Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy | FILM.ORG.PL

„Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy”

Abrams stworzył przyjemnego dla oka przeciętniaka, którego siła tkwi głównie w tym, że gra na naszej nostalgii.








Filip Jalowski
18.12.2015


Z premedytacją zignorowałem informację dotyczącą pokazu prasowego Przebudzenia mocy. Nie chciałem być wśród garstki osób, które zobaczą film wcześniej. Premiera takiego tytułu sprowadza się moim zdaniem do czegoś więcej niż prostej wizyty w kinie. To doświadczenie, które na swój pokrętny sposób definiuje sposób naszego uczestnictwa w popkulturze.

Lata temu, przy ekranowym szturmie Nowej nadziei, pod amerykańskimi kinami ustawiały się kilometrowe kolejki. Widzowie za wszelką cenę pragnęli zobaczyć cudo nowej technologii – film, który ustanowił nowe reguły dla hollywoodzkiego widowiska. Lata później, Mroczne widmo wypełniło polskie kina ludźmi, którzy mimo późnej pory zdecydowali się na wyjście z domu, włożenie na siebie stroju ulubionej postaci i uczestniczenie w reaktywacji legendy. Zdawać by się mogło, że przy Przebudzeniu mocy sytuacja się powtórzy, bo J.J. Abrams, bo powrót starej ekipy, bo doskonałe trailery, które zapowiadały, że seria wraca do swoich korzeni.

1

Coś się jednak zmieniło. Mimo tego, że gdzieś za wielką wodą pod kinami wciąż koczują ludzie, którzy spytani o sens sterczenia pod kinem ze śpiworem odpowiadają, że nie interesuje ich zamawianie biletów przez internet, ponieważ pragną podtrzymać tradycję, to premiera straciła na swojej magii. Osoby w przebraniach można policzyć na palcach jednej ręki, a w powietrzu brak tej szczególnej ekscytacji, która towarzyszyła lata temu premierze filmu z Darthem Maulem. Może to wiek oraz bezlitosne zderzenie rzeczywistości z nostalgicznymi wspomnieniami? Może przyzwyczajenie do faktu, że bohaterowie z dawnych lat coraz częściej wracają z filmowych archiwów? Nie wiem. Wiem jednak, że Gwiezdne wojny nie są już dziś tym samym, czym były jeszcze przed rokiem dwutysięcznym. Przebudzenie mocy to jedynie kolejna część układanki, a nie pokoleniowe doświadczenie. Musimy pogodzić się z tym, że gwiezdna saga stała się po prostu kolejną hollywoodzką franczyzą, a te – jak wiadomo – rządzą się swoimi prawami. Zapomnijmy zatem o oryginalnym filmie z wyraźnym, autorskim podpisem Abramsa. W grze o takie pieniądze chyba nie ma już na to miejsca.

Gwiezdne wojny nie są już dziś tym samym, czym były jeszcze przed rokiem dwutysięcznym. Przebudzenie mocy to jedynie kolejna część układanki, a nie pokoleniowe doświadczenie.

Z racji tego, że recenzja pojawi się na stronie w momencie, kiedy wiele osób będzie miało seans Przebudzenia mocy przed sobą, nie będę zagłębiał się w poszczególne wątki fabularne. Zostańmy przy tym, czego dowiadujemy się z informacji prasowych. Mija trzydzieści lat od upadku Imperium i śmierci jego szarej eminencji, Dartha Vadera. Rebelia nie zdała jednak egzaminu. Na horyzoncie ponownie pojawia się siła, która stawia międzygalaktyczny pokój pod znakiem zapytania. Tym razem z odsieczą nie przyjdą rycerze Jedi, którzy byliby w stanie rzucić rękawicę pod nogi odradzającego się zła. Zniszczenie Imperium pochłonęło życia niemal wszystkich. Pozostał jedynie Luke Skywalker, który przez wiele osób uznawany jest jedynie za bohatera heroicznej legendy.

2

To doskonały zarys scenariusza, na bazie którego można zbudować naprawdę wiele. Niestety, Abrams nie wykorzystuje potencjału tkwiącego w tej historii. Motywacje stojące za konkretnymi stronami międzygalaktycznego konfliktu są zepchnięte na daleki plan, nie zostajemy w żaden rozsądny sposób wprowadzeni w organizację świata, który od czasów Powrotu Jedi zdążył się dość znacząco zmienić. Zamiast tego już od pierwszych minut filmu uczestniczymy w galopadzie, która przypomina nieco wyścig odbywany w jakiejś futurystycznej grze komputerowej. Znacząca cześć opowieści jest w zasadzie nieustającym biegiem, ucieczką, w trakcie której nad głowami bohaterów śmigają laserowe wiązki i wybuchają kolejne, ikoniczne dla uniwersum statki powietrzne. Natłok wątków i wydarzeń, które mkną przed widzem z prędkością Sokoła Millenium, przeplatany jest oczywiście nostalgicznymi mrugnięciami okiem do fanów poprzednich części filmu. Sporo również w tym wszystkim humoru, który w większości przypadków wypada całkiem sympatycznie (droid BB-8 z powodzeniem mógłby zostać dobrym kumplem pixarowskiego Wall-Ego).

Znacząca cześć filmu jest w zasadzie nieustającym biegiem, ucieczką, w trakcie której nad głowami bohaterów śmigają laserowe wiązki i wybuchają kolejne, ikoniczne dla uniwersum statki powietrzne.

Wszystko dzieje się jednak zbyt szybko. Momentami wydaje się, że Abrams stworzył sobie przed rozpoczęciem zdjęć listę z punktami, które musi w pierwszej części nowej trylogii koniecznie odhaczyć. Spis musiał rozrosnąć się jednak do zbyt dużych rozmiarów, co niestety odbija się i na samej fabule, i na konstrukcji świata oraz bohaterów, którzy tę fabułę wypełniają. Mimo tego, że nowe postacie i stojące za nimi historie są interesujące, to przy budowaniu ich wizerunków, po prostu zabrakło konsekwencji. Sam świat wygląda niby atrakcyjnie, niby tak, jak kiedyś, ale brak w tym wszystkim jakiejś iskry. Abrams jest zbyt zachowawczy. Nie stara się dorzucić do uniwersum nic swojego. Ogranicza się do tego, aby z chirurgiczną precyzją umieszczać w kadrach kolejne ukłony w kierunku publiczności, która zna poprzednie epizody na pamięć. To trochę za mało, aby przy okazji kolejnej części ponownie wykrzyknąć „In J.J. We Trust”.

3

Przebudzenie mocy to typowy crowd-pleaser, któremu nie należy się ani całkowite zmieszanie z błotem, ani wychwalanie pod niebiosa i wykrzykiwanie, że mamy do czynienia ze spektakularnym powrotem gwiezdnej sagi. Fajnie było znów spojrzeć na starych kumpli i zobaczyć kosmos przez szybę wysłużonego Sokoła Millenium, ale o kolejnym kamieniu milowym w historii kina science fiction, kina przygodowego czy wielkich blockbusterów nie ma w tym przypadku mowy. Abrams stworzył przyjemnego dla oka przeciętniaka, którego siła tkwi głównie w tym, że gra na naszej nostalgii.

korekta: Kornelia Farynowska







  • oh, tak. ode mnie 5/10. puste to. nawet nie mam ochoty na drugi seans.

    • Mefisto

      jesteście dla mnie martwi :|

      • Ale tak patrząc w prawdzie to ta cześć jest NAJGORSZA ze wszystkich. Ja sie mocno zawiodłem jak i wynudzilem na tym filmowym seansie. A to wszystko sprawka Lukasa ze jednak zaryzykował i oddał film. Takie 6/10 niestety :/

  • Zakrza

    Ja się jaram tą częścią niezmiernie, a od wyjścia z sensu minęło już kilkanaście godzin, już zdążyłem się przespać z nowymi Gwiezdnymi wojnami. Dzieciakiem też już nie jestem, bo 30-tka na karku.

    Wiem, że jest dużo niedopowiedzeń, ale ja to akurat odbieram na plus. Zbyt dużo mamy sequeli na siłę – kontynuacji niepotrzebnych historii. Tutaj natomiast widać, że to dopiero pierwsza część nowej trylogii.
    W drugiej części z pewnością zobaczymy wreszcie Luke’a w akcji, podejrzewam, że rozwinięta będzie tajemnica rodziców Ray, pewnie dowiemy się kim jest postać grana przez Maxa von Sydowa. Za mało Phazmy? Przecież jej nie zabili – jest szansa na rozbudowanie tej postaci. Kim jest Snoke? Tyle pytań, na które odpowiedzi otrzymamy zapewne w kolejnych częściach. Jest na co czekać!

  • Mefisto

    PS. Kolejnej części nie robi Abrams, także in Johnson we trust ;)

  • Jan Dąbrowski

    Surowa ocena – nie da się ukryć. Fakt, czuć dużo kompromisów i nie wszystko jest takie czarujące, „jak kiedyś”.

    Ale ponowne ruszenie „Gwiezdnych wojen” to karkołomne zadanie – po dekadzie od III Epizodu, który i tak był dobry w porównaniu do poprzednich dwóch. W dodatku Abrams swoim filmem dopiero rozpoczyna swoją trylogię, rozkłada pionki na swojej szachownicy, dodaje i odejmuje bohaterów i przygotowuje wszystko, by rozwinąć skrzydła. Trzymam kciuki i wierzę w sukces kolejnych części. To, że coś stało się franczyzą (od lat, bo przecież starwarsowy biznes działa od dawna) nie oznacza, że przestaje być popkulturowym fenomenem. To chyba zdrowy kompromis.
    Ode mnie Epizod VII to 7/10, ale ze świadomością, że to część większej całości, nie samodzielne dzieło.

  • Gonzo23

    czuję się oszukany bo nie było Luke’a. Liczyłem na chociaż jakąś retrospekcję. Nic, bieda. Nie dostałem tego czego chciałem. Reszta ok, może poza brakiem nawiązać do imperium i Palpatine’a, na gruzach imperium powstał pierwszy porządek – wspaniale ale jak?

  • Piotr

    Po tym wszystkim trochę się boję kupić bilet. Już trzy razy się zawiodłem. Odcinanie kolejnego komercyjnego kuponu nie bardzo mnie interesuje i boję się następnego rozczarowania. Co zrobić? ………………….. Pójdę, ……………………………najwyżej wyjdę.

    • Jan Dąbrowski

      Jeśli siedzisz w temacie (tzn. znasz starą trylogię i kojarzysz bohaterów) ale nie modlisz się do tych filmów, tylko po prostu masz sentyment, to będziesz się dobrze bawić. Dobre połączenie starego z nowym, pole do popisu dla poszerzania świata, ale z szacunkiem dla klasyka. Moim zdaniem, oczywiście :)

  • Renesis

    [UWAGA dla niektórych mogą tu być spoilery] Film mnie rozczarował. Brakuje tu magii star warsów którą było czuć w każdej części zrobionej przez Lucasa. Miej więcej po połowie filmu przestało mnie obchodzić co się stanie z bohaterami bo w żaden sposób nie mogłem się do nich przywiązać. Przepraszam jedyną postacią którą się naprawde lubi i która o dziwo ciągnie ten episod to Han Solo. I tak po raz kolejny Harrison Ford dźwignął film udowadniając że jest jednym z najlepszych aktorów kina akcji/przygody w historii hollywood.No i Luke skywalker to jakaś kpina. Twórcy chyba mieli ochotę po prostu zrobic fanów w uja dobrze się przy tym bawiąc. Co do Złej strony to powiem że ssie i ma sie nijak do Vadera czy Sidiousa. Gdy Kylo Ren zdjął hełm spowodował śmiech na sali z politowania. Coś tam jest przebrząkane o ciemnej stronie mocy ale nie jest ani tak straszna i zła jak w Nowej nadzieji czy imperium ani tak mocna jak w prequelach. Niestety film za bardzo nawiązuje do starej tryogii i to nieudolnie. Wykorzystanie elementów z przed prawie 4 dekad już dziś nie zdaje egzaminu bo tak naprawde to star warsy szczególnie te pierwsze to popis nowych świeżych pomysłów i rozwiązań technologicznych a nie jazda na sentymentach.

  • marcopolo

    Film nie jest zły, powiedziałbym nawet, że jest całkiem dobry. Ma jeden minus – jest za krótki albo za wiele chcieli w nim pokazać od razu. Akcja pędzi na złamanie karku przez co gubi się gdzieś magia, a postacie nie są dobrze zaprezentowane, przydałoby się parę fragmentów nakierowanych właśnie na bohaterów pierwszo- i drugoplanowych. Świetna była scena gdy główna bohaterka odnajduje miecz świetlny i to co nastąpiło po tym zdarzeniu (wizje), przydałyby się chociaż jeszcze ze dwie takie.

  • nindustrialny

    A mi stuknela jakis czas temu 30. I magia gwieznych wojen dawno minela. teraz uwazam ze to film dla dzieciakow z gimnazjum. Zwykla kosmiczna bajeczka. O ile kiedys naprawde podobala mi sie stara seria to teraz nie ruszam. Aha mialem wtedy z 8-10 lat.

    Strata czasu.

  • Jako umiarkowany fan Gwiezdnych Wojen, u którego sentyment przegrywa z rozsądkiem, a jednocześnie rozum słusznie przypomina, że są na tym świecie filmy lepsze (LOTR foreva), to bardzo mi się podobało. Tak bardzo, że wszelkie pojękiwania, że scenariusz słabuje, że fabuła to taka powtórka z rozrywki, że Abrams niewiele od siebie daje, że magii nie ma – ależ mam to głęboko gdzieś Emotikon smile Bo serio, nie stawiałem wymagań temu filmowi, których na pewno by nie spełnił. Miała to być prosta historia – i taka była, podobnie jak „Nowa nadzieja”. Główną rolę miała odgrywać nostalgia – i to bezczelnie jest serwowane, i super, i nie trzeba wiele wymyślać wprowadzając na nowo w znany świat. Abrams przede wszystkim podchodzi z szacunkiem do klasycznej trylogii (także pod względem wizualnym), nie dorzuca za wiele od siebie (choć to, co jest, wymaga przecież talentu) – i jest to zdecydowanie słuszna droga, tym bardziej, że Przebudzenie Mocy otwiera nowy rozdział w historii Gwiezdnych Wojen i to czuć. Można to oczywiście odbierać negatywnie, ale ja nie potrafię. Tak samo nie potrafię wytykać jawnych bzdur logicznych, jak gdyby nie było ich w oryginalnych SW.
    Podsumowując, Przebudzenie Mocy stawiam na równi z Powrotem Jedi i zdecydowanie przed nową trylogią Lucasa, która nawet kilkukrotnie oglądana w ostatnich tygodniach nie wchodzi tak łatwo, jak starocia sprzed 30 lat.
    Ciary były, magia była, czego chcieć więcej :)

  • Adrian Filipiak

    Szczerze mówiąc (pisząc) to już się obawiałem, że jestem odosobniony w moim zawodzie do nowych Gwiezdnych Wojen. Zacznę od tego, że do kina poszedłem wyposażony w miecz świetlny oraz znam wiele książek, gier itp. rozszerzających uniwersum gwiezdno-wojenne. Pomimo tego, z kina wyszedłem – lekko mówiąc – podłamany. Pierwszy mój zarzut to praktyczny brak muzyki. Napisałem praktyczny bo wiem, że muzyka w tym filmie była. Brak było jej wyraźnego wydźwięku. Niech każdy z Was przypomni sobie którąś ze scen z Gwiezdnych Wojen Lucasa i napisze czy w myślach słyszy również charakterystyczny motyw jej towarzyszący…
    W Przebudzeniu Mocy takich scen nie ma! Jest co prawda jakiś action score skutecznie zagłuszany dźwiękami wybuchów i blasterów (świetnych swoją drogą), ale nie ma praktycznie żadnych zapadających w pamięć motywów.
    Druga sprawa to jak już zauważył sz. p. recenzent zbyt duże tempo akcji. Każdy bohater gdzieś biegnie, przed czymś ucieka i robi regularne przerwy na dyszenie ze zmęczenia. Akcja Nowej Nadziei odbywała się wyłącznie na Tatooine i Gwieździe Śmierci i to wystarczyło aby zbudować napięcie.
    Kolejna rzecz to fabuła. Nie zdradzając jej szczegółów napiszę tylko, że to swoisty remake starej trylogii w jednym filmie. Dopiero po seansie dostrzegam jak trudne zadanie stało przed Lucasem przy produkcji drugiej trylogii. Trochę to absurdalne, że przy premierze nowego filmu bardziej zacząłem doceniać te stare, kiedy to te nowe powinno wytyczać standardy.
    Domyślam się, że w większości jest to spowodowane decyzjami Disneya oraz innych organów „wykładających kase”. W filmie ma być to, tamto i siamto i faktycznie było. Sam napis Star Wars i nazwiska starych bohaterów zapewnił by genialną frekwencję, dlatego nie rozumiem dlaczego nie postawiono na całkiem nową, świeżą historię. Moim zdaniem J.J. Abrams nie jest tu najbardziej winien. Daje się wyczuć w filmie jego rękę. Mnie ten styl dpowiada. Zawinił przede wszystkim scenariusz grupa docelowa. Dzisiaj wielkie produkcje kręci się zupełnie inaczej a Star Wars dotychczas było jak Gentleman, który jest o krok wstecz za galopującą modą. Przebudzenie mocy zamieniając szturmowców, W-wingi i rycerzy Jedi na ich substytuty z innych uniwersów mogło by być nowym Star Trekiem czy Dniem Niepodległości. Dla mnie magia zakończyłą się po żółtych napisach początkowych i tego bardzo żałuje.

    Wierny fan SW
    Adrian

  • zwykły gość

    Ohyda! Durnowaty świat, typowy dla dzisiejszego Disney’a i wytwórni Marvell. Są rekwizyty ze Star Wars ale nie ma Star Wars. Ani tej atmosfery, ani tego mistycyzmu ani…. A w dodatku ta typowa sytuacja dla kukieł z Marvell’a: niby dorośli ludzie a o psychice niedorozwiniętego nastolatka z USA. Prostackogłupie dialogi. Infantylizm intrygi. Żałosna niezgodność logiczna nawet w ramach logiki samej sagi: jakim cudem ta niby (pożal się Boże) główna bohaterka miałaby mieć tyle mocy, aby skutecznie walczyć z tym „głównym złym”? A już ten główny zły? Żałosne wrażenie. Demonizmu tyle, ile ew. w jakichś cukierkowatych postaciach tzw. wampirów z debilnych filmów-romansików dla głupawych nastolatek. A ten niby główny bohater? Ten murzyn. Zachowanie i dialogi na poziomie 8-latka albo ew. manekina. To nawet nie idiota. To kukła. Itd. itd. I niczego nie uratują ani wspaniałe widoki ani autentycznie udana i wzruszająca postać tego nowego robocika. Ogólnie rzecz biorąc – obrzydliwa wydmuszka. Niby są rekwizyty i pojęcia ze Star Wars ale Star Wars tam nie ma. Jest obrzydliwość, która tyle ma wspólnego z tą cudowną sagą co nadmuchiwana lala z komedii o sex shopach z prawdziwą kobietą. Co też stwierdzam jako absolutny wielbiciel Star Wars. Oraz całkowity fan fantastyki. Te rzygowiny w ogóle nie powinny się były ukazać. To jest profanacja cudownej legendy. Na szczęście nie są w stanie zapluć poprzednich części. Star Wars zawsze będzie żył – jako cudowne marzenie człowieka. I żaden ohydny profan ze swoim (pożal się Boże) filmem „Przebudzenie Mocy” go nie zapluje.
    Niech Moc będzie z Wami!






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

A KIEDY TY PIERWSZY RAZ WIDZIAŁEŚ „GWIEZDNE WOJNY”?

Następny tekst

Dyskusja w TokFM o Gwiezdnych Wojnach



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE