nowości kinowe

FURIA

Znany obraz wojny

Autor: Maciej Niedźwiedzki
opublikowano

bDavid Ayer zapragnął nakręcić film wojenny. Potrzebował czołgu, Brada Pitta i prawie 70 milionów dolarów budżetu. To wystarczy, by przyciągnąć do kin widzów. To wystarczy, by inwestycja się zwróciła. Niestety, Furii bardzo wygodnie siedzi się w gatunkowych koleinach wyżłobionych przez starsze produkcje – reżyser Bogów ulicy sprawdził jedynie ich drożność. Ayer nie chciał z mocować się z konwencją, zaproponować cokolwiek nowego, uciec z rozpoznanego pola bitwy, spojrzeć w innym kierunku, wywrócić estetyczne ramy do góry nogami (tak jak nie bał się tego zrobić Komasa w Mieście 44). Wojenne kino post-spielbergowskie, post-stone’owskie niewątpliwie trzyma się bardzo dobrze, a Furia jest tego idealnym przykładem. Jednak oczekiwałem nieco więcej od warsztatowego popisu operowaniem filmowego języka. W filmie Ayera nie ma mięsa, Furia to sam szkielet, kino atrakcji, które nie prowokuje do dyskusji. Po seansie pozostajemy z uczuciem pustki – jednak nie spowodowanej przez wyczerpujący nasze emocje film,  ale raczej przez obojętność, z jaką wychodzimy z sali.

Niestety trudno rozpocząć dyskusję o Furii nie powołując się na inne dzieła. Nie chcę jednak oskarżać Ayera o wtórność czy fabularne kalki, bo kino wojenne – jak każdy inny gatunek – jest mocno skonwencjonalizowane i w jego obrębie trudno, pod względem fabularnym, zaproponować coś nowego. W takiej sytuacji reżyser powinien skupić się na postaciach: drążyć ich psychologiczne portrety, zawiązywać między nimi konflikty, czynić ich nieoczywistymi. David Ayer i o tym zapomniał (może powinien poprosić kogoś o pomoc, pracując nad scenariuszem?). Obracamy się wśród charakterów już nam doskonale znanych: surowy, ale posiadający silny moralny kręgosłup dowódca – sierżant Collier (Brad Pitt), Norman Ellison (Logan Lerman) to uczeń-młokos przestraszony wojną, który przypadkowo trafił na front, ale w trakcie filmu przechodzący inicjację pod okiem bardziej doświadczonych kolegów, Boyd Swan (Shia LaBeouf) to z kolei żołnierz ciągle recytujący Biblię, mamy też oblecha-mechanika Grady’ego Travisa (Jon Bernthal). Standard. Nie dzieje się między nimi nic, czego nie przewidzielibyśmy po wstępnej ekspozycji. To jedynie pobieżnie potraktowane charaktery, nieszczególne jednostki, ciała wypełniające czołg.

b

Może na pierwszym planie miała być wojna jako wydarzenie? Flaki i błoto, dym z lufy, krzyk i krew oraz obłocone twarze szeregowców o martwym spojrzeniu. Na tym poziomie nie potrafię czegokolwiek Furii zarzucić. Świat, który przemierzamy, jest odpowiednio brudny i zniszczony. Scenografia waży tyle, ile powinna, w powietrzu unosi się zapach stęchlizny, a w klaustrofobicznym wnętrzu czołgu chwytamy ustami powietrze, to wrażenie wzmaga solidnie zrealizowana oprawa dźwiękowa i więcej niż dobre zdjęcia. David Ayer, oczywiście z pomocą technicznego zaplecza, pieczołowicie odtworzył wojenny krajobraz: tchnął w niego życie, tchnął w niego śmierć. Furia jest filmem brutalnym – spust naciskają wszyscy, jedna i druga strona mści się na bezbronnych jeńcach, etyczny kodeks przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Już nawet nie chodzi o sztukę przetrwania, ale o czystą zemstę. Będziemy oglądać żołnierzy, którzy pod pretekstem rozkazów będą wykonywać egzekucje. To już nie ratowanie Europy, ale zabawa w zbrodnię. Bo w kwietniu 1945 roku wojną wyczerpani są już wszyscy.

Mam wątpliwości, czy teraz opisuję to, co w tym filmie w pewnej ilości jest, czy wyliczam to, czego mi nim zabrakło – bo mogło to być dzieło znacznie lepsze. Furia pozostawia widza z uczuciem niedosytu, niewykorzystanej okazji, by przekroczyć niektóre granice. Furia nie jest takim obrazem, jakim chciałbym, żeby była. Film Ayera ma niestety fragmentaryczny scenariusz pozbawiony ideologicznej konsekwencji. Przerażające sceny mieszają się z peanem na cześć amerykańskiego wojska i typowym dla jankeskiego kina efekciarstwem. Furia nie jest spójnym fabularnie filmem. Reżyser przenosi nas od jednej misji do drugiej – całość, w mało przekonujący sposób, łączy zbyt szybka ewolucja młodego Normana, który z płaczliwego chłopca staje się prawie maszyną do zabijania.

Furia stara przekonać do siebie widza głównie dzięki stronie wizualnej i udanej inscenizacji zbrojnych konfrontacji. Bohaterowie żadnym słowem czy gestem nas nie zaskoczą – a to oni przecież powinni wzbudzać nasze zainteresowanie. Pozostajemy więc na poziomie zadowolenia z realizacyjnego wykonania, a ludzie to tylko narzędzia w rękach reżysera, którzy dokonują przed nami destrukcji krajobrazu.

b

W Furii zabrakło zapowiadanego przez tytuł szaleństwa, faktycznego gniewu. Bo przecież chodzi o coś więcej niż o nazwę czołgu. Po wyjściu z kina w naszej pamięci pozostanie głównie jedna dłuższa scena, gdy razem z Bradem Pittem zjemy w ciszy skromny obiad w towarzystwie dwóch przestraszonych Niemek. Zobaczymy poparzenia na plecach sierżanta Colliera, spojrzymy w jego oczy – wtedy ta postać, przez moment, będzie dla nas nieco bliższa, bardziej ludzka. O dziwo, wtedy Furia ma do zaoferowania najwięcej, osiąga najwyższe napięcie.

Wszystko inne to schematy i poprawnie poprowadzona historia bez specjalnych ambicji. Kolejne sprzedanie obrazu wojny, jaki już znamy. Przypomnienie repertuaru zagrań wykorzystanych już w innych produkcjach. Szkoda, że David Ayer nie spróbował pójść w kierunku, gdzie nikt wcześniej jeszcze nie był. II Wojna Światowa na pewno filmowcom nigdy się nie znudzi. Ciekawe, kiedy doczekamy się w kinie amerykańskim jej reinterpretacji, pod względem formalnym, jak i merytorycznym, na miarę XXI wieku?

Ostatnio dodane