nowości kinowe

„Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy”

Abrams stworzył przyjemnego dla oka przeciętniaka, którego siła tkwi głównie w tym, że gra na naszej nostalgii.

Autor: Filip Jalowski
opublikowano

Z premedytacją zignorowałem informację dotyczącą pokazu prasowego Przebudzenia mocy. Nie chciałem być wśród garstki osób, które zobaczą film wcześniej. Premiera takiego tytułu sprowadza się moim zdaniem do czegoś więcej niż prostej wizyty w kinie. To doświadczenie, które na swój pokrętny sposób definiuje sposób naszego uczestnictwa w popkulturze.

Lata temu, przy ekranowym szturmie Nowej nadziei, pod amerykańskimi kinami ustawiały się kilometrowe kolejki. Widzowie za wszelką cenę pragnęli zobaczyć cudo nowej technologii – film, który ustanowił nowe reguły dla hollywoodzkiego widowiska. Lata później, Mroczne widmo wypełniło polskie kina ludźmi, którzy mimo późnej pory zdecydowali się na wyjście z domu, włożenie na siebie stroju ulubionej postaci i uczestniczenie w reaktywacji legendy. Zdawać by się mogło, że przy Przebudzeniu mocy sytuacja się powtórzy, bo J.J. Abrams, bo powrót starej ekipy, bo doskonałe trailery, które zapowiadały, że seria wraca do swoich korzeni.

1

Coś się jednak zmieniło. Mimo tego, że gdzieś za wielką wodą pod kinami wciąż koczują ludzie, którzy spytani o sens sterczenia pod kinem ze śpiworem odpowiadają, że nie interesuje ich zamawianie biletów przez internet, ponieważ pragną podtrzymać tradycję, to premiera straciła na swojej magii. Osoby w przebraniach można policzyć na palcach jednej ręki, a w powietrzu brak tej szczególnej ekscytacji, która towarzyszyła lata temu premierze filmu z Darthem Maulem. Może to wiek oraz bezlitosne zderzenie rzeczywistości z nostalgicznymi wspomnieniami? Może przyzwyczajenie do faktu, że bohaterowie z dawnych lat coraz częściej wracają z filmowych archiwów? Nie wiem. Wiem jednak, że Gwiezdne wojny nie są już dziś tym samym, czym były jeszcze przed rokiem dwutysięcznym. Przebudzenie mocy to jedynie kolejna część układanki, a nie pokoleniowe doświadczenie. Musimy pogodzić się z tym, że gwiezdna saga stała się po prostu kolejną hollywoodzką franczyzą, a te – jak wiadomo – rządzą się swoimi prawami. Zapomnijmy zatem o oryginalnym filmie z wyraźnym, autorskim podpisem Abramsa. W grze o takie pieniądze chyba nie ma już na to miejsca.

Gwiezdne wojny nie są już dziś tym samym, czym były jeszcze przed rokiem dwutysięcznym. Przebudzenie mocy to jedynie kolejna część układanki, a nie pokoleniowe doświadczenie.

Z racji tego, że recenzja pojawi się na stronie w momencie, kiedy wiele osób będzie miało seans Przebudzenia mocy przed sobą, nie będę zagłębiał się w poszczególne wątki fabularne. Zostańmy przy tym, czego dowiadujemy się z informacji prasowych. Mija trzydzieści lat od upadku Imperium i śmierci jego szarej eminencji, Dartha Vadera. Rebelia nie zdała jednak egzaminu. Na horyzoncie ponownie pojawia się siła, która stawia międzygalaktyczny pokój pod znakiem zapytania. Tym razem z odsieczą nie przyjdą rycerze Jedi, którzy byliby w stanie rzucić rękawicę pod nogi odradzającego się zła. Zniszczenie Imperium pochłonęło życia niemal wszystkich. Pozostał jedynie Luke Skywalker, który przez wiele osób uznawany jest jedynie za bohatera heroicznej legendy.

2

To doskonały zarys scenariusza, na bazie którego można zbudować naprawdę wiele. Niestety, Abrams nie wykorzystuje potencjału tkwiącego w tej historii. Motywacje stojące za konkretnymi stronami międzygalaktycznego konfliktu są zepchnięte na daleki plan, nie zostajemy w żaden rozsądny sposób wprowadzeni w organizację świata, który od czasów Powrotu Jedi zdążył się dość znacząco zmienić. Zamiast tego już od pierwszych minut filmu uczestniczymy w galopadzie, która przypomina nieco wyścig odbywany w jakiejś futurystycznej grze komputerowej. Znacząca cześć opowieści jest w zasadzie nieustającym biegiem, ucieczką, w trakcie której nad głowami bohaterów śmigają laserowe wiązki i wybuchają kolejne, ikoniczne dla uniwersum statki powietrzne. Natłok wątków i wydarzeń, które mkną przed widzem z prędkością Sokoła Millenium, przeplatany jest oczywiście nostalgicznymi mrugnięciami okiem do fanów poprzednich części filmu. Sporo również w tym wszystkim humoru, który w większości przypadków wypada całkiem sympatycznie (droid BB-8 z powodzeniem mógłby zostać dobrym kumplem pixarowskiego Wall-Ego).

Znacząca cześć filmu jest w zasadzie nieustającym biegiem, ucieczką, w trakcie której nad głowami bohaterów śmigają laserowe wiązki i wybuchają kolejne, ikoniczne dla uniwersum statki powietrzne.

Wszystko dzieje się jednak zbyt szybko. Momentami wydaje się, że Abrams stworzył sobie przed rozpoczęciem zdjęć listę z punktami, które musi w pierwszej części nowej trylogii koniecznie odhaczyć. Spis musiał rozrosnąć się jednak do zbyt dużych rozmiarów, co niestety odbija się i na samej fabule, i na konstrukcji świata oraz bohaterów, którzy tę fabułę wypełniają. Mimo tego, że nowe postacie i stojące za nimi historie są interesujące, to przy budowaniu ich wizerunków, po prostu zabrakło konsekwencji. Sam świat wygląda niby atrakcyjnie, niby tak, jak kiedyś, ale brak w tym wszystkim jakiejś iskry. Abrams jest zbyt zachowawczy. Nie stara się dorzucić do uniwersum nic swojego. Ogranicza się do tego, aby z chirurgiczną precyzją umieszczać w kadrach kolejne ukłony w kierunku publiczności, która zna poprzednie epizody na pamięć. To trochę za mało, aby przy okazji kolejnej części ponownie wykrzyknąć „In J.J. We Trust”.

3

Przebudzenie mocy to typowy crowd-pleaser, któremu nie należy się ani całkowite zmieszanie z błotem, ani wychwalanie pod niebiosa i wykrzykiwanie, że mamy do czynienia ze spektakularnym powrotem gwiezdnej sagi. Fajnie było znów spojrzeć na starych kumpli i zobaczyć kosmos przez szybę wysłużonego Sokoła Millenium, ale o kolejnym kamieniu milowym w historii kina science fiction, kina przygodowego czy wielkich blockbusterów nie ma w tym przypadku mowy. Abrams stworzył przyjemnego dla oka przeciętniaka, którego siła tkwi głównie w tym, że gra na naszej nostalgii.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane