Głupi, głupszy i najgłupszy | FILM.ORG.PL

Głupi, głupszy i najgłupszy

Slapstick powraca! Bardzo profesjonalnie zrobiony, ale odrobinę męczący, festiwal czystego absurdu.




Trzask, prask, bum i plask




Tekst gościnny
25.06.2012


Autorem recenzji jest Jakub Trzebiński.

 

W jednej ze scen, trzech głównych bohaterów filmu remontuje wieżę dzwonniczą. Robią to na prośbę zakonnic prowadzących sierociniec, w którym trójka, mimo dorosłego wieku, mieszka. Pracy towarzyszą duże emocje, panowie kłócą się. Jeden z nich, poirytowany niezdarnością kolegi, uderza go młotem w głowę. Kiedy uznaje to za niewystarczającą reprymendę, odbiera mu jego piłę spalinową (z którą ten, notabene ciągle pracującą na wysokich obrotach, uwiązaną do pasa, wchodził po drabinie) i piłuje go po tejże głowie. W wyniku koleżeńskiej bójki, na stojącą na dole zakonnicę, spada olbrzymi mosiężny dzwon. Chwilę później spada na nią jeszcze dwóch kolegów biegnących jej na ratunek z dachu, następnie opiłowany wcześniej (w dodatku najgrubszy ze wszystkich) mężczyzna, a na koniec trafia ją przypadkowo – rzecz jasna w głowę – młot, od którego wszystko się zaczęło. 

Cóż to za makabra? – ktoś słusznie zapyta. Ale wbrew pozorom „Głupi, głupszy i najgłupszy” to nie horror gore, ani kolejna część Piły. Po awanturze wszyscy wstają, rześko wymierzają sobie jeszcze kilka, już mniej spektakularnych ciosów, i bez najmniejszych śladów zadrapania wdają się w kolejne hece. Takich scen jest bowiem w dziele braci Farrellych multum. Trzej przyjaciele z sierocińca nieustannie wymierzają sobie i innym szturchańce, kuksańce, ale też ciosy zadane w finezyjnym anturażu, nierzadko z użyciem rozmaitego ciężkiego sprzętu. 

Można by pomyśleć, że twórcy filmu sięgnęli dna, że ich poczucie humoru, zawsze mocno kontrowersyjne i mające tyle samo wielbicieli, co zaciekłych krytyków, tym razem wpadło w rejon najniższych instynktów i nie sposób je niczym obronić. Sprawie nie pomógł też polski dystrybutor, który tłumaczeniem tytułu nawiązuje do słynnego „Głupiego i głupszego” z Jimem Carreyem i Jeffem Danielsem. Strzelił sobie jednak tym w stopę, bo najnowsza produkcja z obrazem z 1994 roku nie ma absolutnie nic wspólnego. Może poza tym, że istotnie bohaterowie zarówno jednego, jak i drugiego filmu, do najmądrzejszych nie należą. Wielu jednak ten chwyt marketingowy dopadnie, ale przyczyni się jedynie do nieuzasadnionych porównań, i niechybnego w związku z nimi rozczarowania – wszyscy Ci, którzy udadzą się do kina oczekując kontynuacji, bądź prequela hitu sprzed lat, już po paru minutach poczują się mocno zdezorientowani i całością srodze się zawiodą.

Czym więc jest nowe dzieło Petera i Bobby’ego Farellych? Klucz do tej zagadki tkwi w oryginalnym tytule filmu: „The Three Stooges”. Otóż tak zatytułowane było amerykańskie, legendarne, slapstickowe widowisko w odcinkach z lat 40., 50. i 60. ubiegłego wieku. A omawiana komedia to nic innego jak hołd złożony temu serialowi, ale i całemu gatunkowi slapsticku, Flipowi i Flapowi, braciom Marx, po prostu tej całej wariackiej farsie. Wyzwanie to ryzykowne, ale co znamienne, bracia nie są w tej podróży w czasie tak całkiem osamotnieni. Wszak to ostatnio kolejna po „Artyście” Hazanvisiusa, „Hugonie i jego wynalazku” Scorsesego czy „Moim tygodniu z Marilyn” Curtisa, reminiscencja dawnej epoki kina.

Jednakże prób wskrzeszenia slapsticku wiele we współczesnej kinematografii nie było. Wspomnieć można jedynie parodystyczne „Nieme kino” Mela Brooksa (1976) i film „Czacha dymi” Dennisa Dugana (1992), którego twórcy nie posunęli się jednak w slapstickowym szaleństwie tak daleko jak bracia Farrelly. Ci poszli tu na całość – każdemu komedianckiemu potknięciu, uderzeniu, gestowi, grymasowi, towarzyszy dograny charakterystyczny dźwięk. Styl epoki oddany jest pieczołowicie, nawet za pomocą pracy kamery – podczas bójek ujęcia są krótkie, rwane, niezgrabne. Ale przede wszystkim świetnie grają odtwórcy głównych ról: Will Sasso, Sean Hayes i Chris Diamantopoulos. Nie tylko wyglądają, ale też mówią i ruszają się dokładnie jak aktorzy z oryginału. Zwłaszcza ten ostatni grając Moa, ze swoim tembrem głosu sprawia wrażenie reinkarnacji Mosesa Harry’ego Horwitza, który wcielał się w tę postać przeszło pół wieku temu. 

Sama fabuła to tylko pretekst, by zaprezentować jak największa ilość gagów i wpisuje się w typową dla Farrellych formułę „buddy movie”, w którym główni bohaterowie – kumple, wyruszają w podróż mającą odmienić ich życie. Tu Moe, Curly i Larry, by uratować przed zamknięciem sierociniec i spłacić jego dług, jadą w świat zarobić – oczywiście niemożliwą do zdobycia – kwotę. Po drodze, jak już zostało wspomniane, leją siebie i innych po gębach, usiłują – w dobrej wierzę – zamordować na zlecenie, strzelają do siebie moczem sikających noworodków, zakładają plantacje żywych ryb (kładą je na polu golfowym), kłócą się, rozstają i schodzą, znowu leją po gębach, a finał tego wszystkiego, co jest jasne, nie może być inny niż szczęśliwy, choć – jak to u Farellych – jest też przewrotny. 

Jak wypada całość? Film traktowany jako zwykła komedia (nawet ta z gatunku „idiotycznych”), może zostać odebrany jako nieporozumienie. Ale jeśli spojrzy się na niego jak na filmowy eksperyment, zabawę konwencją, wrażenia stają się pozytywne, choć trzeba przyznać, że bardziej to wszystko ciekawi niż śmieszy. Co nie znaczny, że nie ma tu wcale udanych żartów. Zresztą nawet niektóre z tych głupiutkich bijatyk potrafią przywołać uśmiech na twarzy. Ale jest też kilka dowcipów natury, jak na ten film – by tak rzec – głębszej, może nie najwyższych lotów, ale niepozbawionych uroku i trafności (na ekskluzywnym bankiecie kobieta mówi do swojego partnera, mając na myśli trzech głównych bohaterów: „Ci trzej idioci tu są!”. – „Siostry Kardashian? Gdzie!? – odpowiada momentalnie podekscytowany mężczyzna). 

Ten aspekt satyry na miałkość współczesnej popkultury i niestety nas – jej uczestników, zostaje rozwinięty w epizodzie, w którym Moe trafia do reality show w formacie MTV „Ekipa z New Jersey” (zresztą, o zgrozo, to autentyczny program). Bohater szybko odnajduje się w programie robiąc to, co przez całe swoje dotychczasowe życie: leje po gębie. Spotyka się to początkowo z konsternacją reszty członków programu (na widok Moe’a wyrywającego komuś włosy z nosa, dziewczyna z silikonowym biustem, ze zdumieniem pyta samą siebie: „Kto tak robi?”). Ale Moe szybko staje się gwiazdą programu. Jego prymitywne, prostackie poczucie humoru przyciąga widzów, producenci show są nim zachwyceni. Wszyscy kupują tę farsę, okazuje się, że to jednak nie tak całkiem odległa estetyka od innych pozycji z telewizyjnej ramówki. A jednak, choć z jednej strony ta głupota tam pasuje, to z drugiej jest też w jakimś sensie lepsza – szczera i niewinna, bo zawsze pod nią są dobre intencje, poczciwość i autentyczność.

A bracia Farrelly choć w nowej dla siebie formie, mówią to, co zawsze: że warto być sobą i nie bać się żyć po swojemu. Dołączają bohaterowie „The Three Stooges” do szeregu postaci z ich filmów: nieśmiałych, zakompleksionych („Sposób na blondynkę”), niepełnosprawnych („Skazani na siebie”), otyłych, chorych („Płytki facet”), wykluczonych („Kręglogłowi”), głupoli („Głupi i głupszy”), którzy żyją gdzieś poza społecznym mainstreamem. W głównym nurcie Hollywoodu, zdominowanym przez kult fizycznej i nie tylko, doskonałości, tym bardziej ich brak. I dopiero za sprawą Farrellych dochodzą do głosu. I to swojego głosu. Nikt z nich tu nie pięknieje, nie mądrzeje, a jeśli wygrywają, to dlatego, że pozostają sobą, nie dają się skorumpować tym wymogom perfekcji, wmówić sobie, że są gorsi, że nie mają szans. 

Ta akceptacja inności to we współczesnym kinie postawa unikalna. Paradoksalnie, najpełniej wyraża się ona właśnie poprzez śmiech, z dala od patosu, czego wymownym symbolem staje się slapstick. Wygląda bowiem na to, że trzeba dziś odrobiny szaleństwa, by w niej trwać.

Tekst gościnny

Tekst gościnny

Jeśli potrafisz pisać recenzje lub artykuły filmowe (które zazwyczaj lądują w Twojej szufladzie), a chciałbyś zaprezentować się przed tysiącami czytelników, możesz gościnnie publikować na naszej stronie! Przy większej i regularnej liczbie tekstów, takie osoby takie dopisujemy do stałej współpracy.
Napisz do nas: wspolpraca@film.org.pl
Tekst gościnny






  • Chindy

    „Hugonie”? „Moa”? „Scorsesego”? Imion/nazwisk kończących się na samogłoskę przeważnie nie odmieniamy. To nie XIX wieczna polszczyzna, do kroćset fur beczek!

    Chindy

    • Kuba

      Odmieniamy. To, że we współczesnej, potocznej, „forumowej” polszczyźnie „przeważnie” się czegoś nie odmienia, nie znaczy, że tak jest poprawnie. W starannym języku nieodmienianie tego typu nazw własnych poprawne nie jest.

      • Mefisto

        Może i poprawne nie jest, ale przynajmniej wygląda jakby miało ręce i nogi. Zresztą nie wiem czy akurat w przypadku Scorsese powinno się cokolwiek dodawać na końcu. Moe też bym zostawił w świętym spokoju.

        • Kuba

          Powinno się, wszystko jest w słowniku.

  • Hitch

     A ja stanę za Chindym. Nawet jeśli słownik tak dyktuje, jest to ingerencja w nazwę własną i wygląda to po prostu obleśnie. Śmierdzi zatęchła mową z czasów Elizy Orzeszkowej. Przez tego typu myślenie dziś w szkołach uczy się o np. „Jerzym Waszyngtonie”. Hugo to Hugo, nie Hugon. I tak dalej…

    • Cassel

      Przede wszystkim nie Moa, tylko Moego, tak jak Joe – Joego. Poza tym takie są właściwości i tradycje języka polskiego, więc nie ma się co nadymać na „tego typu myślenie”, tylko pogodzić się z myślą, że za 100 lat nasze prawnuki będą się uczyć o Jerzym Buszu, hi hi.

  • Policja językowa przybyła. 






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Celine i Jesse powracają

Następny tekst

Czarnobyl. Reaktor strachu



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE