nowości kinowe

Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć

W jednym zdaniu: Ani to film akcji, ani szpiegowska rozgrywka, ani nawet „guilty pleasure”.

Autor: Grzegorz Fortuna
opublikowano

Nakręcenie dobrego filmu rozrywkowego nie jest – jak myśli zapewne spora część polskich twórców – łatwą robotą dla mało ambitnego rzemieślnika. Kino popularne wymaga reżyserskiej sprawności, intuicji, umiejętnego podania dialogów i wczucia się w skórę przyszłego widza. To sztuka odpowiedniego dobierania poszczególnych elementów i układania ich w całość według opracowanego wcześniej klucza, najlepiej w taki sposób, by wywołać wśród publiczności określone emocje. Nie wystarczy spuścić paru cyfrowych bomb na ciężarówki. Nie wystarczy posadzić głównego bohatera za działkiem i kazać mu strzelać do wszystkiego, co się rusza. I wreszcie – nie wystarczy podkraść paru rozwiązań z filmów amerykańskich. W większości dobrze rozwiniętych krajów europejskich wszystkie te zasady wydają się być oczywiste. W Polsce ciągle nie są. Efektem prawie każdej próby wyprodukowania czegoś, co miałoby stanowić dla widza nieskrępowaną rozrywkę, jest trudny w odbiorze groch z kapustą, w którym podpatrzone u Amerykanów konwencje walczą ze sobą nieudolnie na tle mało wiarygodnej fabuły. Nasi twórcy boją się kina gatunków, nie lubią go, nie umieją go robić. „Hans Kloss” jest tego najlepszym przykładem.


 Film Patryka Vegi przypomina garnek, do którego wrzucono wszystko, co było w lodówce. Kino szpiegowskie w bondowskim stylu łączy się tu z komiksowo przedstawioną wojną; efekciarsko urwane kończyny poganiają toporny melodramat; tanie efekty specjalne konkurują o palmę pierwszeństwa z jeszcze gorszą charakteryzacją. Inspiracje „Poszukiwaczami zaginionej arki” okraszono scenami, w których reżyser nieudolnie podrabia „Bękarty wojny”, a papierowe dialogi co chwilę szeleszczą w uszach. Znalazło się też miejsce na camp, pomysły rodem z włoskich filmów przygodowych sprzed kilkudziesięciu lat i nawiązania do oryginalnej „Stawki większej niż życie”. Czy te wszystkie elementy dałoby się w ogóle połączyć w sensowną całość? Gdyby na stołku reżysera zasiadł Quentin Tarantino, pewnie tak. Patryk Vega ma jednak rękę ciężką jak armata, a pomysłów wyraźnie mu brakuje. Z jednej koncepcji bezmyślnie przeskakuje w drugą, potem znowu w kolejną, by zwieńczyć film sceną sugerującą, że kolejny „Hans Kloss” może powstać, jeśli tylko część pierwsza ściągnie do kin odpowiednią ilość widzów.

Akcja „Hansa Klossa” rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych: pod koniec wojny i w połowie lat siedemdziesiątych. Jednocześnie oglądamy zmagania młodego agenta J-23 (Tomasz Kot), który w zajętym przez nazistów Królewcu próbuje przechwycić transport słynnej Bursztynowej Komnaty i jego starszą o trzydzieści lat wersję (Stanisław Mikulski), poszukującą tejże komnaty na zlecenie PRL-owskich władz. Obie płaszczyzny nieustannie się przeplatają, prezentując przy tym skrajnie różny poziom – sceny z lat siedemdziesiątych to całkiem sympatyczne kino szpiegowskie, przełamywane momentami czystym filmowym kiczem (szczególnie w finale), natomiast sekwencje dziejące się pod koniec wojny sprowadzone zostały do ciągu wybuchów, przesadnie krwawych strzelanin i ogólnej rozwałki, pełnej realizacyjnych niedoróbek.


To właśnie, w dużej mierze, „Hansa Klossa” zabija. Każda z wymienionych mini-fabuł dostała od reżysera mniej więcej tyle samo czasu ekranowego, przez co trudno się w którąkolwiek z nich zaangażować. Na przemian oglądamy dwa zupełnie różne filmy; jeden jest niedopracowanym, gatunkowym misz-maszem, a drugi – szpiegowską zabawą w kotka i myszkę, rozegraną przez leciwych, ale pełnych wigoru aktorów. W odbiorze „Hansa Klossa” nie pomaga koślawa realizacja – cyfrowe eksplozje prezentują poziom produkcji ze studia Asylum i są do tego tragicznie sfilmowane, a charakteryzacja, w połączeniu z dziwnymi wyborami obsadowymi, wywołuje jedynie uśmiech politowania.

Nie mam tu na myśli aktorów, wcielających się w główne role. Kot i Adamczyk pasują do swoich postaci i spisują się bardzo dobrze – ten drugi jest wręcz znakomity i wielka szkoda, że na ekranie oglądamy go tak rzadko. Stanisław Mikulski i Emil Karewicz również zdają się czerpać dużo przyjemności z odgrywania kultowych przeciwników po ponad czterech dekadach przerwy. Gorzej jest z bohaterami pobocznymi, którzy pojawiają się zarówno w części „wojennej”, jak i tej „PRL-owskiej”. Otóż postacie te, choć w międzyczasie mija trzydzieści lat… na obu płaszczyznach czasowych grane są przez tych samych aktorów. I to prawie bez postarzającej charakteryzacji! Adam Woronowicz ma co prawda trochę siwizny i czaderską opaskę na oko, ale już Marta Żmuda-Trzebiatowska, zarówno jako siedemnastolatka, jak i kobieta grubo po czterdziestce, wygląda niemal dokładnie tak samo. Biorąc pod uwagę, że w jednych scenach stoi obok Tomasza Kota, a w drugich przy Stanisławie Mikulskim, wypada dość głupio. No chyba, że używała naprawdę dobrego kremu.


Owszem, wszystkie te błędy mogłaby od biedy wytłumaczyć konwencja. Ale takowej w „Hansie Klossie” po prostu nie ma. Vega skacze między koncepcjami, a każda następna stylistyczna wolta przynosi kolejne rozczarowanie. W tej mieszaninie zdarzają się elementy udane – scenografia jest wyjątkowo ładna, a część „PRL-owską” momentami ogląda się z uśmiechem. Jako całość „Hans Kloss” się jednak nie udał – ani to film akcji, ani szpiegowska rozgrywka, ani nawet „guilty pleasure”. Dużo czasu musi jeszcze upłynąć, zanim polscy twórcy nauczą się kręcić kino atrakcji z prawdziwego zdarzenia.

Ocena: 3/10

Ostatnio dodane