ENEMY - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Enemy

Intelektualne pretensje scenariusza rozmijają się z reżyserską sprawnością, a ze wszystkich nadziei i namiętności - towarzyszących początkowi seansu - zostaje udająca głębię puenta.




A chciałem się zakochać...




Mateusz Górniak
15.05.2014


EnemyTiffHeadteaserposterFirst5901Denis Villeneuve to nazwisko znaczące i przykuwające uwagę przynajmniej od czasów „Pogorzeliska”. Rok temu w oklaskiwanym przez międzynarodową publiczność „Labiryncie” objawił się jako reżyser potrafiący perfekcyjnie budować klimat thrillera i igrać z grozą w spokojnych amerykańskich osiedlach dla nowobogackich, teraz pokazuje światu „Enemy” – film niebywale osobliwy, klimatem kuszący zmysły, a wymową drażniący umysł. 

Już pierwsze ujęcia wprowadzają nas w smacznie surrealne zawieszenie pomiędzy metafizyczną gonitwą za własnym ja a życiowym porządkiem dnia świra, który przeżywa główny bohater. W „Enemy” nie tylko klimat, ale także cała fabuła zbudowana jest na mrocznych instynktach i czających się w zakamarkach człowieka nieporozumieniach. Każda kolejna scena odmawia racji bytu logice i pozostawia pole do popisu reżyserskim impresjom o duszy zamieszkującego apartamenty anonimowego miasta mężczyzny z brodą (warta uwagi kreacja Jake’a Gyllenhaala).

enemy-villeneuve-gyllenhaal-nuove-foto-02

O ile w „Labiryncie” od samego początku można było odczuć utrzymaną w sprawności horroru grozę, tak teraz reżyser pozostawia nas zmieszanych: nikt nie jest w stanie z pewnością określić, czy z tego delikatnie groteskowego świata nie wystrzeli zaraz surrealistyczna tragikomedia czy może główny bohater będzie musiał szukać czegoś równie trudnego i doniosłego, jak bliźniaki w „Pogorzelisku”. Chaos, do którego odwołuje motto na początku filmu zdaje się być jedną z największych zalet obrazu – Villeneuve ma bowiem całkowitą jego świadomość; lekką ręką wygina i deformuje rzeczywistość swojego dzieła, rzuca tropy, a potem z całym impetem zawraca w innym kierunku.

Fabuła zasadza się na historii nauczyciela akademickiego, którego życie zostaje odmienione przez seans filmu. Dotychczasowe, nudne prowadzenie się Adama balansowało pomiędzy rozrysowanym na tablicy schematem porządku i chaosu, objaśnianiem heglowskich prawideł dziejowych i spektakularnym nieradzeniem sobie z dziewczyną. Wszystko przewraca się do góry nogami, kiedy w jednej z filmowych ról rozpoznaje samego siebie. Rozpoczynają się poszukiwania, a psychiczne niepokoje biorą górę w kosmosie obrazu Villeneuve, gdzie pomiędzy scenami namiętnego seksu, nużącego siedzenia na ławce a wstawkami z modnej ostatnio narracji schizofrenicznej reżyser przewrotnie stawia znak równości. To kino rozpoczęło poszukiwania i rozbudziło Adama, ale dalsze tropy nie poprowadziły bohatera w baśniową rzeczywistość X Muzy, a zostały porozrzucane w wyłożonym już nam podczas pierwszych minut świecie. Zdążył nam on już zawrócić w głowie i obiecać niezliczone, lynchowskie warstwy, których reżyser nie zdołał jednak zgłębić – fabuła „Enemy” już do samego końca płynęła będzie po lepkiej i coraz to bardziej nużącej powierzchni.

enemy

Poszukiwania są w „Enemy” nie tak zawiłe i nie tak długie, jak w „Labiryncie” czy „Pogorzelisku”. Mężczyźni odnajdują się szybko i odkrywają, że pomimo identycznych ciał, różnią się pod wieloma względami. Początkowa groza i przyjemność z zapowiadanej gonitwy za własnym ja ustępuje miejsca rozważaniom, czy aby nie mamy tutaj sytuacji identycznej do „Fight Clubu”, czy ci dwaj grani przez jednego aktora nie są jednym, rozszytym rozdwojeniem jaźni organizmem. Spotykają się, rozmawiają, zamieniają się nawet na kobiety, ale równie szybko jak się odnaleźli, okazuje się, że pomiędzy nimi nie ma żadnej chemii, tak jak nie ma jej pomiędzy scenariuszem a reżyserią. Wśród wszystkich wątpliwości wokół i w „Enemy”, jest to fakt najbardziej przykry i dojmujący, bo gdyby scenariusz podołał zdolnościom Villeneuve do nasycania widzów niepokojącym klimatem i niespodziewanymi szarżami w poetyce solidnego thrillera albo kina akcji, układanie interpretacyjnych klocków byłoby o wiele ciekawsze. Przecież łatwiej przyjąć jest banał od wartkiej, kinofilskiej gawędy niż wysłuchiwać nieporadnego eseju o pożądaniu, w który „Enemy” przeradza się pod sam koniec.

20 pierwszych minut sprawia, że „Enemy” jest dla mnie filmem bolesnym. Najpierw widz zostaje rozkołysany odrealnionym, gęstym klimatem, dostaje zapowiedź psychodelicznej szarży po namiętnościach X Muzy, a z tyłu głowy przechowuje myśl, że Villeneuve potrafi wprowadzić swoją opowieść w obroty błyskotliwego thrillera. Wszystko to na nic, bo pod koniec okazuje się, że intelektualne pretensje scenariusza rozmijają się z reżyserską sprawnością, wymykająca się jednoznaczności aura filmu zamienia się w zblazowanie dzieła chcącego emanować metafizycznym niepokojem, a ze wszystkich nadziei towarzyszących początkowi seansu zostaje udająca głębię puenta. Szkoda, bo tak bardzo chciałem się zakochać…







  • Dżon Łejn

    Recenzja przeintelektualizowana (czytaj: potwornie bełkotliwa), a w dodatku próbująca czytelnikowi rozwikłać sens i wymowę filmu. Tego się w recenzjach nie robi.

    • panegir

      Nie masz racji. Na tym właśnie polegała siła starych dobrych recenzentów „filmu” (lata ’90) którzy nie wyrażali jedynie własnej opinii o filmie a poddawali go w pewnym stopniu analizie. A później nadeszły kobiety a wraz z nimi recenzje takie do jakich przyzwyczaił się widocznie Autor powyższego posta. „Lubię” „Nie lubię” „dobre” „kiepskie” i szlus. Podsumowując – bardzo dobra recenzja.

      • Dżon Łejn

        Nieprawda. To recenzja a nie analiza i należy to odróżniać. A dobry recenzent wie gdzie leży granica pomiędzy wyrażaniem własnej opinii i odczuć, a interpretacją, która odbiera czytelnikowi przyjemność z samodzielnego odkrywania i rozumienia filmu.

        • panegir

          No tak. Najgorsze to odebrać komuś przyjemność. Bu! zła recenzja!

          • Dżon Łejn

            To zwyczajnie nietaktowne. Zwłaszcza, że recenzent ma jeszcze gile pod
            nosem. Powinien wyrażać skromną opinię, a nie „pokazywać i objaśniać”. W dodatku tak bełkotliwie.

          • Dżon Łejn

            Ale żeby nie pozostać tak okrutnym, to przejrzałem na szybko inne teksty tegoż recenzenta i np. taki „Out of the Furnace” jest bardzo zgrabną nieźle napisaną recenzją. Da się? Da.

      • Dżon Łejn

        A jak czytam taki bełkot, to naprawdę tęsknię do starych dobrych piór Duxa czy Adiego.

    • John Wayne

      To tekst na kilka razy, analiza sensu retorycznych piruetów autora to wartość dodana, ważniejsza od samego filmu. Gdyby był łyżwiarzem figurowym… Tylko dlaczego recenzje filmów?

    • dlaczego się nie robi? kto powiedział, że się nie robi? gdzie są takie standardy, które mówią, że sie nie interpretuje? Czepiasz się, romeck.

  • Hejna

    Bardzo dobra recenzja, nie rozumiem zarzutu o bełkotliwość. Autor próbujący interpretacji to zł wcielone? Wymagania w takim razie strasznie upadły i polecam maść na ból wiadomo czego.

    Autor niech si ę zgrzytanie zębów nie przejmuje i niech dalej pisze jak pisze.

  • kriegaffe

    Fakt, recenzja wygląda jakby autor najpierw w pocie czoła starał się na siłę zabrzmieć elokwentnie a potem, przy pierwszej redakcji, onanizował się do własnego tekstu. Wyszło bardzo pretensjonalnie.
    A filmu nie mogę się doczekać, Villeneuve jeszcze nie zawiódł.

    • Andriej

      Ująłeś to znacznie zgrabniej niż Łejn, a także celniej

    • Kuba

      I tym razem też nie zawiódł – fenomenalny film, polecam.

      Jeśli końcówka zbije Cię z tropu polecam na yt wpisać „Enemy explained”, świetnie wszystko wyjaśnione.
      Bo tuż seansie jest lekki jak to się mówi „mindfuck”.

  • canismajoris

    Ten film jest dziwny. Nie ma jasnej odpowiedzi na pytanie „o co chodzi?”. Zakończenie to spora zagadka i maindfuck przy którym motyw z bączkiem w „Incepcji” wypada blado.

    • Kuba

      Ale w przeciwieństwie do Incepcji, gdzie zakończenie było prztyczkiem w nos widza, tutaj przesłanie jest jedno i to bardzo proste. A że pisałem już o tym w dwóch komentarzach wyżej to nie będę się powtarzał. :P

  • Kuba

    Ja dałem filmowi 10/10, a na forum oceny oscylują między 8 a 9.
    Film jest doskonały chociaż skromny, właściwie aż do końcówki wszystko jest całkiem jasne.
    Ostatnia scena jest dość szokująca i zmusza do myślenia. Ot, wszystkie symbole, obrazy, melodie pojawiające się wcześniej w tle prowadzą do bardzo prostej metafory.

    O ile do samej recenzji nic nie mam, każdy może mieć swoją opinię, to nie podobało mi się zdanie „zostaje udająca głebię puenta”.

    W przeciwieństwie do takiego Mulholland Drive Lyncha (do którego ten film jest zresztą podobny), tutaj cała symbolika wraz z tym co widać na plakacie i z ostatnią sceną, wszystko to prowadzi do jednego przesłania. Nie trzeba dopowiadać historii czy sensu, bo on jest dość prosty.

    Od siebie polecam wpisać na youtubie „enemy explained”, tam w kanale recenzenckim gościu świetnie wyjaśnił sens zakończenia i wszystkich symboli, mi to wszystko rozjaśniło.

  • Karol

    Do autora recenzji: Pisz Pan zwięźle!

  • Ciasto

    Ewidenty brak zrozumienia historii pokazanej w filmie. Proszę jeszcze raz obejrzeć ten film z zakładając, że (UWAGA SPOILERY): 1) Obie postaci to jedna i ta sama osoba; 2) chronologia scen filmu jest nieliniowa [wypadek to początek, a scena w klubie to koniec]; 3) Sednem poruszanego problemu jest nie tyle kwestia pożądania, co strach przed utratą wolności (odniesienia do kontroli i totalitaryzmu – tudzież arachnofobii) i oddawaniu się niewoli żądzy i instynktu jako formie buntu celem jej zachowania.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Sąsiedzi

Następny tekst

TRAILER - The Flash (serial)



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE