Gdybym tylko tu był - recenzja | FILM.ORG.PL

Gdybym tylko tu był

Jego filmy są jak zwierciadła, które przechadzają się, może nie po bulwarze, ale na pewno po jego podwórku




Powrót Braffa... do Garden State?




Miłosz Drewniak
14.09.2014


film_9876_original_1

Zachary Israel Braff, niespełna 40-letni aktor, scenarzysta i reżyser, szerokiej publice znany jako John „JD” Dorian z sitcomu Scrubs, a przez kinofilską hałastrę podziwiany za swój reżyserski debiut z 2004 r. – Powrót do Garden State, zdaje się być idealnym przykładem twórcy niespełnionego, który z jakiegoś powodu, mimo ponadprzeciętnego talentu, nie jest w stanie rozwinąć skrzydeł. Dlaczego po świetnie przyjętym debiucie reżysera musieliśmy czekać aż 10 lat na jego kolejny film? Dlaczego talent pokroju Zacha Braffa funduszy na Wish I Was Here zmuszony był szukać na Kickstarterze – amerykańskim portalu internetowym, wspierającym młodych autorów (tutaj artykuł na ten temat)? Przecież o renomie jego nazwiska świadczy chociażby fakt, że potrzebną sumę 2 mln. dolarów udało się zebrać w 3 dni, dzięki czemu projekt doszedł do skutku, a efekt hojności fanów Braffa możemy podziwiać w polskich kinach.

Historia spisana przez Zacha i jego brata Adama na kartach scenariusza jest rzeczą o rodzinie Bloomów. Jej głowa – Aidan (Zach Braff) – jest niespełnionym aktorem, grającym w reklamach szamponów i szwędającym się po bezowocnych przesłuchaniach. Jego żona Sarah (Kate Hudson) utrzymuje rodzinę, pracując w biurze, a dwójka dzieci – Grace (Joey King) i Tucker (Pierce Gagnon) uczy się w szkole dla Żydów, którą finansuje umierający na raka ojciec Aidana (Mandy Patinkin) – w przeciwieństwie do młodego małżeństwa, ortodoksyjny Żyd. Gdy jednak dziadek odcina dopływ gotówki, bezrobotny Aidan zabiera się za edukację dzieci. Kto będzie uczył się od kogo?

Zach Braff, jak przystało na autora, w swoim nowym filmie po raz kolejny mierzy się z własnymi demonami, które po Garden State wracają – pod inną postacią, choć ich imiona brzmią znajomo. Wish I Was Here opowiada bowiem, tak jak debiut Braffa, o rytuałach inicjacji – w dojrzałość, w dorosłość, a nawet w nieistnienie, o radzeniu sobie z widmem nieuchronnej śmierci. By jednak przekroczyć granicę, dojrzeć i znaleźć się na kolejnym etapie, trzeba uporać się ze swoją przeszłością, a także znaleźć w sobie siłę czasem do działania, a czasem do rezygnacji z marzeń. Wszystko sprowadza się do nabywanej mądrości życiowej, pozwalającej nam rozróżniać i podejmować decyzje. Gdzie w tym wszystkim miejsce na religię, która wlecze się za postępem, zawsze nieadekwatna do czasów i jakby oderwana od rzeczywistości?

WISH I WAS HERE

Między innymi ten właśnie religijny, a dokładnie „żydowski” aspekt fabuły zwraca uwagę na silną autorskość projektu Braffa. Reżyser bowiem, jak sam przyznaje – „niezbyt religijny gość” – odebrał konserwatywne wychowanie w żydowskiej rodzinie (ojciec był Żydem, matka protestantką, która przed ślubem zmieniła wyznanie na judaizm). Religia, a może raczej skrajny jej wariant, w komediodramacie Braffa potraktowana jest z przymrużeniem oka i dostaje się jej na każdym kroku (choć to takie sympatyczne kuksańce). Postać Aidana stanowi alter ego autora filmu – zrepresjonowanego przez religię marzyciela, który w dorosłym życiu odnalazł swoją wolność. Stąd liberalne wychowanie dzieci Aidana (wypchany forsą słoik za przekleństwa) i swobodna atmosfera, panująca w rodzinie Bloomów, która uderza już w pierwszych scenach. Artystyczne niespełnienie głównego bohatera to najpewniej kolejny dowód na to, że Zach Braff w Wish I Was Here opowiada o sobie i swoich marzeniach. Dowodem na to, że jego najnowszy film jest rodzajem autoterapii.

Umiejętne balansowanie między tragizmem, a humorem i groteskowa fantazja połączona z całkiem prozaiczną fabułą stanowią główne zalety stylistyczne filmu, które kojarzyć się mogą z twórczością braci Coen (zwłaszcza z podobnym w tonacji i temacie Poważnym człowiekiem – coenowską wariacją gatunku suburban drama). A jeśli przy potencjalnych inspiracjach Braffa jesteśmy, to niewątpliwy jest również dług zaciągnięty u Woody’ego Allena, na którego planie młody Braff zdobywał niegdyś doświadczenie (chodzi o epizod w Tajemnicy morderstwa na Manhattanie z 1993 roku).

gdybym_tylko_tu_byl

Obsada filmu, dobrana osobiście przez reżysera ze względu na wyłączenie z projektu wielkich producentów, sprawuje się znakomicie, a rodzinna atmosfera i serdeczne stosunki, prywatnie łączące jej członków, są w filmie wręcz namacalne. Świetnym przykładem jest epizodyczny występ Donalda Faisona, serdecznego przyjaciela Zacha Braffa, zarówno prywatnie, jak w serialu Scrubs, gdzie wcielił się w rolę dr. Turka. O kunszcie komediowo-dramatycznym samego Braffa nawet nie trzeba wspominać – wystarczy sięgnąć po Garden State czy Przyjaciół w reżyserii Tony’ego Goldwyna, by przekonać się o jego umiejętnościach, które w Wish I Was Here z pewnością nie zawodzą. Zapada również w pamięć rola Josha Gada, czyli Noah Blooma – grubego nerda, mieszkającego w przyczepie, brata Aidana. Oprócz kreacji Kate Hudson i Mandy Patinkina, należy wymienić również młodych i zdolnych, czyli Joey King, znaną z serialu Fargo, gdzie wystąpiła u boku Colina Hanksa.

Mocną stroną jest również doskonale dobrana ścieżka dźwiękowa, idealnie współgrająca z dramaturgią, składająca się z takich utworów jak Broke Window Gary’ego Julesa, czy właśnie Wish I Was Here. Soundtrack, po raz kolejny po Garden State, a często również Scrubsach, potwierdza, że twórca Gdybym tylko tu był ma świetne ucho do muzyki w filmie.

102044_s1

Nadmienić trzeba jednak, że obraz momentami wydaje się przesłodzony, że twórcy nie wyczuli granicy dobrego smaku, czy to w zbytnim moralizatorstwie, czy przesadnej pompie. To takie wrażenie, które zostaje po dobrym seansie, które jednak nie psuje całości i jest, w przypadku Wish I Was Here, prawie niewidoczne i w jakiś sposób zawiera się w romantycznym charakterze pisma Zacha Braffa. Jednym to przeszkodzi, inni zignorują, jeszcze inni nie zauważą.

Sam reżyser powiedział o filmie, że jest niejako kontynuacją Powrotu do Garden State. Nie fabularną, ale raczej ideową. Film o prawie czterdziestolatku, który Braff nakręcił jako prawie czterdziestolatek, w jakimś sensie aktualizuje i stanowi przedłużenie historii dwudziestoparoletniego Andrew z Powrotu do Garden State (który Braff nakręcił jako dwudziestoparolatek). Wszystko to sprawia, że Braff pokazuje się jako twórca przede wszystkim autentyczny. Jego filmy są jak zwierciadła, które przechadzają się, może nie po bulwarze, ale na pewno po jego podwórku. Prześwietlają jego duszę na danym etapie życia, nie tając niczego. Ta właśnie prawda jest jego wielką siłą, której próżno szukać w większości hollywoodzkich filmów, finansowanych przez wszechwładne, grube ryby. Ta właśnie siła jest gwarantem, że jeszcze o Braffie usłyszymy. Że będziemy go oklaskiwać, pamiętać i śledzić jego poczynania.

Miłosz Drewniak

Miłosz Drewniak

Rocznik ’91, czyli wychował się na filmach z Indianą Jonesem i chyba dlatego nie lubi w kinie smętnego bergmanowania. Skończył polonistykę we Wrocławiu, broniąc pracy na temat słowa w filmach Quentina Tarantino. Na stałe związany jest z film.org.pl, ale publikował też na łamach portalu Noir Café i rocznika naukowego „Studia Filmoznawcze”. Top (bez szczególnego porządku): "Zezowate szczęście", "Popiół i diament", "Słodkie życie", "Osiem i pół", "Do utraty tchu", "Fargo", "Big Lebowski", "Pulp Fiction", "Złap mnie, jeśli potrafisz", "Dogville".
Miłosz Drewniak






  • Chyba najbardziej wyczekiwana przeze mnie premiera tego roku. Do Garden State powracam regularnie co jakiś czas i za każdym razem dostaję pozytywnego kopa. Liczę, że „Gdybym tylko tu był” również będzie tak na mnie działał.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Zanim zasnę

Następny tekst

Demony wojny, czyli II Wojna Światowa w kinie - cykl artykułów KMF



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE