nowości kinowe

Foxcatcher

Reżyserski i aktorski popis.

Autor: Maciej Niedźwiedzki
opublikowano

Kamera jak skalpel

bJohn du Pont (Steve Carell) kolekcjonuje trofea. Sam ich nie zdobywa, on je kupuje. W ten sposób stara się wypełnić swoje puste i pozbawiane atrakcji życie. Siedząc samotnie w przestronnym salonie spogląda na gabloty wypchane medalami, pucharami i złotem. Du Ponta stać na kolejne sukcesy: jest multimilionerem oraz filantropem – tym drugim jest raczej z obowiązku, nie ma w tym szczerej intencji. Marzy o tym, by w czyichś oczach być również mentorem, opiekunem i ojcem. Gdyby tylko się dało zdobyć taką pozycję wypisując czek, zrobiłby to bez względu na liczbę zer w ewentualnej kwocie. John du Pont jest przede wszystkim hipokrytą oraz oszustem. Za posiadanie przyjaciela, za szczery uśmiech od drugiej osoby, oddałby prawdopodobnie całą swoją posiadłość. Wie, że łatwo go nienawidzić. Od środka zżerają go kompleksy i zazdrość, bo chyba wszystkim innym jakoś się udało. To postać zła oraz fałszywa, ale również fascynująca. 

Po wstrząsającym i okrutnie dobrym Capotem Bennett Miller opowiada o kolejnej kontrowersyjnej postaci z amerykańskiej historii. Wnika w jej osobowść, tworzy wyczerpujący portret psychologiczny, pełen półcieni oraz niedopowiedzeń. John du Pont to postać przerażająco prawdziwa, wielowymiarowa i żywa. W kreacji Carellowi nie przeszkadza nawet wyraźna charakteryzacja. Reżyser znowu uderza w tony podobne do tych z filmu o autorze Z zimną krwią. I po raz kolejny odnosi sukces. Niemała liczba nominacji do Złotych Globów i nagroda za reżyserię na festiwalu w Cannes sprawiedliwie oddają jakość tego filmu.

b

Foxcatcher jest dramatem sportowym rozpisanym na trzy wiodące postaci, rozgrywającym się w drugiej połowie lat 80. John du Pont jest miłośnikiem zapasów, które amatorsko uprawia. Na terenie swojej posiadłości zbudował doskonale wyposażony ośrodek treningowy, do którego sprowadza Marka Schultza (Channing Tatum) – złotego medalistę z Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles w 1984 roku. Gwarantuje mu niezwykle atrakcyjne warunki finansowe i nowoczesne mieszkanie. To dla Schultza szansa na awans w hierarchii społecznej – w końcu będzie mógł uciec z ubogiego miasteczka w ponurej Pensylwanii, zerwać z dorywczymi pracami po godzinach treningów, będzie mógł wreszcie poczuć się jak zawodowiec, będzie w końcu samodzielny.

Bo do tej pory praktycznie wszystko zawdzięcza starszemu bratu – Dave’owi Schultzowi (Mark Ruffalo). To dzięki niemu Mark zdobył medal na Olimpiadzie, to Dave opiekował się nim i zastępował mu nieobecnych od drugiego roku życia rodziców. Jest też doskonałym trenerem i jako jedyny potrafi porozumieć się z Markiem, który jest osobą chwiejną emocjonalnie oraz zamkniętą w sobie. Dlatego właśnie du Pontowi szczególnie zależy na tym, by do swojego ośrodka sprowadzić Dave’a – to on jest konieczny do osiągnięcia sukcesu. Mark jest tak naprawdę jedynie przynętą. Du Puntowi oczywiście zależy, by dzięki nim zdobywać kolejne medale, ale przede wszystkim, by braci Schultzów sobie podporządkować. 

b

W jednej z końcowych scen Dave udziela wywiadu do właśnie realizowanego, apologicznego w tonie filmu dokumentalnego o Johnie du Pontcie (oczywiście przez niego finansowanego). Schultz jest wręcz zmuszany, by nazwał swojego pracodawcę „mentorem”. Ruffalo broniąc się przed tym, wznosi się wtedy na wyżyny swoich aktorskich umiejętności. Miller razem z aktorem wykorzystując minimum środków (mam na myśli inscenizację i stonowaną kreację Ruffalo), potrafią w wyrafinowany sposób wyrazić tak wiele. Ta krótka scena oddaje siłę tego scenariusza i jest doskonałym przykładem na reżyserską precyzję Bennetta Millera.

Między tą trójką tworzą się nieproste zależności, wszyscy traktują się z dystansem. Większość dialogów przebiega w spokoju, rzadko ktokolwiek z nich podnosi głos, bohaterowie tłumią w sobie emocje. Kluczowe zdania wypowiadane są ze stoickim spokojem, często szeptem. Bennett Miller mistrzowsko kieruje swoimi aktorami, sporadycznie pozwalając im na ekstrawagancję i ekspresję gestów. Dramat rozgrywa się w ich głowach, reżyser nie sprzedaje swoich postaci w scenach głośnych kłótni, w trakcie których strony konfliktu za pomocą krzyku mogą wywalczyć swoje pozycje. W Foxcatcher nie spotkamy tego rodzaju aktorskich szarży. Miller postawił na minimalizm. To kino wyważone, stonowane i, na pierwszy rzut oka, emocjonalnie chłodne. 

b

Trudno wybrać najlepszą aktorską kreację w Foxcatcher, bo każda jest warta nagród. Na największe uznanie zasługuje jednak Bennett Miller – reżyser wybitny, o raczej przezroczystym stylu, który formalną stronę filmu całkowicie podporządkowuje osobowościom postaci. To wnikliwy obserwator i precyzyjny chirurg, który kamery używa jak skalpela. Pomału odziera swoich bohaterów z naskórkowych kompleksów, warstw patologii i obłudy, by w końcu ściągnąć im maski. To robota warta Oscara.

Ostatnio dodane