nowości kinowe

Elizjum

Niebanalne społeczne tło, kapitalne sceny akcji i ta niesamowita, straszna historia o surykatkach i hipopotamie.

Autor: Rafał Oświeciński
opublikowano

Oto na ekranach pojawił się kolejny w tym roku dystopijny blockbuster – tegoroczny sezon rozpoczął Joseph Kosinski i jego „Niepamięć”, a kończy z dawna oczekiwane dzieło Neilla Blomkampa. W trakcie upalnego lata mieliśmy do czynienia z kilkoma niezwykłymi wizjami przyszłości, czyli rozczarowującym „1000 lat po Ziemi”, świetnie się zapowiadającym (lecz kiepskim w efekcie) „The Purge” oraz doskonałym „Pacific Rim”, które można wziąć za obraz mierzący się z jakąś przyszłością ludzkości, tym razem walczącej z kaiju. 5 obrazów, z których każdy jest inny – inaczej bawiący się konwencją SF, inaczej kreujący swoich bohaterów, w inny sposób wypieszczony wizualnie. Każdy jednak spójny, konkretny, charakterystyczny i podpisany przez twórcę, który wiedział co chce osiągnąć i w jaki sposób.

Efekty tych starań, co oczywiste, nie zawsze poszły w parze z oczekiwaniami – kupa intrygujących elementów spotkała się z dość sztampowymi rozwiązaniami, co wywoływało całą masę nieprzyjemnych zgrzytów choćby w filmie Shyamalana, ale podobne słabostki fabularne były dostrzegalne także w  tak wychwalanym przeze mnie „Oblivion” oraz „Pacific Rim”, które oczywiście, miały swoje wady, lecz w kontekście przyjemnej całości dość niezauważalne. Podobnym tropem idzie „Elizjum”, które oferuje efektowną podróż, z klawym kapitanem za sterami, ale bez wrażeń i nieprzewidywalnych szajb z poprzedniego rejsu do krainy krewetek. Mimo tego, to zdecydowanie najambitniejszy z tegorocznych rejsów.

Łajba Blomkampa jest tym razem bardziej wypucowana. Warta 100 baniek  łódka – mikroskopijny budżet jak na widowisko tej skali! – wygląda jak co najmniej 200-milionowy kolos, który koncepcyjnie rozgniata na swej drodze wszystko, co  w tym roku mieliśmy na ekranach. I nie chodzi tu o rozmach, spektakularność i feerię efektów specjalnych, które mają za zadanie podniecić na tyle mocno, żeby co kilka minut zbierać szczękę z podłogi (casus „Pacific Rim”), ale kompleksowość świata przedstawionego, który składa się z wyraźnie zaznaczonych – albo po prostu obecnych – warstw: politycznych, społecznych, ekonomicznych, moralnych. Neill Blomkamp potwierdza tym samym, że jest wierny fantastyce nie tylko w jej rozrywkowym wymiarze, ale stara się wejść znacznie głębiej, szerzej ogarniając przyszłość, nie zapominając przy tym o dźwiękoobrazowej orgii, której powinien widzom dostarczyć – i dostarcza.

Uważna penetracja świata przyszłości – w jego socjologicznym wymiarze – zdaje się być cechą charakterystyczną 33-latka z RPA. Już „Dystrykt 9” znienacka zaoferował coś niesamowicie świeżego w skostniałych ideach sajens-fikszyn. Oto getto krewetek było przecież czytelną analogią do slumsów afrykańskich, których mieszkańcy traktowani są jak podludzie, jak rasa niższa, gorsza i systematycznie przygotowywana do utylizacji. Blomkampowi nie chodziło jednak o komentarz do zaistniałej sytuacji i dywagacje etyczne, ale o czystej krwi akcję umieszczoną na tym intrygującym tle. Z „Elizjum” wraca na podobnie zaniedbane przedmieścia – w roku 2154 Los Angeles przypomina brazylijskie fawele, dzielnice biedoty i lokalnej gangsterki, z milionami ludzi na obskurnych ulicach gnijących w zgliszczach dzisiejszej urbanistycznej architektury; z miliardami podobnie wegetujących obywateli dalszych kategorii, tkwiących bezsilnie w przeludnionych miastach, z bezrobociem jako stanem normalnym i technologią uprawomocniającą istnienie i rządy klasy wyższej, tutaj żyjącej w stanie permanentnej szczęśliwości na stacji kosmicznej (?) Elizjum.

Blomkamp rysuje tutaj zauważalny podział. Oni, ci źli, dystansujący się od brudu, niemocy, wykorzystujący biedotę, pławiący się w luksusie, niestarzejący się, uleczalni z każdej możliwej choroby, kontra my, żebracy, wegetujący na ulicach, w zrujnowanych blokowiskach, karani surowo za niesubordynację, chorujący, umierający. Dychotomia świata przestawionego jest bardzo wyraźna, klarownie zarysowana i optująca za tymi, którzy przedstawiani są jako bezbronni – jak sam Blomkamp mówi, ten rodzaj asymetrycznej wrażliwości wynika z jego osobistych doświadczeń nie tyle jako ofiary południowoafrykańskiej mentalności, lecz z konstatacji tego, w jaki sposób konstruowany jest świat w momencie współpracy jednych i drugich. W RPA czarni w dalszym ciągu są obywatelami drugiej kategorii i to pomimo wizerunkowego zwycięstwa (Mandela), a biali, mimo spuszczenia z tonu w kontekście wyższości rasowej, wciąż są uważani za panów kontrolujących życie swoich podwładnych. Tak skonstruowany świat, którego dwubiegunowa konstrukcja jest powtarzalna praktycznie wszędzie,  uformował wrażliwość Blomkampa i ukierunkował jego zainteresowania. Oczywiście pod względem ideologicznym taki socjalistyczny smrodek, domagający się równości, jest wyczuwalny, tym bardziej, że cały film poprzetykany jest widokówkami plebsu, chorób i stosunków feudalnych wyjętych wprost z pozytywistycznej nowelki Sienkiewicza.

Zresztą, takim Jankiem Muzykantem jest główny bohater – mieszkaniec jednej z tysięcy dzielnic biedy, mający to szczęście, że ma pracę w fabryce, w której panuje XIX-wieczny kierat. To świat przyszłości, ale jakby mocno zacofany, brudny, ubrany w łachmany, tkwiący korzeniami w skamieniałej przeszłości. Mocno wyczuwalna, na szczęście, jest w początkowych momentach satyra – pokazane są roboty nie czujące sarkazmu, nie rozumiejące humoru, trafnie zgadujące dwuznaczność w głosie, łatwo rozpoznające intencje. Dobre. Szkoda że to tylko chwila.

Bo jednak cała reszta nie ma tak wyraźnej tożsamości. Blomkamp, mimo ambicji, wie że współczesne SF żywi się przede wszystkim akcją. Facet wszedł w świat kina prosto z branży gier komputerowych, gdzie odpowiadał m.in. za promocję „Halo” i zdaje sobie sprawę z wymagań dzisiejszej publiczności – efektowne strzelanki, broń, pościgi  to standardowe kaprysy, którym próbuje sprostać, co wychodzi mu całkiem nieźle (i to mimo tego, że najbardziej spektakularne sceny sprzedano w klipach i trailerach). I dlatego społeczne inklinacje szybko ustępują pola klasycznej akcji. Jest energetycznie, pomysłowo, z odpowiednim cool-factorem i to pomimo najbardziej irytującej choroby Hollywood, czyli trzęsącej się niesamowicie kamery. Blomkamp odpuszcza tym samym dokładniejsze przyjrzenie się życiu na Elizjum, które pokazane jest w krótkich niewiele znaczących ujęciach, ale i na Ziemi, która jest jakby całkowicie skąpana w szambie bezprawia i tyle. Szkoda.

Idealnie w schemat mniejszych ambicji wpisuje się dość bezpłciowy Matt Damon, który – a jakże – jest przepowiedzianym The One. Naprawdę, jest tym *jedynym*, marzącym o Raju na niebie i… zgadnijcie co. Jego rola doskonale obrazuje to, z czym mamy do czynienia w „Elizjum”, gdy ze sceny ściągane są dekoracje społeczno-polityczne – portret to błahy, płytki i na nieszczęście udający więcej niż tak naprawdę ma. Melodramatyczne wspominki i sentymentalne klisze są dobijające, a Blomkamp oferuje je w prologu, pojawiają się kilka razy w między czasie i są emocjonalną podstawą finału (olaboga, surykatki i hipopotam!). Podobnie wygląda rola Jodie Foster, która gra pindowatą Sekretarz Obrony – szczerze mówiąc jej motywacje były zdrowe, jednak postać wyewoluowała w stronę dość żałosnej spiskującej karykatury.

Tak samo groteskowa jest postać tajniaka-agenta, którego brawurowo gra Sharlto Copley – przedziwny akcent, gwałtowność, brutalność, fizyczna sprawność i umysłowa ciemnota, która  ni z tego, ni z owego przeradza się w błysk geniuszu. Kupuję tę postać w całej okazałości i to pomimo powtarzającego się udziwnienia przeróżnych cech osobowości. Kruger zasługuje na swój film – to typ odpowiednio atrakcyjnego skurwiela, którego przeszłość domaga się dokładniejszej eksploracji.

„Elizjum” okazuje się być dychotomią wrażeń – z jednej strony ma fascynujące i niebanalne tło, które koresponduje z doświadczeniem Blomkampa, a z drugiej idzie w zgodzie z najgorszymi stereotypami filmowymi tego świata, co najzwyczajniej w świecie rozczarowuje, raz słabiej (rzewny prolog), raz mocniej (beznadziejny finał). Być może kłopotem jest  przerost ambicji, który dotyczył nie tylko odpowiedniego kreowania padołu ziemskiego w określonej przyszłości, ale i wychodzenia naprzeciw oczekiwaniom widzów. Tutaj Blomkamp częściowo poległ oferując kapitalną akcję, ale uzupełnioną o drażniące, ckliwe wątki melodramatyczne.

Wsiedliśmy więc na wypucowaną łajbę, która ma klawego kapitana wiedzącego, w którą stronę i gdzie płynie, ale ten, miast marynarskich przyśpiewek, nuci sobie „Ona tańczy dla mnie”. Zamurowany słucham i uszom nie wierzę. Z takim przedziwnym uczuciem opuściłem kino.

Ostatnio dodane