nowości kinowe

Enemy

Intelektualne pretensje scenariusza rozmijają się z reżyserską sprawnością, a ze wszystkich nadziei i namiętności - towarzyszących początkowi seansu - zostaje udająca głębię puenta.

Autor: Mateusz Górniak
opublikowano

A chciałem się zakochać...

EnemyTiffHeadteaserposterFirst5901Denis Villeneuve to nazwisko znaczące i przykuwające uwagę przynajmniej od czasów „Pogorzeliska”. Rok temu w oklaskiwanym przez międzynarodową publiczność „Labiryncie” objawił się jako reżyser potrafiący perfekcyjnie budować klimat thrillera i igrać z grozą w spokojnych amerykańskich osiedlach dla nowobogackich, teraz pokazuje światu „Enemy” – film niebywale osobliwy, klimatem kuszący zmysły, a wymową drażniący umysł. 

Już pierwsze ujęcia wprowadzają nas w smacznie surrealne zawieszenie pomiędzy metafizyczną gonitwą za własnym ja a życiowym porządkiem dnia świra, który przeżywa główny bohater. W „Enemy” nie tylko klimat, ale także cała fabuła zbudowana jest na mrocznych instynktach i czających się w zakamarkach człowieka nieporozumieniach. Każda kolejna scena odmawia racji bytu logice i pozostawia pole do popisu reżyserskim impresjom o duszy zamieszkującego apartamenty anonimowego miasta mężczyzny z brodą (warta uwagi kreacja Jake’a Gyllenhaala).

enemy-villeneuve-gyllenhaal-nuove-foto-02

O ile w „Labiryncie” od samego początku można było odczuć utrzymaną w sprawności horroru grozę, tak teraz reżyser pozostawia nas zmieszanych: nikt nie jest w stanie z pewnością określić, czy z tego delikatnie groteskowego świata nie wystrzeli zaraz surrealistyczna tragikomedia czy może główny bohater będzie musiał szukać czegoś równie trudnego i doniosłego, jak bliźniaki w „Pogorzelisku”. Chaos, do którego odwołuje motto na początku filmu zdaje się być jedną z największych zalet obrazu – Villeneuve ma bowiem całkowitą jego świadomość; lekką ręką wygina i deformuje rzeczywistość swojego dzieła, rzuca tropy, a potem z całym impetem zawraca w innym kierunku.

Fabuła zasadza się na historii nauczyciela akademickiego, którego życie zostaje odmienione przez seans filmu. Dotychczasowe, nudne prowadzenie się Adama balansowało pomiędzy rozrysowanym na tablicy schematem porządku i chaosu, objaśnianiem heglowskich prawideł dziejowych i spektakularnym nieradzeniem sobie z dziewczyną. Wszystko przewraca się do góry nogami, kiedy w jednej z filmowych ról rozpoznaje samego siebie. Rozpoczynają się poszukiwania, a psychiczne niepokoje biorą górę w kosmosie obrazu Villeneuve, gdzie pomiędzy scenami namiętnego seksu, nużącego siedzenia na ławce a wstawkami z modnej ostatnio narracji schizofrenicznej reżyser przewrotnie stawia znak równości. To kino rozpoczęło poszukiwania i rozbudziło Adama, ale dalsze tropy nie poprowadziły bohatera w baśniową rzeczywistość X Muzy, a zostały porozrzucane w wyłożonym już nam podczas pierwszych minut świecie. Zdążył nam on już zawrócić w głowie i obiecać niezliczone, lynchowskie warstwy, których reżyser nie zdołał jednak zgłębić – fabuła „Enemy” już do samego końca płynęła będzie po lepkiej i coraz to bardziej nużącej powierzchni.

enemy

Poszukiwania są w „Enemy” nie tak zawiłe i nie tak długie, jak w „Labiryncie” czy „Pogorzelisku”. Mężczyźni odnajdują się szybko i odkrywają, że pomimo identycznych ciał, różnią się pod wieloma względami. Początkowa groza i przyjemność z zapowiadanej gonitwy za własnym ja ustępuje miejsca rozważaniom, czy aby nie mamy tutaj sytuacji identycznej do „Fight Clubu”, czy ci dwaj grani przez jednego aktora nie są jednym, rozszytym rozdwojeniem jaźni organizmem. Spotykają się, rozmawiają, zamieniają się nawet na kobiety, ale równie szybko jak się odnaleźli, okazuje się, że pomiędzy nimi nie ma żadnej chemii, tak jak nie ma jej pomiędzy scenariuszem a reżyserią. Wśród wszystkich wątpliwości wokół i w „Enemy”, jest to fakt najbardziej przykry i dojmujący, bo gdyby scenariusz podołał zdolnościom Villeneuve do nasycania widzów niepokojącym klimatem i niespodziewanymi szarżami w poetyce solidnego thrillera albo kina akcji, układanie interpretacyjnych klocków byłoby o wiele ciekawsze. Przecież łatwiej przyjąć jest banał od wartkiej, kinofilskiej gawędy niż wysłuchiwać nieporadnego eseju o pożądaniu, w który „Enemy” przeradza się pod sam koniec.

20 pierwszych minut sprawia, że „Enemy” jest dla mnie filmem bolesnym. Najpierw widz zostaje rozkołysany odrealnionym, gęstym klimatem, dostaje zapowiedź psychodelicznej szarży po namiętnościach X Muzy, a z tyłu głowy przechowuje myśl, że Villeneuve potrafi wprowadzić swoją opowieść w obroty błyskotliwego thrillera. Wszystko to na nic, bo pod koniec okazuje się, że intelektualne pretensje scenariusza rozmijają się z reżyserską sprawnością, wymykająca się jednoznaczności aura filmu zamienia się w zblazowanie dzieła chcącego emanować metafizycznym niepokojem, a ze wszystkich nadziei towarzyszących początkowi seansu zostaje udająca głębię puenta. Szkoda, bo tak bardzo chciałem się zakochać…

Ostatnio dodane