nowości kinowe

„Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy”. Gwiezdni asekuranci

W beczce miodu musiała się znaleźć jednak także łyżka dziegciu, niestety.

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

Autorem recenzji jest Przemysław J. Olszewski.

W  Polsce  Ludowej wiedza o kulisach powstania Gwiezdnych wojen, wywiady z reżyserem, aktorami, twórcami efektów specjalnych,  czy choćby fotosy z planu zdjęciowego były dobrami reglamentowanymi, jak cały dostęp do amerykańskiej popkultury zresztą. Z zapartym tchem śledziliśmy, jak to dzieciaki, każde doniesienie redakcji kolorowych czasopism o możliwej kontynuacji trylogii Lucasa. Zagadką był bowiem fakt, czemu poznaliśmy bohaterów w filmie oznaczonym numerem IV? W jednym z czwartkowych wydań „Świata Młodych”, gdzieś w 1983 roku, odkryliśmy w końcu informację, że reżyser planuje całe dziewięć części, ale rozpoczął od środka. Nikt z nas nie przypuszczał, że będziemy na nie czekać kilka dekad, a wielu z nas obejrzy je premierowo w towarzystwie własnych dzieci… Warto było czekać? 

Zdecydowanie tak! Siódemka o tytule Przebudzenie mocy to kino tzw. nowej przygody w starym, dobrym, szlachetnym stylu. Wielkie widowisko, po którym żaden fan nie powinien być rozczarowany.

W beczce miodu musiała się znaleźć jednak także łyżka dziegciu, niestety.

Star-Wars-Force-Awakens-Rey-Finn-BB8-running

To, co budzić może kontrowersje, to przede wszystkim sposób nawiązania do poprzednich części. Jakiś czas temu rozmawiałem z pierwszym w Polsce videopiratem, który już w 1982 roku rozpoczął masową, nieautoryzowaną produkcję i handel filmami na kasetach video. Pan Andrzej* postawił taką oto tezę:  „Wiesz pan, ludzie kupują najchętniej to, co już znają”.  Najwyraźniej scenarzyści (Lawrence Kasdan, J. J. Abrams, Michael Arndt) także przyswoili sobie tę starą prawdę wytrawnego handlowca, stworzyli bowiem jeden z najbardziej asekuranckich scenariuszy w historii hollywoodzkich sequeli. Sparaliżowani wizją klęski, jaka stała się udziałem słabych i pozbawionych duszy, pustych w warstwie znaczeniowej prequeli, postanowili trzymać się ikonicznej narracji Lucasa z Nowej nadziei. Oglądając Przebudzenie mocy, o dziwo nie miałem im tego za złe. Przeciwnie! Odetchnąłem z ulgą. Ba! Jestem wdzięczny twórcom,  że nie narazili mnie na narracyjne i formalne eksperymenty rodem z części  I, II i III. Doceniam, że podobnie jak Lucas oparli narrację o strukturę prastarego mitu. Dałem się zatem bez reszty wciągnąć się po raz drugi w historię, jaką znam z Nowej nadziei. Odświeżoną i okraszoną większą niż w starej trylogii dawką humoru. To ponownie opowieść inicjacyjna, historia mocy, która wibruje świetliście w osieroconym rezydencie pustynnej planety (tym razem to dziewczyna o imieniu Rey) oraz gęstnieje w mroku duszy zagubionego młodzieńca, o pseudonimie Kylo Ren, następcy nieodżałowanego Dartha Vadera.

Podczas seansu z zapartym tchem śledziłem wymianę ognia między myśliwcami – co nowe i cenne – tuż nad powierzchniami planet, a nie tylko w otchłaniach kosmosu; sekundowałem  dzielnemu, pociesznemu, rebelianckiemu pupilowi (robot BB-8) w kluczowej dla fabuły misji; odkrywałem zaskakujące więzy pokrewieństwa między bohaterami, zastanawiając się ponownie nad dysfunkcjami w rodzinie, które skutkują przejściem młodzieży na ciemną stronę; ze łzą w oku oglądałem powrót stworzeń wykreowanych dzięki animatorycznym, a nie komputerowym efektom specjalnym; zachwyciłem się kreacją Harrisona Forda, raz jeszcze wcielającego się w rolę Hana Solo. Przyjmuję zatem wszelkie rozwiązania scenariuszowe i wizualne Przebudzenia mocy z dobrodziejstwem inwentarza. I tylko dwa elementy tej układanki uwierają i psują korzystny efekt.

landscape_1423602796-star-wars-the-force-awakens-millennium-falcon-imax

Po pierwsze  zapytuję, czy przez czterdzieści lat deliberowania nad zakończeniem sagi nie udało się wymyślić jakiegoś świeżego pomysłu na potężną, wiarygodną broń, godną imperialnych fundamentalistów? Nie jestem w stanie wybaczyć indolencji i ignorancji inżynierów zatrudnionym przez Imperium, a teraz przez Nowy Porządek. Czy to korupcja, czy też wadliwie działające procedury imperialnych zamówień publicznych sprawiły, że kolejne wersje najpotężniejszej broni złych, Gwiazdy Śmierci, stają się coraz gorzej zaprojektowane? Zaczynam podejrzewać, że dziewięć części Gwiezdnych wojen to także historia klęski sytemu imperialnej edukacji politechnicznej, brakoróbstwa projektantów i budowniczych kolejnych Gwiazd. Oto w Nowej nadziei, by dotrzeć do serca wojennej machiny, trzeba precyzyjnie umieścić pocisk w wąskim otworze wentylacyjnym. W Powrocie Jedi projektanci zamiast wyciągać wnioski z przeszłości tworzą szeroki i wygodny korytarz wprost do wnętrza Gwiazdy Śmierci. Teraz bez przeszkód wlatuje tam cały myśliwiec. Niedługo potem niezmordowani inżynierowie-partacze projektują wbudowaną w planetę trzecią Gwiazdę Śmierci (Przebudzenie Mocy), większą co prawda od poprzednich, cóż jednak z tego. Zniszczyć ją jest jeszcze łatwiej, nie chroni jej już nawet pole siłowe. Nie uczą się na błędach, wysokobudżetowy projekt nowej broni nie jest najwyraźniej poddawany audytom bezpieczeństwa, a może to zapalczywość Imperatora i krótkie terminy wymuszają oszczędności i pośpiech? Boję się o czwartą Gwiazdę Śmierci z części IX. Co to będzie za galaktyczny bubel…

Druga kwestia, na którą pozwalam sobie utyskiwać, to warstwa muzyczna. John Williams skomponował muzykę godnie kontynuującą jego wcześniejsze dokonania. Jest to jednak tylko orkiestrowa ilustracja scen, a nie pełnowymiarowy, nowy, porywający soundtrack, pełen hitów na miarę Imperialnego marszu, który chciałoby się zanucić lub przy otwartym oknie odtworzyć na cały regulator podczas burzy. W warstwie muzycznej wtórność okazała się najbardziej  szkodliwa.

forceawakens4-xlarge

J. J. Abrams nakręcił film, który nie zawiedzie oczekiwań pokoleń wychowanych na klasycznej trylogii. Podobnie jak tamta, Przebudzenie mocy bazuje bowiem na odwiecznym micie wyprawy bohaterskiej, uniwersalnym dla wszystkich kultur tradycyjnych, od kultur Polinezji, po starożytny antyk. Przebudzenie mocy to także ponowne przebudzenie mitu, ożywiającego swój archetypowy sens, o czym pisał John Campbell w istotnej dla George’a Lucasa i zapewne współczesnych scenarzystów gwiezdnej sagi publikacji Bohater o tysiącu twarzy. Jak podkreślał Campbell, „mity nie powiedzą ci, co zapewni ci szczęście, ale powiedzą, co się stanie, gdy pójdziesz za swoim szczęściem, jakie napotkasz przy tym przeszkody”.

Będę zatem wyczekiwał z nową nadzieją kontynuacji trudnej podróży młodych bohaterów z odległej galaktyki: mężnej Ray i gniewnego Rena. I nic to, że tę historię już widziałem nieraz. Mit zachęca nas, byśmy podążali „tropem naszych ojców”, byśmy naśladowali bohaterów kulturowych i powtarzali wypracowane przez setki pokoleń wzorce. Liczę, że w kolejnej części (Nowy Porządek kontratakuje?) powtarzalność cennych schematów przez zachowawczych scenarzystów objawi się bardziej twórczo i mniej asekuracyjnie.

* fragment mojego wywiadu z panem Andrzejem na stronie projektu „Praga Gada” Fundacji Animacja http://www.pragagada.pl/epizod.php?id=172

Ostatnio dodane