Frances Ha - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Frances Ha

Portret 27-letniej niepoprawnej optymistki. Czarno-biała perełka.




Frances się śmieje




Krzysztof Walecki
23.07.2013


 

Frances kocha życie. Ludzi zresztą też. Może z wyjątkiem Lisy, którą nazywa „cipą”, ale najwyraźniej ma ku temu powody. Najlepszą przyjaciółką głównej bohaterki jest Sophie, z którą wynajmuje mieszkanie na Brooklynie. Obie mówią wspólnym językiem, znają się na wylot i choć mają facetów, lubią o sobie myśleć, jak o parze lesbijek, które przestały uprawiać ze sobą seks. Frances tańczy, ale nie jest na tyle dobra, aby dostać się do zespołu, a o tworzeniu choreografii i układów (co potrafi) nie myśli w ogóle. Pieniądze jej się nie trzymają, związki szybko kończą, choć zarówno jednym, jak i drugim nie przejmuje się za bardzo. Żyje sobie z dnia na dzień, beztrosko patrząc w przyszłość, z pewnością, że jej przyjaciółka Sophie nigdy jej nie opuści. Aż do chwili, gdy ta oznajmia, że się wyprowadza.

Nowy film Noah Baumbacha wyróżnia się na tle jego poprzednich dokonań nie tylko faktem, że w całości został nakręcony w czerni i bieli. O ile tamte obrazy były tragikomediami, których tonacja często ciążyła w stronę dramatu, o tyle „Frances Ha” ma lekkość i pogodę niepodobne do „Margot jedzie na ślub” czy „Greenberga”. Zamiast śmiesznej psychodramy otrzymujemy przyjemny w odbiorze portret 27-letniej niepoprawnej optymistki, która być może nie ma pomysłu na siebie, ale wcale jej to nie przeszkadza. Jednak, jak to u Baumbacha, najciekawsze nie są momenty pełne humoru i beztroski, lecz obserwacja świata, w którym Frances przyszło żyć. Jak to jest starać się przekonać wszystkich, że jest OK., gdy tak naprawdę nic ci nie wychodzi? Optymizm głównej bohaterki jest szczery i ujmujący, lecz co rusz spotykają ją momenty pełne rozczarowań i zawodu, a w filmie Baumbacha jest ich zaskakująco dużo. Wystarczy wymienić dwudniową wycieczkę Frances do Paryża, podczas której pierwszy dzień przesypia, a drugiego bezskutecznie próbuje dodzwonić się do mieszkających tam przyjaciół, aby się z nimi spotkać. Ci oddzwaniają, tuż po powrocie dziewczyny do Nowego Jorku.

Film ma luźną konstrukcję i podobnie jak główna bohaterka, ciężko powiedzieć dokąd zmierza. Celem Frances jest zachowanie status quo w życiu, lecz w momencie przeprowadzki Sophie wszystko się zmienia. Najpierw musi sobie znaleźć nowe lokum – poznaje dwóch nieco zadufanych w sobie facetów (trochę młodszych od niej), mających bogatych tatusiów, z którymi nieźle się dogaduje, ale po jakimś czasie uświadamia sobie, że nie stać jej na tak drogie mieszkanie. Równocześnie jej plany dotyczące zostania tancerką odchodzą w zapomnienie, i jakby tego było mało, kolejne spotkania z Sophie coraz bardziej je od siebie oddalają. A jednak to wszystko tylko na krótką chwilę potrafi przytłoczyć Frances, której coraz to nowe próby uporządkowania swojego życia, choć miejscami wydają się mocno chybione (w pewnym momencie podejmuje decyzję, aby wrócić na uczelnię, choć w całkiem innym charakterze niż można się spodziewać), nie odbierają pozytywnego spojrzenia na świat.

A jaka jest Frances w oczach innych? Baumbach opowiada całą historię z jej perspektywy, lecz zdarza mu się uchwycić konsternację w oczach rozmówców, gdy np. tytułowa bohaterka tłumaczy, że nic nie robi. Innym razem ktoś mówi o niej, że ma „starą twarz”, ale zachowuje się niezbyt dojrzale. W wieku 27 lat powszechnie wymagane jest, aby wiedzieć kim się jest i jak będzie wyglądało twoje życie, tymczasem Frances jest niespecjalnie zainteresowana swoją przyszłością. Ba, nie jest zainteresowana sobą! Żyje w świecie, gdzie może liczyć na swoją najlepszą przyjaciółkę, a marzenia o zawodowym tańcu przesłaniają jej rzeczywisty stan rzeczy. W momencie, gdy to wszystko znika bohaterka Baumbacha może w końcu skupić się na sobie i coś zmienić, choć nie od razu to sobie uświadamia.

W tytułową postać wciela się Greta Gerwig i jako Frances jest fenomenalna. Nie stara się przypodobać widzowi, nigdy nie jest na tyle radosna, abyśmy nie mogli uwierzyć w jej optymizm, ani na tyle smutna, abyśmy mieli jej współczuć. Styl i reżyseria Baumbacha nadają całości kształt i posmak francuskiej Nowej Fali, ale to Gerwig decyduje o jakości całego przedsięwzięcia. Dźwiga na barkach cały film, jednak w dwóch scenach mówi nam o swojej bohaterce wszystko, co najważniejsze. W pierwszej Frances biegnie ulicą, wręcz tańczy, a w tle słychać „Modern Love” Davida Bowie; nakręcona na jednym ujęciu żadna inna scena nie jest wyrazem (w tak żywiołowy sposób) afirmacji życia. Druga scena rozgrywa się tuż po kolacji wśród nowo poznanych ludzi, którym główna bohaterka tłumaczy, czym dla niej jest miłość i w którym momencie poczuje ją najpełniej. Gerwig wydaje się wtedy kompletnie bezbronna, ale podobnież reszta gości i widzowie, których reakcją na wyznanie Frances może być tylko natychmiastowe pokochanie jej.

Po komedii Baumbacha nie należy spodziewać się gromkiego śmiechu, bowiem żartów jest tu nie dużo, a gdy już są to reakcją na nie niekoniecznie musi być głośny rechot. „Frances Ha” dostarcza przyjemności z obcowania z tytułową bohaterką, której niezachwiany optymizm oddziałuje również na widza. Uroku dodaje użycie czarnobiałej taśmy, stwarzającej wrażenie filmu, jakby nie z tej epoki, ale dobrze pasującej do całej opowieści. A skąd to „Ha” w tytule? Ot, cała Frances – nawet w nazwisku dostrzega odcisk swojej radosnej natury.

Krzysztof Walecki

Krzysztof Walecki

Lubi horrory.
Krzysztof Walecki

Krzysztof Walecki - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)












Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Fota #45 - Christopher Reeve i Margot Kidder

Następny tekst

Europa Report



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE