nowości kinowe

POLSKIE GÓWNO – Gdynia 2014

W pewnym momencie „Polskie gówno” staje się ideologicznym manifestem Piotrusia Pana w ramonesce, a cały urok szybko pryska, bo anarchizm Tymańskiego jest banalny i zgrzebny.

Autor: Grzegorz Fortuna
opublikowano

gó2W „Polskim gównie”, zapowiadanym od ładnych paru lat musicalu satyrycznym według scenariusza Tymona Tymańskiego, show-biznes wygląda jak z koszmaru nastoletniego anarchisty. Jeśli chcesz odnieść sukces, musisz się sprzedać, poniżyć przed bożkiem Showbizem (reprezentowanym przez figurkę z gigantycznym penisem) i pozwolić, żeby twoje życie kontrolowali masoni; zaufać szemranemu menadżerowi, który zarobione pieniądze przepuści w kasynie; zaspokoić zblazowaną gwiazdę estrady; wystąpić w talent show obsadzonym znudzonymi jurorami, których nieustannie kontroluje naćpany producent. Ci, którzy poszli w komercję, mają forsę i kobiety; ci, którzy chcą pozostać autentyczni, jeżdżą od Pruszcza Gdańskiego do Kolbud w rozklekotanym dostawczaku i ledwo starcza im na paliwo, żeby dotrzeć na kolejny koncert.

Tego typu wizja miałaby może w sobie coś ciekawego, gdyby odpowiadał za nią rzeczony nastolatek, ale staje się zwyczajnie smutna, kiedy ma się świadomość, że jej autorem jest facet po czterdziestce, który na koncertowaniu zjadł co najmniej kilka garniturów zębów. I to smutna nie dlatego, że Tymański przedstawia widzom nagą prawdę o pracy w rozrywce, ale dlatego, że po dwudziestu pięciu latach jeżdżenia po Polsce z różnymi zespołami nie ma tak naprawdę nic do powiedzenia, a na wnioski, które wypływają z jego scenariusza, mógłby równie dobrze wpaść ktokolwiek, kto wie, że show-biznes to nie tylko akcje charytatywne i umizgi na czerwonych dywanach.

gó

Tymański, wespół z reżyserem Grzegorzem Jankowskim, opowiada historię swojego alter ego – Jerzego Bydgoszcza, lidera grupy Tranzystory, który popadł w permanentne długi. Niespodziewanie pomocną dłoń wyciąga do niego Czesław Skandal (Grzegorz Halama), wąsaty komornik, który postanawia zostać menedżerem zespołu w zamian za część zysków ze sprzedaży biletów. Tranzystory wyruszają w podróż po Polsce i zahaczają o wszystkie kręgi koncertowego piekła – bezpłatny występ dla grupy pijanych studentów, uwłaczającą chałturę w głupich przebraniach, wreszcie talent show w dużej stacji telewizyjnej.

„Polskie gówno” zaczyna się całkiem sympatycznie – jako prześmiewczy musical ze śpiewanymi wstawkami, które dotyczą najmniej spodziewanych spraw. I tak, na przykład w jednej z pierwszych scen Jerzy kłóci się z ojcem (Marian Dziędziel) za pomocą autentycznie zabawnej piosenki. Później film Jankowskiego i Tymańskiego się jednak rozpada – pojawia się w nim coraz więcej wulgarnych i żenujących pomysłów, a doklejone na siłę poważne wątki (jak wątek alkoholizmu jednego z członków zespołu) kompletnie nie pasują do przyjętej na początku konwencji.

7

W pewnym momencie „Polskie gówno” całkowicie przestaje być ironicznym musicalem i staje się ideologicznym manifestem Piotrusia Pana w ramonesce, a cały urok szybko pryska, bo anarchizm Tymańskiego jest banalny i zgrzebny. Ogranicza się do tego, żeby Polsat przerobić na Polwsad (he… he… he…), a zespół T.Love – na zespół B.Sex (hi… hi… hi…); żeby z lidera komercyjnego zespołu zrobić dewianta, a z bogatego producenta filmowego – podstarzałego dziwkarza. Gdzieś po drodze pojawiają się autentycznie zabawne epizody (króluje tutaj Leszek Możdżer akompaniujący na organkach przy pseudo-masońskich rytuałach), ale nie zmieniają one faktu, że „Polskie gówno” jest dokładnie takie, jak jego tytuł – na siłę wulgarne i tylko na niby kontrowersyjne.

Ostatnio dodane