nowości kinowe

Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć

Autor: Maciek Poleszak
opublikowano

Recenzja pojawiła się wcześniej w serwisie Paradoks

Hans Kloss to postać, której najbliżej na naszym polskim podwórku do popkulturowej ikony rodem z Zachodu, zaznaczającej swoją obecność w wielu mediach na przestrzeni lat. J-23 to nie tylko "Stawka większa niż życie" goszcząca na ekranach telewizorów jeszcze w PRL, to także bohater książek, serii komiksów a nawet… gry komputerowej z zamierzchłego (jak na tę branżę) 1992 roku. Ktoś w pewnym momencie pomyślał, że w Polsce wypadałoby w końcu nakręcić film nie będący historyczno-martyrologicznym kazaniem, kolejną identyczną komedią romantyczną lub niesmaczną farsą, której niedocenienie może skutkować otrzymaniem od twórców pozwu sądowego. I w ten oto sposób Kloss wrócił na ekrany, tym razem pod szyldem kina przygodowego. Prawie jak za oceanem: z wybuchami, pięknymi kobietami, akcją, wyrazistymi czarnymi charakterami i skarbem do zdobycia. Tylko pieniędzy w budżecie tak jakby mniej.

"Stawka większa niż śmierć" pełnymi garściami czerpie ze stylistyki Kina Nowej Przygody i klasycznych filmów z Bondem. Już na etapie oglądania zwiastuna można było odnieść wrażenie, że z serialu wzięto tylko imiona postaci, a film równie dobrze mógłby nazywać się "Hans Kloss i poszukiwacze bursztynowej komnaty". I co do jakości wykonania można było mieć pewne wątpliwości, to nie dało się nie zauważyć, że efekciarskie strzelaniny i równie efekciarskie eksplozje obecne w krótkiej zajawce w naszym kinie występują w ilościach raczej deficytowych, ustępując miejsca trudnym sytuacjom życiowym, alkoholizmowi, prostytuującym się nastolatkom i innym Poważnym Sprawom. Najważniejsze w tego typu kinie jest to, aby podczas seansu dobrze się bawić nie mając jednocześnie wrażenia, że na widok tego co dzieje się na ekranie szare komórki w popłochu ewakuują się z czaszki za pośrednictwem kanalików słuchowych. Nawet jeśli Tomasz Kot zasiada za sterami niemieckiego działka przeciwlotniczego, a wszystko dosięgnięte przez jego ogień znika w gigantycznej kuli ognia, to trudno winić tu coś poza konwencją, która nie wszystkim musi się podobać.

Jest za to w kinowej "Stawce…" kilka elementów, które spodobać się mogą. Przerysowane do granic możliwości postacie odgrywane przez Adama Woronowicza i Wojciecha Mecwaldowskiego może i nie zapiszą się złotymi literami w annałach kina, ale odczuwałem wielką frajdę patrząc jak ten pierwszy pan zaopatrzony w przepaskę na oko prowadzi ciągły ostrzał z trzymanego w ręku ciężkiego karabinu maszynowego, a drugi regularnie sprawdza jak szeroko może otworzyć oczy, zanim powieki zaczną mu się odwracać na lewą stronę. Magia kina.  Na pewno na ekranie najlepiej prezentuje się stara gwardia ze Stanisławem Mikulskim i Emilem Karewiczem na czele. Pomimo ponad osiemdziesięciu lat na karku obaj panowie są w stanie wykrzesać z siebie tyle energii, że każda scena z ich duetem to sama przyjemność. Młodsze wersje bohaterów też nie pozostawiają wiele do życzenia – o ile jednak Tomasz Kot jest co najwyżej "w porządku", to największe zaskoczenie zgotował Piotr Adamczyk. Można było spodziewać się, że jedynym zapadającym w pamięć aspektem jego postaci będzie nieudolnie przyklejony na twarzy wąs, ale aktor wszedł w rolę Brunnera po prostu idealnie i od momentu wypowiedzenia kwestii "Co ty tu robisz, Hans?" nie można już oderwać od niego wzroku. 

Niestety, konwencja konwencją, ale w paru miejscach trudno twórcom się za nią schować. Konwencja nie tłumaczy fuszerki realizacyjnej i plastikowych animacji komputerowych bijących w oczy sztucznością. Wspomniana wcześniej scena z działkiem jest jedyną w filmie całkiem zgrabnie zrealizowaną sekwencją, w innych przypadkach film straszy niepotrzebnym wyeksponowaniem słabych efektów specjalnych. Komuś na przykład zamarzyło się powtórzenie słynnego ujęcia z perspektywy spadającej bomby lotniczej w "Pearl Harbor", z miernym efektem. Innym razem majaczące na horyzoncie płonące ruiny wyglądają jak wycięte z papieru. Nawet tak prosty zabieg jak umieszczenie w pewnym momencie odbicia sylwetki aktora na szybie przerosło umiejętności grafików.

Druga najbardziej rzucająca się w oczy problematyczna sprawa to prezentowany w wielu scenach kompletny brak wyczucia reżysera w kwestii prowadzenia akcji. Tak, scenografia bywa na poziomie, nawet pomimo wrażenia oglądania droższego odcinka Teatru Telewizji. Tak, niektóre kadry skomponowano całkiem przyjemnie dla oka skupiając się na czymś więcej niż tylko na zbliżeniach na twarze aktorów. Jednak Patryk Vega nie zawsze wie, kiedy powiedzieć "dość", a najlepszym przykładem tego jest już pierwsza scena, która do produkcji nie nastraja optymistycznie. Rozstrzelanie więźniów zajmujących się transportem skrzyń ze skarbem przeciągane jest niemiłosiernie ze zbliżeniami na rozszarpywane pociskami ciała i krwawiące rany. Istniało wiele sposobów na pokazanie tego w bardziej subtelny i sugestywny sposób, twórcy wybrali niepotrzebną dosłowność, która na dodatek wydaje się być wymuszona.

Patryk Vega nie nakręcił dobrego filmu, ale nakręcił za to film potrzebny i, zaryzykuję stwierdzenie, ważny. Ujmując najłagodniej jak to się da – nie wszystko się tutaj udało, ale może coś w polskim przemyśle filmowym ruszy. Może coraz więcej twórców zechce podjąć ryzyko i nakręcić film będący odskocznią od naszych "narodowych specjalności". Może osoby pracujące nad technicznymi elementami "Stawki…" wyciągną wnioski z błędów, z czasem nabiorą doświadczenia i skutecznie wykorzystają je w kolejnych produkcjach? W końcu początki bywają trudne, ale praktyka czyni mistrza. Wiem, że przemawia przeze mnie naiwny optymizm, ale czasem chyba można pozwolić sobie na to, aby przez chwilę pomarzyć. Tak po prostu.    

5-/10

Ostatnio dodane