nowości kinowe

FULLMETAL ALCHEMIST. Transmutacja kultowej mangi w jej marną imitację

Niestety nic się nie zmieniło, udana adaptacja mangi wciąż jest równie mitycznym wytworem, co kamień filozoficzny i nie będzie lepiej, dopóki reżyserzy będą trząść się przed wyrokami fanów.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Poprawiając humor DC Comics...

Chyba nie ma już nikogo, kto do aktorskich wersji mang podchodziłby z entuzjazmem. Rozczarowania prześcigają zażenowanie przemianą Doomsdaya w Żółwia Ninja albo walką X-Menów z Ivanem Oozem, a Fullmetal Alchemist nie jest wyjątkiem.

W zasadzie obraz Fumihiko Sori nie powstawał przy ścisłej współpracy z Netflixem, a jest przez niego po prostu dystrybuowany. W Japonii można było go zobaczyć już pod koniec ubiegłego roku, co dla wielu będzie dobrym prognostykiem, bo po pierwsze mamy do czynienia z japońską obsadą, a po drugie Netflix całkiem niedawno zawiódł miłośników anime własną interpretacją Death Note. Dla mnie nie są to jednak dostatecznie mocne argumenty, Japończycy wielokrotnie dewastowali własne produkcje (chociażby druga część aktorskiego Ataku Tytanów), a jedynym grzechem amerykańskiego Death Note jest to, że daleko odbiegał od pierwowzoru, co radykalnym fanom nie mogło się spodobać. Do nowego Fullmetal Alchemist podszedłem więc z dystansem.

Przebieg zdarzeń został nieznacznie zmodyfikowany i drastycznie skrócony, by pomieścić kilkanaście odcinków w stu trzydziestu pięciu minutach. Tempo nie jest jednak z tego powodu zawrotne, a wręcz przeciwnie, momentami film potwornie się dłuży, głównie z powodu dialogów, przepełnionych niczego niewnoszącym do fabuły „small talkiem”. Największy problem, z którym poza Marvelem mało kto jest w stanie sobie poradzić, to odnalezienie równowagi pomiędzy zadowoleniem już istniejącej bazy fanów a zaciekawieniem nowych odbiorców. Jeżeli przyjrzymy się Strażnikom Galaktyki albo Wojnie bohaterów, szybko okaże się, że podejmują zaledwie kilka wątków z materiałów źródłowych i przemieniają je w nowy, przystosowany do sztuki filmowej świat. To się sprawdza, bo podobnie jak życie na Marsie nie mogłoby przypominać ziemskiego, tak i film nie może być „ruchomą mangą”.

Dostajemy tutaj głębię pozorną, bliską Alchemikowi, ale napisanemu przez Paulo Coelho.

Sori ponosi w tym zakresie porażkę na całej linii. Bracia Elric wyglądają jak uczestnicy cosplayu; aktorstwo (zwłaszcza Tsubasa Honda jako Winry Rockbell) odstrasza przerysowaniem, które na kartach komiksu bawiło, ale tutaj uniemożliwia stworzenie iluzji prawdopodobieństwa rozgrywanych wydarzeń; a komputerowe efekty specjalne stoją na zaledwie odrobinę wyższym poziomie niż w Sharknado. Stosowne będzie więc sięgnięcie po określenie „przeskoczenie rekina”, które oznacza moment, gdy fabuła zatraca się w absurdzie. Dla mnie było nim ukazanie przypominającej pluszaka, gadającej chimery. Ograbiono tę scenę z pierwotnego mroku, wyrugowano z niej napięcie i dramatyzm, a został jedynie smutny, disneyowski zwierzaczek. Dostajemy tutaj głębię pozorną, bliską Alchemikowi, ale napisanemu przez Paulo Coelho.

Im dalej, tym podążanie za historią jest coraz trudniejsze, coraz mniej angażujące. Realia, w których alchemia stanowi wiodącą naukę, mają urok, który ginie jednak pośród ogólnikowo potraktowanych wątków. Tworzenie homunkulusów (człekopodobnych istot) sprowadzono do banału o buncie tworu przeciwko stwórcy, co widzieliśmy już dziesiątki razy, chociażby w Ja, Robot, Ex Machinie, A.I. Sztucznej inteligencji, a nawet w Akademii Pana Kleksa, jeżeli uznamy, że dopiero ekstrawagancki piegożerca tchnął życie w pustą lalkę skonstruowaną przez golarza Filipa. Po pierwszej godzinie zaczyna się walka o przetrwanie, a jedynym argumentem, by nie przerywać seansu, jest czas, jaki już się zmarnowało i nadzieja, że przynajmniej zakończenie będzie satysfakcjonujące. Oczywiście nie jest. Parafrazując popularne hasło polskich przedsiębiorców, mamy do czynienia z nieoryginalną alchemią z Japonii.

Filmowe wersje mang wciąż przypominają czasy, kiedy Hulka odgrywał pomalowany na zielono Lou Ferrigno, a Batman walczył z przytwierdzonym do nogi gumowym rekinem. Trzeba tu zdecydowanej reformacji, świeżej wizji, ale też otwartości fanów, którzy będą w stanie zaakceptować inne wersje swoich ukochanych postaci, bo chyba wszyscy zgodzimy się, że Vulture w wykonaniu Michaela Keatona albo Killmonger Michaela B. Jordana wypadli bez porównania bardziej przekonująco niż ich pierwowzory. Dopóki film będzie na uwięzi mangi/anime, dopóty będziemy dostawać tak miałkie, odtwórcze obrazy, jak Fullmetal Alchemist.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane