Dziewczyna z tatuażem | FILM.ORG.PL

Dziewczyna z tatuażem

Recenzje filmów, publicystyka filmowa polska, nowości kinowe / 25/01/2012








Kacper Kowalski
25.01.2012


„Co ukryte pod śniegiem, odwilż odkryje”

Uwielbiam powtarzać, że twórczość Davida Finchera (nota bene mojego ulubionego twórcy) plasuje się w bezpiecznym miejscu, na tak bezpiecznej granicy między inteligentną rozrywką dla dojrzałego odbiorcy, a pewnego rodzaju współczesnym artyzmem. Moja bezwarunkowa miłość do jego dorobku artystycznego determinowana jest nieprzeliczoną ilością bodźców, a wśród nich przodują ściśle otaczająca filmy niepowtarzalna aura, pierwszorzędne rzemiosło wraz z ostrą jak brzytwa, dopieszczoną stroną wizualną, ujęcia, które mogły powstać tylko w głowie tego wyjątkowego reżysera oraz radość, jaką wyraźnie przynosi mu storytelling, czyli snucie opowieści. Fincher to pragmatyk i perfekcjonista, czemu daje wyraz na każdym kroku, co do tego nie ma dwóch zdań. Jego najnowszy film, niepozbawiony gorzkości oraz pesymizmu charakterystycznych dla jego dotychczasowej twórczości, jest niezawodnym dowodem na to, że nie zmienił reguł gry i utrzymuje formę.

„Dziewczyna z tatuażem” to adaptacja pierwszej odsłony bestsellerowej trylogii pióra Stiega Larssona – „Millenium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” – od ładnych kilku lat kradnącej serca i umysły czytelników z całego świata, tkwiącej w świadomości masowego odbiorcy jako czołowy mariaż kryminału z thrillerem XXI wieku. Mamy tajemnicę sprzed lat zakorzenioną w przeszłości tyleż wiekowego, co potężnego rodu, mamy knowania na najwyższych dziennikarskich szczeblach, delikatną pro-feministyczną wymowę wraz ze społecznym kontekstem, a przede wszystkim parę pełnokrwistych bohaterów, którzy są najsilniejszą stroną także filmowej wersji. Mikael Blomkvist (Daniel Craig) to znany dziennikarz, który boryka się z nadszarpniętą reputacją i poważnym uszczerbkiem finansowym po przegranym procesie o zniesławienie. Zmęczony życiem, prowadzący rozwiązły tryb życia, wierzy jednak w ponadczasową sprawiedliwość. Lisbeth Salander (Rooney Mara) jest nieprzystosowaną społecznie, naszpikowaną kolczykami fenomenalną hakerką, która poprzez traumatyczne przeżycia uznana została za niepoczytalną. Niezdolna do podjęcia relacji międzyludzkich, zmaga się z codziennością, wdrażając w nią własny kod moralny.

Pieczę nad adaptowaniem trylogii objął sam Steven Zaillian, tuz amerykańskiego scenopisarstwa, jeden z najbardziej prominentnych hollywoodzkich scenarzystów naszych czasów (laureat Oscara za „Listę Schindlera”). Wraz z Fincherem, dwójka panów zmierzyła się z podwójnym brzemieniem, bowiem zmagali się oni nie tylko z adaptacją jednego największych bestsellerów ostatnich lat, stymulującym zmysły milionów czytelników, ale również całkiem świeżą szwedzką ekranizacją, która zdążyła już zbudować wokół siebie wierną społeczność (ortodoksyjnych często) fanów. Obydwoje wywiązali się jednak z zadania zadowalająco. Wszystko pasuje tutaj do siebie jak ulał, żaden element precyzyjnie nakreślonej historii nie mógłby egzystować autonomicznie. Fincher zrezygnował co prawda ze wspomnianych społecznych kontekstów, skupiając się na kryminalnej zagadce oraz pogłębieniu relacji między dwójką bohaterów, ale mimo to przedstawił bardzo dosadnie wątek przemocy wobec kobiet, bez większej potrzeby uwypuklania go. Znający powieściowy oryginał powinni móc wyobrazić sobie, jak trudnym zadaniem jest wierne przeniesienie go do filmowego medium, choćby poprzez problem z wpasowaniem się w tradycyjną trzyaktową kompozycję scenariusza. Ewentualne fabularne niedogodności tłumaczyłbym nie najlepszym materiałem źródłowym.

Pełna znaków charakterystycznych reżyseria Finchera jak zwykle zasługuje na osobny esej. Niektóre starannie przemyślane ujęcia i praca kamery są godne podziwu, z aktorów wyciśnięto siódme poty, a nad wszystkim ciąży specyficzna atmosfera. Dodatkowo jedna z sekwencji blisko rozwiązania akcji utwierdza w przekonaniu, że twórca niezmiennie jest bogiem suspensu. Co prawda początkowo nie do końca mogłem przekonać się do narracji, która często prowadzi nas przez krótkie, intensywne sceny i kilkukrotnie korzysta ze sztuczek sprawdzonych w (rewelacyjnym) ”The Social Network”, ale ostatecznie przekonałem się do niej, gdyż wartki storytelling w zasadzie wiernie oddaje ducha książki. Za miły akcent uznać należy typowy dla Finchera czarny humor, puszczanie oka do widza, choć w co najmniej jednym fragmencie rozmyło to napięcie i oderwało od sieci intryg, w którą sukcesywnie wplątywał nas reżyser. Realizatorsko to oczywiście majstersztyk, na co składają się doskonałe zdjęcia, dźwięk oraz montaż w wykonaniu zaufanego zespołu twórcy. W gruncie rzeczy, stwierdzić można, że film jest imponującym triumfem wybitnego rzemiosła nad treścią. Montażowcy i spece od dźwięku z pewnością zasłużyli na Oscary (duet Baxter-Wall triumfował już zresztą rok temu), a cudownie zimnawe i surowe zdjęcia również zasługują na owacje.

„Dziewczyna z tatuażem” to także koncertowe aktorstwo. Superlatywy należą się wszystkim, poczynając od wyrazistego drugiego planu z Plummerem oraz Skarsgardem na czele, kończąc na odtwórcach głównych ról. Craig wypadł nadspodziewanie przekonująco, spodziewałem się po nim głównie charyzmy, a otrzymałem całkiem wiarygodną kreację, która wpisuje się w sumie w jedno z jego największych kinowych dokonań. Najważniejsza tutaj jest jednak Rooney Mara, wcielająca się w tytułową postać, która wraz z debiutem trylogii stała się swoistym fenomenem kulturowym. Śpieszę donieść, że Mara jest w swej roli szczera i autentyczna. Wtapia się wręcz w postać, jest subtelna, wyciszona, stara się tłumić w sobie targające nią uczucia, a wizualnie jest jakby żywcem wyjęta z książki. Ma w sobie więcej ludzkiego pierwiastka niż Noomi Rapace i głęboko ulokowaną wrażliwość, a jednocześnie nie ustępuje jej pod względem niezależności, siły, zażartości. Zdecydowanie przekładam ją nad pierwszą odtwórczynię. Aż nie sposób doczekać się jej interpretacji pogłębionego wątku Lisbeth w kolejnych odsłonach trylogii.

Muzyka, choć również reprezentująca wysoką półkę, nie robi już tak piorunującego wrażenia jak soundtrack ”The Social Network”, gdzie duet Reznor & Ross zdołał niezwykle precyzyjnie nadać wielu scenom elektryzującego ładunku dramaturgii, a wręcz zdefiniować ich charakter i tchnąć w nie charakter, tym samym wykraczając poza ramy funkcji ilustracyjnej. Mimo kilku zapadających w pamięć najprawdziwszych perełek oraz dobranej pary frapujących coverów (energetycznego „Immigrant Song'”, nastrojowego „Is Your Love Strong Enough”) ich nowe dziecko nie powtarza tego sukcesu. Bez wątpienia jednak warto zapoznać się z całym, trwającym ponad trzy godziny materiałem, który odzwierciedla w satysfakcjonującej mierze pejzaż szwedzkiej emocjonalności. Część utworów z pewnością na stałe rozbrzmiewać będzie w moich odtwarzaczach. Jedna z najlepszych ścieżek dźwiękowych ostatnich miesięcy.

Szkoda jednak, że w całym tym przedsięwzięciu brakowało mi nierzadko jakiegoś łącznika pomiędzy opowieścią, a widownią ? większość dzieł Finchera angażuje mnie emocjonalnie znacznie bardziej. Być może ma to związek ze specyfiką ogranego materiału źródłowego. Do tego dochodzi kilka wspomnianych zgrzytów z ubytkiem napięcia, czy kompozycją scenariusza. Tempo było jednak dobre ? przeszło 150 minut minęło niemal jak z biczyka strzelił. Jako ostatnią niedoskonałość wymieniłbym brak odczuwalnego brudu, upiększenie ? być może to tylko moje odczucie, ale pomimo mrocznej oprawy film wydawał się nieco zbyt wygładzony. Mimo to akty przemocy (zwłaszcza tej seksualnej) mogą wypatroszyć mentalnie co wrażliwszych odbiorców.

Reasumując, dostaliśmy bardzo solidną z (niemal) wszech miar opowieść, która powinna usatysfakcjonować zwolenników gatunku. Nie jestem jednak zupełnie pewien, czy spełni oczekiwania wielbicieli twórczości Finchera, zwłaszcza błyskotliwego i dojrzałego ”The Social Network”, który zamykał do niedawna jego twórczość. „Dziewczyna” z pewnością jest kolejnym wielkim reżyserskim dokonaniem, ale wielka szkoda, że treść niezupełnie podejmuje potyczkę z rzemiosłem realizatorskim, jak i aktorskim. Niemniej, jest to ścisła czołówka filmów 2011 roku i nadzieja na więcej amerykańskich superprodukcji dla dorosłych. Brawa dla wytwórni za ogromną odwagę. Także dzięki ich zaufaniu, powstał bardzo dobry obraz, któremu każdy powinien dać szansę. Żywię jednak nadzieję, że kolejnym razem Fincher weźmie na tapetę ambitniejszą tematykę.

PS. Plus za zmysłową czołówkę niezawodnie przywodzącą na myśl filmy o Bondzie.












Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Kot w butach

Następny tekst

Rzeź



Tagi:

OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE