Grand Budapest Hotel | FILM.ORG.PL

Grand Budapest Hotel

"Grand Budapest Hotel" Wes Anderson po raz kolejny udowadnia nam, że jest twórcą największego kalibru.




Arcydzieło




Filip Jalowski
31.03.2014


budapest-posterW momencie, gdy pisze się o filmie dostatecznie długo, w piórniku recenzenta pojawiają się narzędzia, które ułatwiają tworzenie kolejnych tekstów. Nie jest tak ciężko jak na początku zabawy, kiedy przegródki i inne zakamarki świeciły pustkami. Każdy z nas chodził jednak do szkoły i wie, że nawet najlepiej wyposażony piórnik nie może być gwarantem sukcesu.

Sytuacje są różne. W przypadku Grand Budapest Hotel narzędzia na niewiele się zdają, ponieważ Wes Anderson wciela się w rolę silniejszego dzieciaka, który podchodzi do ławki i strąca piórnik na podłogę. Wśród połamanych ołówków, pościeranych gumek i długopisów usmolonych tuszem, dogorywa sobie ten magiczny sposób na bezproblemowe pisanie o kinie. Wydawać by się mogło, że taka sytuacja jest problemem. Nic bardziej mylnego. To wytrącenie narzędzi, pozostawienie bezradnym, nieco skołowanym i oszołomionym spowodowane jest prostym faktem – Anderson stworzył arcydzieło, którego wyjątkowości nie uchwyci nawet najlepiej zaostrzony ołówek.

Oglądając Grand Budapest Hotel momentami odnosi się wrażenie, że świat wykreowany przez reżysera jest, wzorem staromodnych zabawek, nakręcany na kluczyk. To taki ruchomy domek dla lalek – rzecz, jaką najczęściej widuje się dziś w muzeach ocalających od zapomnienia dziecięce marzenia minionych dekad. W tym konkretnym przypadku, zdolności twórcy są po prostu zadziwiające. Grand Budapest Hotel składa się z tysięcy, jeśli nie milionów trybików oraz zębatek, które wskakują na swoje miejsca z dokładnością przekraczającą pojęcie nawet najlepszego zegarmistrza. Każdy, nawet najmniejszy szczegół, jest dopieszczony do granic możliwości. Widz patrzy na to wszystko jak dziecko, które wśród ruchomych elementów świątecznej witryny sklepowej dostrzegło zabawkę swoich marzeń – szeroko otworzone usta, świecące oczy, twarz przyciśnięta do szyby z nadzieją, że uda sie przebić przez taflę szkła i przeniknąć do niezwykłego świata kuszącego zza jej powierzchni.

budapest-1

Poczucie niezwykłości potęguje oczywiście obsada. Kiedy jesteśmy już pewni, że pojawienie się kolejnej znanej twarzy nie może nas zadziwić, Anderson momentalnie udowadnia, jak bardzo się mylimy. W jednej chwili uśmiechamy się na myśl o romansującej z hotelowym konsjerżem Tildzie Swinton, aby zaraz potem wybuchnąć śmiechem na widok półnagiego Harveya Keitela eksponującego tatuaże przypominające gryzmoły z marginesów wczesnoszkolnych zeszytów. Zresztą, w Grand Budapest Hotel żadna rola nie jest chybiona. Nie odnosi się wrażenia, że obsada, którą można by rozdzielić kilkanaście hollywoodzkich szlagierów została zebrana na siłę, ku uciesze grafików tworzących materiały promocyjne. Jest wręcz przeciwnie, zdaje się, że aktorzy doskonale się bawią i nie sposób wyobrazić sobie, że w danej roli miglibyśmy oglądać kogoś innego. Saoirse Ronan ze znamieniem w kształcie Meksyku, autoironiczny Dafoe grający nazistowskiego siepacza, Adrien Brody jako nieokrzesany przywódca rodu Desgoffe-und-Taxis, Edward Norton jako przesadnie uprzejmy funkcjonariusz miejscowej policji – wszystkich ogląda się doskonale, a gdyby chcieć wyliczyć komplet świetnie trafionych ról, akapit musiałby być co najmniej dwa razy dłuższy.

Prym wiedzie oczywiście Ralph Fiennes, który w świecie Andersona czuje się jak ryba w wodzie. Kroku nie ustępuje mu Tony Revolvori, znany jak dotąd głównie z ekranów telewizorów (Shameless, My name is Earl, Entourage). Za występ w roli Zero Moustafy należą mu się szczególne brawa, bo nie dać się przyćmić tak doborowemu towarzystwu, to nie lada sztuka. Konsjerż Gustave i boy hotelowy Zero to prawdziwie andersonowski duet, w najlepszym tego słowa znaczeniu.

budapest-2

Grand Budapest Hotel to jednak nie tylko aktorstwo oraz kunszt zaprezentowany przy tworzeniu świata filmu. To przede wszystkim doskonała historia, która dotyka widza na wielu poziomach. Mamy ciekawy wątek kryminalny, który angażuje widza od pierwszej do ostatniej minuty. Portrety głównych bohaterów zostają nakreślone w taki sposób, że momentami mamy wrażenie obcowania z niegłupim dramatem. Nie ma jednak czasu na to, aby dać przygnieść się ciężarowi niektórych refleksji, ponieważ Grand Budapest Hotel niemal nieustannie śmieszy – zachowaniem bohaterów, scenariuszowymi woltami, humorem sytuacyjnym. Ostatecznie film Andersona również wzrusza. Funkcjonując doskonale na tak wielu płaszczyznach uzmysławia widzowi, że ma się do czynienia z dziełem kompletnym, wyzwalającym w widzu całe spektrum – niekiedy sprzecznych – emocji.

W końcu, jest szkatukłowa opowieść Andersona nostalgicznym spojrzeniem w kierunku czasów, które bezpowrotnie minęły. Zabiła je II wojna światowa, choć i przed nią powoli dogorywały (opowiadający historię Gustava Zero kilkukrotnie podkreśla, że jego konsjerż rozpaczliwie starał się utrzymać odchodzącą epokę przy życiu). Grand Budapest Hotel opowiada o momencie przełomowym. Czasie, w którym świat ustrojonych w paryskie suknie hrabin, dżentelmenów perfumujących się obficiej od dam, arystokracji rezydującej w pełnych przepychu, alepejskich rezydencjach został rzucony na kolana uderzeniem kolby nazistowskiego karabinu. Ci, którzy czytali Czarodziejską górę Manna, odnajdą w murach hotelu Grand Budapest nastrój wypełniający sanatorium w Davos.

budapest-3

W kontekście filmografii Wesa Andersona, redakcyjny kolega (Rafał Oświeciński) powiedział: „W świecie komedii był sobie Chaplin, byli bracia Marx, był Jacques Tati, było trio ZAZ. Teraz jest czas Wesa Andersona.”. Wypada jedynie przytaknąć. Jestem całkowicie przekonany o tym, że za kilkadziesiąt lat we wszelakiego rodzaju historiach filmu nazwisko Andersona będzie pisane wielkimi literami. Grand Budapest Hotel po raz kolejny udowadnia nam, że jest twórcą największego kalibru.







  • Kniaź

    ohohohoho, 10/10, sprawa niebagatelna.

  • vera

    Idealne porównanie ze staromodną zabawką nakręcaną na kluczyk. Właśnie ten sentyment i tą magiczną formułę kina udało się andersonowi wskrzesić.klimatyczne cacko :-)

  • Kazik

    Ten film to tylko forma, za mało treści.

    • Fidel

      Moim zdaniem brak treści jest jedynie pozorny. Anderson nie atakuje nas filozoficznymi wywodami, ale pomiędzy wierszami ten film snuje wiele narracji, które przedstawione są w sposób o wiele bardziej subtelny i atrakcyjny, niż w garściach filmów silących się na formalny minimalizm i śmiertelnie poważne podejście do omawianego tematu.

      • Dredd

        Oprócz tematu upadku ‚cywilizacji’ w obliczu wojny o czym piszesz? Przyklady?

        • Fidel

          Spoilery.

          1. Atrakcyjny, choć poprowadzony z przymrużeniem oka wątek kryminalny.
          2. Rozwój relacji pomiędzy Gustavem i Zero.
          3. Snucie opowieści jako wartość sama w sobie (kwestia szkatułkowości – dziewczynka z książką, pisarz opowiadający o procesie pisania, opowieść Zero); w podobne tony, również z dystansem, uderzał Burton w „Big Fish”.
          4. Nostalgiczny hołd dla świata, którego już nie ma – wyrażający się na różnych poziomach – od kreacji samych postaci, po całe to formalne wariactwo.
          5. Garść ogólnych refleksji typu takich małych i pozornie nieznaczących wtrąceń, dosłownie na kilka linijek tekstu – np. o śmierci Agaty na chorobę, którą dziś leczy się w ciągu tygodnia czy to zabawne, ale dające do myślenia skontrastowanie Gustava z nowym konsjerżem Grand Budapestu (i inne tego typu refleksje na temat ironii historii).

          Dodatkowo to, o czym wspomniałeś, czyli w gruncie rzeczy poważna i przejmująca refleksja dotycząca kulturowej wagi wojny. Jasne, to nie jest film dogłębnie analizujący wymienione tematy, ale czuć w nim jakąś uczciwość i brak intelektualnego nadęcia, które sprawiają, że wzbudza on we mnie więcej refleksji, niż niejeden wydumany dramat podchodzący do podobnych kwestii.

      • Tomasz Raczek

        Mylisz się kolego, to właśnie treść jest pozorna, podczas gdy Anderson funduje nam gonitwę po kadrach zapomina o tym, że powinny nieść one jakąś informację. Niestety…

  • Tomasz Raczek

    Ja oglądałem i mi się nie podobał. To słaby film.

    • kelley

      argumentacja nie do odparcia

      • Tomasz Raczek

        Nie ma tu nikogo na moim poziomie, jeżeli chodzi o wiedzę o filmie, więc nie muszę się tłumaczyć.

        • Katarzyna

          Zachwycające jest to, że nikt nie dał się wciągnąć w tę dyskusję!

          • s.

            już się prawie wciągnęłam, ale wtedy spojrzałam na twój wpis :)

    • s.

      to, że ci się nie podobał nie musi oznaczać, że był słaby,

  • Pingback: Złote Kraby 2014 | FILM.ORG.PL()

  • Pingback: DOPE – rewelacja festiwalu w Sundance | FILM.ORG.PL()






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

#173 - Clint Eastwood

Następny tekst

Begin Again - zwiastun fajnej komedii romantycznej?



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE