GRA ENDERA - Stary gracz, nowe zasady - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Gra Endera

Duch powieści został zachowany.




Stary gracz, nowe zasady




Jakub Piwoński
01.11.2013


7570146.3

Kino fantastyczne uwielbia posiłkować się motywem mesjanistycznym. Ilu to już poznaliśmy wybrańców, tych jedynych, którzy samodzielnie potrafili przeciwstawić się złu i stanąć w obronie ludzkości. Klaatu, John Connor, Neo, Frodo, Aslan czy Superman – cechą wspólną tych bohaterów jest świadomość własnej wyjątkowości i zdolność do najwyższego poświęcenia. To im bezgranicznie ufaliśmy, ich śladem podążaliśmy podczas przeżywania poszczególnych fantastycznych historii. Teraz na scenę wchodzi nowy cierpiętnik. Niech jednak nie zmylą was pozory; jego młody wiek i skromna postura bynajmniej nie świadczą o jego słabości. Zasady gry się zmieniły i od teraz ustala je Ender.

Historia misji wybrańca pozostaje niezmiennie uniwersalna. Andrew „Ender” Wiggin jest niezwykłym chłopcem. Jego predyspozycje umysłowe przewyższają zdolności rówieśników, ale także dzieci starszych. Trafia do elitarnej szkoły bojowej. Dostają się do niej tylko jednostki wyjątkowe, z uwagi na rangę powierzanej tam misji. Młodzi kadeci szkoleni są na specjalnych żołnierzy, którzy w niedalekiej przyszłości będą musieli podjąć walkę z odwiecznym wrogiem Ziemian- obcą rasą owadopodobnych Formidów. Zadaniem Endera, urodzonego lidera, będzie doprowadzenie swych podopiecznych do zwycięstwa.

Autorem losów Endera jest pisarz science fiction, Orson Scott Card. Jego „Gra Endera” z 1985 roku oraz dwie kolejne powieści cyklu napisane w latach późniejszych są dziś uznawane za klasykę literatury science fiction. To tytuły absolutnie nietuzinkowe, cieszące się liczną rzeszą fanów i – obok „Żołnierzy kosmosu” Heinleina – stojące na przedzie odmiany gatunkowej zwanej fantastyką militarną. Nie ma się więc co dziwić, że za twórczość Scotta Carda wzięły się w końcu grube ryby z fabryki snów. Choć ekranizacja okrojona została o kilka istotnych fragmentów powieści (wątek dzieciństwa Endera oraz wątek związany z jego rodzeństwem), to jednak zachowany został jej kręgosłup. Co więc istotne, odpowiedzialny za projekt reżyser, Gavin Hood (oscarowy „Tsotsi”) zdołał zachować ducha powieści.

enders-game-harrison-ford-asa-butterfield1

Najważniejszy bowiem nacisk, zgodnie z książkowym pierwowzorem, położono na psychologię postaci oraz wikłanie się w moralne dylematy. Bo tych w „Grze Endera” nie brakuje. Czy można wykorzystywać ukryty w dzieciach potencjał do tego, by tresować je na perfekcyjnych zabójców? Czy można wystosować śmiertelny atak przeciwko wrogowi, nim ten w ogóle sprecyzuje swoje zamiary wobec nas? Odpowiedzi na tak postawione pytania pozostają dalece relatywne, trudno zająć klarowne stanowisko. Postać Endera jest równie niejednoznaczna, ambiwalentna, z czym nie może poradzić sobie także sam bohater. Kotłujące się w nim rozterki natury etycznej stoją w opozycji do skrywanej głęboko skłonności do przemocy. Co więc decyduje o tym, że to on okazuje się być idealnym kandydatem na przywódcę? Jego siła tkwi w wysoko rozwiniętej empatii – cesze, dzięki której potrafi jak nikt inny zrozumieć motywację wroga i przewidzieć jego następny krok. Ender, jako nowy Mesjasz, jest więc chodzącą pochwałą wewnętrznego potencjału ludzkiej psychiki, której umiejętne wykorzystanie może odmienić bieg historii.

Za to, by słowo to ciałem się stało, odpowiadał Asa Butterfield, brawurowo wcielający się w filmie w tytułowego bohatera. To na postaci Endera opiera się ciężar psychologiczny tej opowieści, przez co rola ta musiała stanowić dla aktora głównego nie lada wyzwanie. Butterfield poradził sobie jednak z wyznaczonym mu zadaniem wybornie. Jego Ender jest dokładnie taki, jaki być powinien, jakiego znamy z kart powieści, z wybijającą się charyzmą jako cechą wiodącą. Młody aktor nie musiał zbytnio kombinować z ekspresją, by widz z miejsca mógł uwierzyć w pozycję niekwestionowanego lidera, jaką pełnić będzie jego bohater. Wypada mu tylko pogratulować talentu, a specom od castingu – celnego strzału obsadowego. Drugi plan wypada równie przekonująco. Hailee Steinfield i Abigail Breslin – choć ich role nie były zbyt wymagające, dziewczyny potwierdziły stabilną pozycję, jaką piastują w aktorskim światku młodego pokolenia. Z kolei starzy wyjadacze, Harrison Ford i Ben Kingsley, choć powielają role, które już w ich wykonaniu widzieliśmy– odpowiednio zgorzkniałego cynika i nieokrzesanego ekscentryka– to wciąż powodują, że miło jest na nich popatrzeć.

enders-game-tv

Wyjątkowa w ekranizacji „Gry Endera” jest także forma. W stylistyce dostrzegłem inspirację popularną grą „Mass Effect”, czego bynajmniej nie formułuję jako zarzut, wręcz przeciwnie – wykonanie kostiumów i scenografii opiera się dzięki temu na sprawdzonym pomyśle. (Tak na marginesie, to jest wiele podstaw do tego, by filmową „Grę Endera” traktować też jako hołd złożony grom komputerowym i roli, jaką pełnią w rozwoju jednostki, bo to przecież dzięki nim stechnicyzowana generacja inteligentnych dzieci może przymierzać się do uratowania ludzkości…) Rozczarowani mogą być ci, którzy wybierając się na „Grę Endera” myśleli, że kupują bilet na kolejne po brzegi wypełnione akcją widowisko SF. Film nie może pochwalić się zbyt dużą liczbą takich scen, ponieważ akcja skonstruowana została tak, by jak najlepiej oddać emocjonalny wymiar opowiadanej historii. Aczkolwiek wszystkie te sceny, nastawione na wizualny efekt – jak choćby treningi przeprowadzane w stanie nieważkości – robią odpowiednio duże wrażenie. Wbrew pozorom ta cyfrowa oszczędność stanowi o sile tego widowiska, ponieważ z góry wyznacza widzowi nieco ambitniejsze priorytety poznawcze.

„Gra Endera”- jedna z ważniejszych powieści SF minionego wieku – w końcu doczekała się swojej ekranizacji. I choć opiera się ona na micie, który przez popkulturę został już niejednokrotnie, z lepszym lub gorszym skutkiem, przemielony, najwyraźniej wciąż skrywa w sobie odpowiednią siłę oddziaływania. Formułowany w nim przekaz jest bowiem tak dalece uniwersalny, że nie sposób podważyć jego wagi. Śmiało i bez ogródek dajcie się więc ponieść kolejnej opowieści o wybrańcu, toczącym samotną walkę ze złem zagrażającym naszemu światu. Bo jeśli jest odpowiednio umotywowane – trudno o bohaterstwo wyższej próby.

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Film fascynuje mnie odkąd sięgam pamięcią. Każdy seans jest jak nowa przygoda, nowa podróż, która pozwala przenieść się do miejsc jeszcze nie odwiedzonych, poznać ludzi jeszcze nie poznanych, zmierzyć się z problemami jeszcze nie doświadczonymi. Każdy seans pozwala lepiej zrozumieć otaczający mnie świat, lub utwierdzić w tym co już zdążyłem zrozumieć. Szukam przesłań, tych oczywistych, bądź ukrytych w drugim dnie dzieła.
Jakub Piwoński






  • Mefisto

    Nie wiem gdzie widziałeś w tym filmie wszystkie te rzeczy wymienione w recce, naprawdę nie wiem.

    • Daniel Bielak

      Ja się zdecydowanie zgadzam z recenzją, a Tobie Mefisto radzę przybierać przed seansem neutralne podejście do filmu … już przed seansem byłeś na nie .. po seansie też Ci to nie zostało :(

      • Andriej

        Mefisto zawsze ma to samo podejście. Już widzę ten konflikt wewnętrzny, kiedy jakiś film wbrew jego nastawieniu zaczyna mu się podobać, ale chce się on trzymać jednak swojej życiowej filozofii: „No, fajna scena, w ogóle świetne zdjęcia, role dobrze zagrane… Tfu! NIE! Ten film jest to dupy! Nie ma w nim nic fajnego! Dawaj Mefisto, zduś to w sobie, do dupy… do dupy… do dupy film… do dupy… ta scena też tak naprawdę była do dupy…dodupydodupydodupy… O! Film już się skończył, uff! 3/10!”

        • Mefisto

          No tak, bo widzę że panowie są moimi najlepszymi przyjaciółmi i znają mnie na wylot. Dla wyjaśnienia (choć nie wiem przed kim niby mam się tłumaczyć – przed anonimową internetową tłuszczą, bo coś im się nie podoba?): na film poszedłem bez oczekiwań, jak i bez uprzedzeń. Jest zwyczajnie przeciętny, główny bohater nie ma żadnej charyzmy, a i nie ma ani jednej sceny, która pokazuje, jak wyjątkowym strategiem jest. Poza tym film jest nudny, przewidywalny i nijaki. Tyle. No, ale widzę, że Daniel, jak to Daniel – zawsze usiłuje bronić słabych filmów, nawet kiedy sam wie, że są słabe. No a Andriej, wiadomo – jemu się wszystko i wszędzie podoba, taki typ.

          • hortensjo80

            Nie znają cię na wylot. Znają cię tylko z jednej strony – jako męczącego, internetowego marudę, który zawsze musi się podzielić ze światem swoimi wielkimi mądrościami.

          • Mefisto

            Udowodnij :)

          • Jakub Piwoński

            Bohater bez charyzmy? Brak sceny, w której ten mógł zademonstrować swoje strategiczne umiejętności? Chyba oglądaliśmy różne filmy… ;)

          • Mefisto

            A gdzie on tam miał charyzmę? Chuderlak, który płacze w co drugiej scenie i raz jeden jedyny przemawia do swoich, na szybko przygotowanych podwładnych, którzy i tak nie mają innego wyboru, jak tylko się go słuchać. To nie jest charyzma :) A strategiczne umiejętności chłopak ma, lecz nie są one wyjątkowe – a tak się o nim właśnie mówi przez cały film, jak o tym, który jako jedyny może nas uratować. Sorry ale chłopak (dodajmy, iż dzieciak, a więc tym bardziej musiałby być wyjątkowy, by stawać w szranki z dorosłymi!) prezentuje się tak przeciętnie, iż ani chwili nie idzie uwierzyć, że jest jedyną szansą naszej planety. Reszta populacji wyginęła czy jak? To już Kingsleya szło lepiej po raz drugi do walki wystawić.

          • kartofelek007

            Filmu niestety jeszcze nie oglądałem, ale to co napisałeś w komentarzu pasuje do tego co było napisane w książce.

            Ender wcale nie był wymiataczem, przed którym klękały całe narody. Był chłopaczkiem, zagubionym, płaczącym i trochę lepszym od swoich rówieśników.
            Jego nauczyciele wierzyli, że to „wybraniec” bo poniekąd nie mieli wyjścia (nie mieli czasu na kolejne poszukiwania i szkolenie). Nie wiem czy w filmie było powiedziane, dlaczego wybrali dzieciaka, a nie dorosłego, ale twój argument, że chłopak musiał być tak wyjątkowy, by stawać w szranki z dorosłymi mija się z prawdą. Wcale nie musiał tego robić i nie robił (przynajmniej w książce). Dzieciaki były wybierane z innego powodu.

            „Reszta populacji wyginęła czy jak?”
            To nie tak działa. Czemu dana osoba staje się prezydentem danego kraju, a dany osobnik zostaje sławnym piłkarzem? Bo są w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu. Wśród tamtych wybranków Ender był najlepszy. Możliwe, że na Ziemi była setka lepszych od niego. Ale oni nie byli na stacji, nie brali udziału w szkoleniach i dlatego właśnie nie byli brani pod uwagę.

            „To już Kingsleya szło lepiej po raz drugi do walki wystawić.”
            Mazer już raz brał udział w walce i przez to miał wyuczone pewne schematy taktyczne – schematy przystosowane do przeciwnika sprzed parudziesięciu lat. Młody umysł Endera był „czysty” i dlatego mógł się lepiej sprawdzić przeciwko nowemu wyzwaniu :)

          • Mefisto

            Jasne, rozumiem Twoje argumenty, a i książki nie czytałem. Jednak film, to film – tutaj pewne rzeczy inaczej się odbiera i inaczej trzeba je pokazywać, by „zdobyć widza”. Rozumiem, iż na kartach powieści było to tak rozegrane, iż kochałbym Endera miłością czystą. W filmie jednak ta postać jest po prostu niewiarygodna – wybierają go dlatego, że fajnie gra w gry z początku, że jest bystry i tak dalej. Ale potem ani Ender, ani ludzie, którzy na niego stawiają nie stawiają kropki nad i, byśmy i my w to uwierzyli. Ich wiara w Endera sprowadza się do tego, że chłopak wygrał jedną potyczkę w sali gier (i to dodajmy ogromnym fartem i nieco na zasadzie Świętych z Bostonu w ich pierwszej „misji”), podczas gdy inni mieli ich wcześniej wygranych ileś tam, więc od razu go promują wyżej. Sorry, ale kogoś takiego nie stawia się nagle na czele supermisji przeciw śmiertelnemu wrogowi z kosmosu. Rozumiem, iż w książce jest to wiarygodne – w filmie jednak zupełnie nie. Ender to jeden wielki WTF od początku do końca.

            Poza tym część moich zarzutów idzie w kierunku samej recki – Piwon pisze o jakiejś charyźmie i niezwykłej osobowości, podczas gdy na ekranie Endera cały czas gnoją i płacze nawet w scenie zwykłych rozmów o niczym tak naprawdę. Jedyne co mu mogę oddać, to fakt, że miewa momenty, w których udowadnia, iż nie jest przeciętnym Kowalskim. Ale to troszkę za mało jak na super szkołę super dzieciaków.

            Poruszony natomiast wątek dorosłych jest taki, iż świat przedstawiony w filmie wygląda tak, jakby ich w ogóle nie było. Mamy super sprzęt, super armię i Harrisona Forda, ale co tam, oprzemy się na dzieciakach. Znowuż więc sposób pokazania problemu to prowizorka.

            Co do prezydenta – przykład lekko nietrafiony, bo prezydenta wybierają tłumy po wielomiesięcznych kampaniach. Tutaj Harrison Ford pokazuje palcem i na tym się kończy właściwie. Niby Endera ocenia jakaś tam psycholog, ale ten wątek jest kompletnie bez znaczenia – ot, mówią nieco więcej, niż powinni, lecz nie przekłada się to na fabułę, jak i samą postać.

            A odnośnie Kingsleya – tu masz absolutną rację, jednak w filmie znowu jest to pokazane tak, że co chwila strofuje on lub poucza Endera, pokazuje mu palcem, co i jak. Więc też nie do końca dobrze poskladali te klocki.

          • kartofelek007

            W książce Ender musiał wygrywać grę za grą. Dochodziło do tego, że musiał grać przeciwko 2 drużynom naraz. I wygrywał za każdym razem. Ale też miał farta. Bo np na pierwsze miejsca listy najlepszych dostał się tylko dlatego, że jego ówczesny dowódca drużyny nie pozolił mu ani strzelać ani brać udziału w akcji (dlatego miał 0 strzałów ale i 100% skuteczność).
            Co do prezydenta. Wybierają go tłumy. Ale żeby być wybranym musisz być wśród kandydatów. Więc musisz być w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu :}

            Filmu nie oceniam, bo jeszcze nie oglądałem :)

          • Mefisto

            No ok, ok. Tak czy siak film ma jedną zaletę – zmusza do sięgnięcia po oryginał :)

          • Elcia

            „W filmie jednak ta postać jest po prostu niewiarygodna”
            To prawda, ale częściowa bo bardzo wiele wątków z powieści w filmie zostało pominiętych. Ender literacki jest dzieckiem zaplanowanym z programu rządowego. To dzieciak-geniusz który nie uważa na lekcji, bo arytmetyki nauczyła go siostrzyczka w wieku 3 lat. Również w książce wypada jako niepewny z pozoru chuderlak – bo nie cechy fizyczne były brane pod uwagę. O ile jego starszy brat lubi dręczyć swoje ofiary, młodszy daje się tłuc, czekając na taką okazję aby jednym ciosem wykończyć wroga. Ale fakt że Ender ‚zabija’ z wiadomych względów nie mógł znaleźć się w filmie dla nastolatków.

            Motyw analizy psychologicznej zawarty był … innej grze, w którą główny bohater pogrywa w czasie wolnym. Wątek ledwo w filmie napomknięty, niestety.

            No cóż, nie pozostaje nic, tylko zachęcić do sięgnięcia po książkę.

          • Bocian

            Właśnie obejrzałem „Grę Endera” i będąc fanem całego cyklu Carda zgadzam się w 100% z tym o czym pisze Mefisto. Ten film jest nieszczęsny, jest to wierna pod względem wydarzeń adaptacja książki ale jak dla mnie totalnie odarta z jej sensu. Żadna scena nie przekonuje o geniuszu Endera, mogę sobie dopowiedzieć sens każdej sceny znając powieść, ale co z tego, skoro z żadnej sceny filmu nie wynika to co próbuje dana scena przekazać. We wszystko trzeba wierzyć „na słowo” – w dramat jakim był ksenocyd, w bliskość Endera z Valentine, w geniusz strategiczny, w wewnętrzne rozdarcie Graffa, który z jednej strony dyskusyjnymi moralnie metodami testuje Endera, a z drugiej strony czuje się wewnętrznie jego ojcem, w sadyzm Petera, w zasadność tego typu szkolenia, tego wszystkiego w tym filmie nie ma, jest zaledwie wspomniane. To był (jest) materiał na wybitny film sci-fi, siłą książki było to, że Card nie kazał czytelnikowi wierzyć na słowo, angażował emocjonalnie i intelektualnie, spryt Endera wynikał z decyzji jakie podejmował, z toku myślenia, z procesu w jakim dochodził do rozwiązań problemów. Gdzie to się wszystko podziało? Został zarys, wydmuszka, zestaw scen zgodnych z fabułą ale nijak nieprzekonujących. Nie jestem fanem wiernych ekranizacji, jak dla mnie Gavin Hood mógł pozmieniać co mu się żywnie podoba, byle zachował sens. Zrobił ekranizację wierną o tyle, że prawie każda scena z filmu ma swój odpowiednik w książce, nie dodał zbyt wiele od siebie ale co z tego – to jest kolejny jak dla mnie dowód że robiąc ekranizację trzeba mieć przede wszystkim pomysł jak przenieść literaturę na obraz zachowując jej ducha, ideę, sens, a nie kolejność zdarzeń. Gavin Hood jest pozbawionym talentu i pomysłowości rzemieślnikiem, który opanował zaledwie elementarz sztuki reżyserii i może kręcić reklamy a nie pełnometrażowe filmy. Szkoda zmarnowanego potencjału.

          • Maciek

            Tu si e z tobą nie zgodzę na statku był inny chłopiec równie uzdolniony a może i bardziej. Tym chłopcem był Groszek. Ale tego w filmie tez nie ma

          • kartofelek007

            Groszek był zdolny, ale bardziej się nadawał na dowódcę. Specjalizował się w konkretnych, szybkich najlepiej zaczepnych akcjach. Ender natomiast najlepiej nadawał się na głównodowodzącego. To coś jak generał i dowódca. Oboje bardzo zdolni, ale oboje nadają się na inne stanowiska :)

          • Ghast

            Polecam przeczytać Cień Endera to darujesz sobie takie komentarze :)

          • kartofelek007

            Heh. Możliwe. Ja tylko czytałem grę Endera, a tam było właśnie opisane, że Groszek specjalizował się w akcjach precyzyjno-zaczepnych. Jak mój błąd to przepraszam.

  • q

    nie podobał mi się film. Kompromisy nie wyszły mu na dobre. Zmiany w historii i narracja z offu też. Książka opowiada okropieństwach jakie spotkało dziecko i jakich musiało się dopuścić. Miałem wrażenie że bali się w filmie skrzywdzić dziecko, rozwalić mu psychikę i doprowadzić do skraju załamania. Element geniuszu i strategi też gdzieś się zagubił. szkoda… książka wymiata.

  • drDigger

    Wspomniałeś o Robercie Heinleinie i „Kawalerii Kosmosu”, jako o czołowej pozycji militarnego SF, a zapomniałeś o chyba najważniejszej dziś pozycji z tego nurtu jaką jest „Wieczna Wojna” Joego Haldemana? Jak mogłeś? :(

    • Jakub Piwoński

      spokojnie, to tylko przykład :)

  • Marcin

    Tak słabego SF nie widziałem już dawno, a może dawno temu wyrosłem z takiej „romantyki”. 13 latkowie zapewne powieszą sobie plakaty nad łóżkiem. Ja po przyjściu z kina rzuciłem się na nie spać. Nie zapamiętam nic z tego filmu. Nie chcę. Chcę z powrotem moje 22 złote za bilet…

  • bob the builder

    Najgorsze jest to, że jest to niesamowicie przeciętny film, w którym nie ma ani jednej sceny, która mogłaby porazić spektakularnością, która byłaby cytowana. Słabo. (nie czytałem powieści)

  • Maciek

    Gra Endera to przede wszystkim historia o tolerancji, zrozumieniu, chęci poznania i porozumienia wa zasadzie o tym co sie dzieję kiedy tych cech brakuje. Ender przez całą książkę ciężko pracował na swoją pozycję ponieważ Hyrum Graff za wszelka cenę stara się udowodnić sobie i swoim przełożonym że znalazł właściwą osobę do dowodzenia ziemską flotą. Trenował więcej niż inni, stoczył więcej trudniejszych bitew z armia smoka, której przewodził niz jakikolwiek inny dowódca w szkole bojowej. Nie przegrał żadnej. Ale jak każdy miał tez swoje granice. W książce napięcie jest niemal namacalne, prawie czuje się pot wylewany przez Endera, czasem brakuje tchu kiedy czyta sie kolejne strony. W filmie cała ta historia wygląda ja szybkie pierdnięcie. Wybrali go, poleciał do szkoły gdzie trochę polatał na sali treningowej w zero g i stoczył jedną bitwę z dwoma armiami na raz a potem poleciał do szkoły dowodzenia i wygrał bitwę z robalami bo myślał że to gra. Minusy filmu to źle dobrana obsada skrócona historia do granic absurdu i przekłamania fabuły w celu skrócenia filmu. Otóż szkoła dowodzenia nie mieściła sie na planecie tylko na asteroidzie odbitej od robali. Podczas ćwiczeń w szkole dowodzenia Ender nie widział się ze swoimi dowódcami plutonów tylko wydawał im polecenia przez radio, Z tego co pamiętam z książki to planeta robali został wysadzona w powietrze a nie wypalona, Bonzo madrid był starszy i wyższy od Endera a groszek był najmniejszym dzieckiem szkole bojowej i dlatego nazywał sie groszek poza tym był tez super inteligentny i był brany jako zastępstwo za Endera gdyby ten nie dał rady. Ender nie znalazł kokona na planecie gdzie była szkoła dowodzenia tylko na planecie skolonizowanej przez ludzi, która odbito od robali tego jest więcej ale nie mam czasu się az tak rozpisywać. W ogóle to mam wrażenie że film powstał żeby ludzie nie musieli czytac tej książki albo z powodu że nie było innych pomysłów na film

    • Mefisto

      Film miał przede wszystkim ostre przetasowania ekipy w trakcie produkcji, także przypuszczam, że sporo materiału poszło do kosza, a część pewnikiem nagrano od nowa i wyszła taka siódma woda po kisielu. Oto całe współczesne Hollywood :(

  • RNVR

    Nie będąc poddany konieczności porównywania filmu do książki (jako że książka leży w kolejce pt. lektura do nadrobienia) miałem w pełni neutralny stosunek do obrazu, wręcz obok Pacific Rim był to jedyny film na który tak naprawdę czekałem w 2013 roku. Powyższa recenzja jest przepełniona imo hurra optymizmem, który w żadnym stopniu nie pokrywa się z tym co widziałem na ekranie. Niestety. Historia się broni sama w sobie, ale przyznam że mając ogromny bagaż filmowo/książkowo/kulturowy zw. z SF w żadnym stopniu nie zaskoczyła mnie historia (wiele osób tłukło mi do głowy że zwrot akcji w Grze Endera jest jednym z najlepszych w całym SF – stanowczo się nie zgadzam, on jest tylko dobry). Gra aktorska w filmie nie istnieje w zasadzie, co dobitnie pokazali Ford i Kingsley. Co gorsza, być może (pewnie tak jest) w książce postaci są konkretnie zbudowane pod kątem ich historii, przeżyć, rozterek czy pragnień – film postanowił zwyczajnie olać te kwestie, i jedynie Ender czasem pożali się co by chciał od życia, czy w ogóle skąd się wziął. Bardzo po łebkach potraktowano tę kwestię. Miłym dodatkiem jest ścieżka dźwiękowa za to.

    Summa summarum – solidne kino SF? Zdecydowanie. Wybite, przełomowe czy choćby bardzo dobre kino SF? Mowy nie ma. góra 6/10 jak dla mnie (może z małym plusikiem). Z tego roku bezpośrednim konkurentem dla Gry Endera jest w zasadzie Oblivion, i w tym starciu ten drugi zwycięża. Co z tego, że jego fabuła była zlepkiem iluś tam motywów znanych już widzom, skoro film trzymał w napięciu, był dynamiczny, estetyczny i przyzwoicie zagrany przez Cruise’a (na którym wiele osób położyło już krechę). A Gra Endera? Ja ziewałem, bo taki ten film jest. Niby ładny, niby historia interesująca, ale nie porywa.

  • ana

    ja czytam bardzo dużo książek od wielu lat, zwykle fantasy, a gra endera była moja pierwszą ksiązką SF. ksiązka jest genialna, jako że jestem uczuciową osobą płakałam choć rzadko to robię.. szczeze mówiąc boje się filmu żeby nie zniszczyć sobie zdania o Enderze.. na temat groszka..,. dla mnie był kimś szczególnym podobnie jak Ender, długo nie mogłam się otrząsnąć z ksiązki. ale myślę z drugiej strony że nie chcieli z chłopca grającego endera zrobić wraku człowieka jednakże wtedy produkcja nie ma sensu. zobaczę i mam nadzieję że nie zmieni to mojej super opini o enderze ;P <3

  • kartofelek007

    W końcu obejrzałem :) Jak w poniższych komentarzach coś tam się wypowiadałem, tak teraz mogę powiedzieć tylko tyle, że jest źle. [SPOJLERY!] Popsuli większość wątków z książki. Relacji między dzieciakami nie ma w ogóle, bo akcja filmu gna na łeb na szyję. Zamiast pokazać wieloletnie szkolenie pokazali 2 gry, przez to nie ma jak się zżyć z bohaterami. Ender zmienia drużynę na Salamandry? Phi. Przecież z wcześniejszą był w filmie z 4 minuty :} Groszek był dobry w kombinowaniu i precyzyjnych manewrach? W filmie nawet nie wiadomo ktury to ten Groszek. Spotkanie Endera z siostrą w filmie wygląda jakby odbyło się po tygodniu szkolenia, a przecież w książce odbyło się po kilku latach gdy Ender mocno się już zmienił. Czas jaki pozostał do wojny też zupełnie inny. Kilka lat zamienili na 26 dni. I tak można by wymieniać i wymieniać. Nie wspominając o całym końcu filmu, który jest zwyczajnie inny niż w książce (albo ja czytałem po pijaku).
    Tak się zastanawiam dla kogo ten film. Fanów książki nie zachwyci. A ludzi bazujących tylko na fillmie też raczej nie przekona. Scena za sceną, nic nie połączone, pomieszane wątki czy wypowiedzi które z niczego nie wynikają. Szkoda. Gdyby tak dodać jeszcze z 2 godziny, całość zamienić na psychologiczny thiller mogło by być ok. A tak wyszedł kolejny SF ala Zmierzch. Ogólnie nie polecam, – w przeciwieństwie do książki.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Pieta

Następny tekst

Fota #91 - T2 3-D: Battle Across Time



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE