Droga do zapomnienia - recenzja | FILM.ORG.PL

Droga do zapomnienia

Zwiastun powinien wystarczyć




Łzy, stereotypy i klisze




Maciej Niedźwiedzki
05.04.2014


drogaDroga do zapomnienia jest filmem nieudanym. Fałszywym ideologicznie, naiwnym i niesmacznie ckliwym. Nie warto tracić na niego pieniędzy, ale głównie czasu. Jednak tym, którzy jeszcze wahają się proponuje dokładne obejrzenie zwiastuna. Bowiem Droga… w pełnym wymiarze nie zaoferuje Wam wiele więcej. Już w trailerze cały problem zostaje jasno wyłożony, rozwinięty i rozwiązany. Koniec kropka. Po jego obejrzeniu wiadomo, do jakiej tezy zmierza ten film i za pomocą jakich środków chce ją obronić. Zwiastun filmu Teplitzkiego jest wzorowym przykładem tego, jak nie powinno się zapowiadać filmu. W dwugodzinnej wersji dostajemy jedynie więcej załzawionych oczu i wzruszeń.

Colin Firth przyzwyczaił nas do grania bohaterów introwertycznych, zamkniętych w sobie, nieśmiałych, pozornie spokojnych. Eric Lomax właśnie taki jest – wygląda na wiodącego nudne ale bezpieczne życie pięćdziesięcioletniego kawalera. Jednak od środka zżera go wojenna trauma, wciąż nie potrafi uwolnić się od wydarzeń sprzed kilkudziesięciu lat, gdy został pojmany i wywieziony do obozu jenieckiego. Tortury nie pozostawiły śladów na jego ciele, ale złamały go psychicznie, stał się wrakiem człowieka. Poznajemy go, gdy przeszłość zaczyna się o niego zdecydowanie upominać.  Za namową znajomego, również weterana brytyjskiej armii, Finleya (mrukliwy Stellan Skarsgard), Eric przekonuje się, że zazna spokoju jedynie wtedy, gdy dokona zemsty. Decyduje się więc wrócić do Japonii, gdzie wciąż żyje jego główny prześladowca z obozu.

droga

Droga do zapomnienia zapewne przyciągnie do kina fanów Colina Firtha. Lecz i oni wyjdą z kina rozczarowani bowiem z każdego kadru, z każdej sceny słychać jego tłumiony krzyk: “W co ja się wplątałem!?”. Wygląda na znużonego tym scenariuszem, zmęczonego współpracą z reżyserem. Firth spogląda w dal, jakby gdzieś za horyzontem miał znajdować się dla niego ratunek. Robi to jednak za często. Za pierwszym razem to jeszcze działa, jest na swoim miejscu i pełni odpowiednią funkcję. Za czwartym, za piątym, sto sześćdziesiątym już irytuje, jest całkowicie bez sensu – Firth popada w aktorską manierę, jest sztuczny i leniwy, nie ma pomysłu na swojego bohatera. Kroku dotrzymuje mu Nicole Kidman z wiecznym zmęczeniem na twarzy, które chyba uzyskuje głównie dzięki charakteryzacji.

Droga… wyraźnie kuleje dramaturgicznie. Z szeregu istotnych tematów, jakie mógł poruszyć reżyser, najważniejszy, nie wiadomo z jakiego powodu, okazuje się być zestaw tortur, przez jaki przeszedł Lomax. Przez większą część filmu właśnie to stanowi główną zagadkę. Nieustannie jest nam to przypominane: bądź przez ciągle wracające pytanie “Co tam się stało?” bądź wielokrotnie wplatane ujęcie pokoju, do którego został zaciągnięty wtedy bohater. Jakby z ich pomocą Lomax miał wymierzyć karę. Sekwencja tortur zapowiadana jest jako apogeum dramaturgiczne filmu, jako clou całej historii. Jednak nie da się na niej utrzymać zainteresowania widza. Twórcy za późno orientują się, co tak naprawdę jest w tej opowieści ważne. Teplitzky stara się narracyjnie urozmaicić film bawiąc się chronologią akcji. Udało mu się stworzyć kilka sensownych paralel jednak znacznie częściej ten zabieg wydawał mi się niepotrzebny, stosowany na siłę. Ta historia opowiedziana tradycyjnie byłaby bardziej przekonująca – nabrałaby szlachetności i większej wagi. A tak wszystko dzieje się zbyt pośpiesznie, chaotycznie, uwaga widza jest regularnie odwracana od faktycznego dramatu. Montaż zbyt często staje się bohaterem Drogi do zapomnienia.

droga

Jonathan Tepliztky miał ogromne ambicje – chciał wywołać u widzów katharsis, przynajmniej zmusić do głębszej refleksji. Niestety jest to niewykonalne gdy tak często ucieka się w banał i dosłowność, gdy nieustannie prowadzi się widza za rączkę – tak , by nie ani razu nie zbłądził, nie pomyślał sobie czegoś za odważnie. Dialogi są pełne frazesów, brzmią sztucznie, momentami pretensjonalnie (szczególnie te między małżonkami). Japońscy żołnierze przedstawiani są jako masa prymitywnych barbarzyńców, głupców hobbistycznie torturujących swoich więźniów. Anglicy natomiast to ludzie światli, cywilizowani, reprezentujący świat nauki i humanizmu. Opieranie się na stereotypach i kliszach jest największą bolączką tego filmu. Przecież my, Europejczycy, z naszymi przyjaciółmi Amerykanami, mamy podobnie nieczyste sumienie. Nie tylko my jesteśmy ofiarami wojny.

Tapliztky nie ma żadnych wątpliwości, kto jest dobry a kto zły. Według niego to my jesteśmy ofiarami i obrońcami pokoju. I to od nas Inni/Obcy mają się uczyć i nas błagać o przebaczenie za wyrządzone zbrodnie. Nigdy odwrotnie. Nie wierzę w tak radykalny podział: jest całkowicie niepraktyczny i już dawno nieaktualny.

Maciej Niedźwiedzki

Maciej Niedźwiedzki

W KMF od 2013 roku. Uwielbiam filmy Martina Scorsese i animacje Pixara. Interesują mnie europejskie filmy festiwalowe, animacje z całego świata i oczywiście wysokobudżetowe filmy amerykańskie (wyłączając produkcje Marvela, których nie lubię i nie rozumiem). Trzy najlepsze filmy w historii kina to "Ojciec Chrzestny II", "Brokeback Mountain" i "Wściekły byk".
Maciej Niedźwiedzki

Latest posts by Maciej Niedźwiedzki (see all)







  • Paweł

    I znowu się nie zgadzam z recenzją młodego autora, który w autorytarny ssposób miesza z błotem bardzo przyzwoity dramat, z dobrą rolą Firtha i jego japońskiego adwersarza, a może nemesis? A także przeciętną Kidman, no ale ona jest gwiazdą więc już jej się nie chce. Nigdy jej nie ceniłem i uważam za przepłaconą i przebrzmiałą aktorkę.
    Nie rozumiem zarzutu o jednostronności moralnej. Otóż podział na dobro i zło jest tutaj całkowicie zasadny, wystarczy zajrzeć do podręcznika historii i przypomnieć sobie wydarzenia mające miejsce w czasie wojny na Pacyfiku. Tak oczywiście, my też byliśmy bardzo niegrzeczni (Hiroshima i Nagasaki), ale ktoś to jednak zaczął, czyż nie?
    Nie odniosłem też wrażenia, że zestaw tortur był tu najistotniejszy, nie wiem skąd taki pomysł? Cała dramaturgia obrazu zasadza się tu na traumie głównego bohatera i próbie poradzenia sobie z nią za pomocą bezpośredniej konfrontacji ze swoimi demonami, czy jakby to inaczej nazwać.
    Czy tradycyjna chronologia ulepszyłaby ten film? Nie wiem, może tak, a może nie. Wydaje mi się to jednak szczegółem pozbawionym większego znaczenia. Wiem za to, że bardzo podobało mi się wprowadzenie w fabułę i pierwsze spotkanie Firtha/Lomaxa z postacią graną przez Kidman.

  • ann

    Recenzja nierzystajaca ani do realiow filmowych, bo film naprawde niezly, a Firth bardzo dobry, ani do realiow historyczno-spolecznych czy ocen moralnych ich uczestnikow.
    Wlasnie japonski koncern Mitsubishi zlozyl na rece 94-letniego Jamesa Murphy’ego „pełne skruchy prośby o wybaczenie” skierowane do wszystkich amerykańskich jeńców zmuszanych do pracy w kopalniach i fabrykach Mitsubishi i „wycierpieli straszne męki”. James Murphy, wprawdzie to Amerykanin, ale podobnie jak Eric Lomax byl w japonskiej niewoli, pracował w kopalni miedzi Mitsubishi.
    Zas autentyczny oprawca Lomaxa, Takashimi Nagase, opisał swoje doświadczenia wojenne i powojenne w książce Crosses and Tigers, a także sfinansował budowę buddyjskiej świątyni, by odpokutować za popełnione w czasie wojny czyny. „Droga…” to przeciez sfilmowana prawdziwa autobiografia Lomaxa.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Fota dnia - Alfred Hitchcock

Następny tekst

Urwany Film #49 - Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE