FOXCATCHER - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Foxcatcher

Reżyserski i aktorski popis.




Kamera jak skalpel




Maciej Niedźwiedzki
09.01.2015


bJohn du Pont (Steve Carell) kolekcjonuje trofea. Sam ich nie zdobywa, on je kupuje. W ten sposób stara się wypełnić swoje puste i pozbawiane atrakcji życie. Siedząc samotnie w przestronnym salonie spogląda na gabloty wypchane medalami, pucharami i złotem. Du Ponta stać na kolejne sukcesy: jest multimilionerem oraz filantropem – tym drugim jest raczej z obowiązku, nie ma w tym szczerej intencji. Marzy o tym, by w czyichś oczach być również mentorem, opiekunem i ojcem. Gdyby tylko się dało zdobyć taką pozycję wypisując czek, zrobiłby to bez względu na liczbę zer w ewentualnej kwocie. John du Pont jest przede wszystkim hipokrytą oraz oszustem. Za posiadanie przyjaciela, za szczery uśmiech od drugiej osoby, oddałby prawdopodobnie całą swoją posiadłość. Wie, że łatwo go nienawidzić. Od środka zżerają go kompleksy i zazdrość, bo chyba wszystkim innym jakoś się udało. To postać zła oraz fałszywa, ale również fascynująca. 

Po wstrząsającym i okrutnie dobrym Capotem Bennett Miller opowiada o kolejnej kontrowersyjnej postaci z amerykańskiej historii. Wnika w jej osobowść, tworzy wyczerpujący portret psychologiczny, pełen półcieni oraz niedopowiedzeń. John du Pont to postać przerażająco prawdziwa, wielowymiarowa i żywa. W kreacji Carellowi nie przeszkadza nawet wyraźna charakteryzacja. Reżyser znowu uderza w tony podobne do tych z filmu o autorze Z zimną krwią. I po raz kolejny odnosi sukces. Niemała liczba nominacji do Złotych Globów i nagroda za reżyserię na festiwalu w Cannes sprawiedliwie oddają jakość tego filmu.

b

Foxcatcher jest dramatem sportowym rozpisanym na trzy wiodące postaci, rozgrywającym się w drugiej połowie lat 80. John du Pont jest miłośnikiem zapasów, które amatorsko uprawia. Na terenie swojej posiadłości zbudował doskonale wyposażony ośrodek treningowy, do którego sprowadza Marka Schultza (Channing Tatum) – złotego medalistę z Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles w 1984 roku. Gwarantuje mu niezwykle atrakcyjne warunki finansowe i nowoczesne mieszkanie. To dla Schultza szansa na awans w hierarchii społecznej – w końcu będzie mógł uciec z ubogiego miasteczka w ponurej Pensylwanii, zerwać z dorywczymi pracami po godzinach treningów, będzie mógł wreszcie poczuć się jak zawodowiec, będzie w końcu samodzielny.

Bo do tej pory praktycznie wszystko zawdzięcza starszemu bratu – Dave’owi Schultzowi (Mark Ruffalo). To dzięki niemu Mark zdobył medal na Olimpiadzie, to Dave opiekował się nim i zastępował mu nieobecnych od drugiego roku życia rodziców. Jest też doskonałym trenerem i jako jedyny potrafi porozumieć się z Markiem, który jest osobą chwiejną emocjonalnie oraz zamkniętą w sobie. Dlatego właśnie du Pontowi szczególnie zależy na tym, by do swojego ośrodka sprowadzić Dave’a – to on jest konieczny do osiągnięcia sukcesu. Mark jest tak naprawdę jedynie przynętą. Du Puntowi oczywiście zależy, by dzięki nim zdobywać kolejne medale, ale przede wszystkim, by braci Schultzów sobie podporządkować. 

b

W jednej z końcowych scen Dave udziela wywiadu do właśnie realizowanego, apologicznego w tonie filmu dokumentalnego o Johnie du Pontcie (oczywiście przez niego finansowanego). Schultz jest wręcz zmuszany, by nazwał swojego pracodawcę „mentorem”. Ruffalo broniąc się przed tym, wznosi się wtedy na wyżyny swoich aktorskich umiejętności. Miller razem z aktorem wykorzystując minimum środków (mam na myśli inscenizację i stonowaną kreację Ruffalo), potrafią w wyrafinowany sposób wyrazić tak wiele. Ta krótka scena oddaje siłę tego scenariusza i jest doskonałym przykładem na reżyserską precyzję Bennetta Millera.

Między tą trójką tworzą się nieproste zależności, wszyscy traktują się z dystansem. Większość dialogów przebiega w spokoju, rzadko ktokolwiek z nich podnosi głos, bohaterowie tłumią w sobie emocje. Kluczowe zdania wypowiadane są ze stoickim spokojem, często szeptem. Bennett Miller mistrzowsko kieruje swoimi aktorami, sporadycznie pozwalając im na ekstrawagancję i ekspresję gestów. Dramat rozgrywa się w ich głowach, reżyser nie sprzedaje swoich postaci w scenach głośnych kłótni, w trakcie których strony konfliktu za pomocą krzyku mogą wywalczyć swoje pozycje. W Foxcatcher nie spotkamy tego rodzaju aktorskich szarży. Miller postawił na minimalizm. To kino wyważone, stonowane i, na pierwszy rzut oka, emocjonalnie chłodne. 

b

Trudno wybrać najlepszą aktorską kreację w Foxcatcher, bo każda jest warta nagród. Na największe uznanie zasługuje jednak Bennett Miller – reżyser wybitny, o raczej przezroczystym stylu, który formalną stronę filmu całkowicie podporządkowuje osobowościom postaci. To wnikliwy obserwator i precyzyjny chirurg, który kamery używa jak skalpela. Pomału odziera swoich bohaterów z naskórkowych kompleksów, warstw patologii i obłudy, by w końcu ściągnąć im maski. To robota warta Oscara.

Maciej Niedźwiedzki

Maciej Niedźwiedzki

W KMF od 2013 roku. Uwielbiam filmy Martina Scorsese i animacje Pixara. Interesują mnie europejskie filmy festiwalowe, animacje z całego świata i oczywiście wysokobudżetowe filmy amerykańskie (wyłączając produkcje Marvela, których nie lubię i nie rozumiem). Trzy najlepsze filmy w historii kina to "Ojciec Chrzestny II", "Brokeback Mountain" i "Wściekły byk".
Maciej Niedźwiedzki

Maciej Niedźwiedzki - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • Ja się tylko zastanawiam po co robi się takie filmy „na faktach”. Po różnych komentarzach, głównie oczywiście Schultza i po samej historii widać, że historia jest wymyśloną wizją reżysera, a gdzieś tam na koniec upchane są z obowiązku fakty. A raczej ich zarys. Tutaj wypowiedź Schultza na temat filmu: http://www.mmamania.com/2015/1/5/7478651/mark-schultz-blast-foxcatcher-director-for-sickening-and-insulting-lies-film-mma Opisane napięcie, klimat, tłumione emocje i w końcu muzyka – film jest naprawdę intrygujący i od początku widać, że to porządny film, robi wrażenie. Ale gdy się tak przyjrzeć… Piszę ogólnie żeby oczywiście nie było spojlerów, ale tak jakby skupiono się na tym by film robił wrażenie, a zapomniano trochę o środku. Scenariusz jest naprawdę dziwny. Przez większość seansu oglądamy powolutku rozwijającą się relację, potem odwrót i w ostatnich 5 minutach reżyser przypomniał sobie o jednym wydarzeniu – pokazano (nie ma w wzmianki, że było to kilka lat później i w ogóle nie za wiele wiadomo). Minimalizm robi na swój sposób wrażenie, ale przesadzono nie mówiąc już o jakimkolwiek szacunku do tej historii (ale to niektórych widzów może zupełnie nie obchodzić – oglądają film i mają gdzieś i w zupełności to szanuję, chociaż w tym przypadku nie podzielam). Czy to jest dobrze opowiedziana historia? Nie. To w wielu aspektach dobrze zrobiony film, ale mam bardzo mieszane uczucia, czuję się nieco zawiedziona. A te minimalne dialogi i chłód – chociaż lubię takie klimaty to w pewnym momencie robią się nieco pretensjonalne. Na swój sposób intrygująca postać stworzona przez Carella tak jak reszta filmu jest aż nierealna, trochę wręcz nadęta i sztuczna. Tylko Ruffalo tworzy postać naprawdę z krwi i kości, chociaż Carell zrobił i tak kawał niezłej roboty.

  • Artur Gralla

    Dlatego ja zawsze bronie terminu fakty autentyczne.Bo niestety w dzisiejszych czsach czesto mamy doczynienie z faktami nieautentycznymi np w filmach.

    • autentycznie

      dla podtrzymania obrony dorzucam fakty historyczne i prasowe






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

ZŁOTE KRABY 2014 - część 1/4 - kategorie techniczne i inne

Następny tekst

ZŁOTE KRABY 2014 - część 2/4 - najlepsza reżyseria, scenariusz, kategorie aktorskie



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE