Espita to debiutant, który cały film gra właściwie kamienną twarzą, ale właśnie dzięki temu tak wymowne są zmiany, które na tej twarzy czasem zachodzą. Ciężko jest opisać tę rolę, zagraną z wielką naturalnością i wyczuciem, stonowaną ale bardzo konsekwentną. Po cichu liczę na nagrodę dla Espity, ale patrząc na mocną konkurencję pełną znanych nazwisk, raczej nie ma na to większych szans.

Nie potrafię powiedzieć, czy tylko na mnie film zrobił takie wrażenie – kiedy pojawiły się napisy końcowe tak chętna do oklasków canneńska publiczność pozostała milcząca i obojętna. W trakcie filmu kilka osób wyszło z sali, a najwięcej emocji wzbudziła scena przemocy wobec zwierzęcia (choć nie ukrywam, że i ja sam złapałem się przy tej sekwencji za głowę). Jest w tym coś ironicznego: Cannes to z założenia festiwal, który powinien pokazywać różne wizje świata, nawet te najmniej przyjemne i dosadne. Kiedy jednak pojawia się obraz starający się obudzić w widzach pewną społeczną świadomość, szczerze ukazujący kawałek jakże innego, nieznanego nam życia, publika tylko krzywi się z niesmakiem i kręci głowami.

Bo choć „Heli” to film ciężki i nie raz utrzymujący widza na granicy psychicznej wytrzymałości (kilka razy byłem naprawdę bliski wyjścia z sali, a nie zdarza mi się to często), reżyser nigdy nie idzie w przesadę, nie ma tu dosłowności i eskalacji przemocy. Ze swoją dosadną wymową, pełnymi autentyzmu kreacjami oraz celnością spostrzeżeń, „Heli” staje się moim osobistym czarnym koniem festiwalu. Mam tylko nadzieję, że w swojej opinii nie jestem osamotniony…












Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Fruitvale Station (dyskusja prosto z Cannes)

Następny tekst

The Past (prosto z Cannes)



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE