Dredd 3D (2012) - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Dredd 3D

Wysokooktanowe kino akcji, gdzie krew leje się strumieniami, a bohater nie przebiera w słowach.




Twarde prawo, ale prawo




Radosław Pisula
29.09.2012


Uwielbiam komiksy z Sędzią Dreddem. Postać stworzona przez Brytyjczyków (z dodatkiem hiszpańskiego rodzynka) w 1977 roku niemiłosiernie kpi z Ameryki i wyolbrzymia jej wartości oraz problemy do granic absurdu. Prawo, wielkie miasta, fascynacja przemocą i bohaterami o kwadratowych szczękach, Zimna Wojna, demokracja. Nic nie jest bezpieczne. Dodatkowo sam bohater to maksymalnie bezkompromisowy służbista i praktycznie zaprzeczenie koncepcji bohatera, ponieważ (przynajmniej przez kilka pierwszych lat) w żaden sposób wydarzenia, w których brał udział, go nie zmieniały. To twardy antybohater, który rozchlapałby mózg własnej matki, gdyby ta zadarła z prawem. Przemierzając postapokaliptyczny świat góruje niemiłosiernie nad amerykańskimi herosami, takimi jak np. Wolverine, którzy co najwyżej aspirują niewinnie do roli bezwzględnych mścicieli.

Teraz – po jednej nieudanej przygodzie w 1995 roku – Joe wraca na wielki ekran. I robi to z takim wykopem, energią i brutalnością, że”Niezniszczalni” mogą wypolerować mu hełm. Mamy nowego króla kina akcji. 

Świat przyszłości został spustoszony przez atomowe wojny. Ameryka jest radioaktywną pustynią, a jedynymi ośrodkami, w których zachowało się życie, są tzw. Mega Miasta. Przenosimy się do Mega-City One, położonego na Wschodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych stalowego molocha, który cierpi na gigantyczne przeludnienie (800 milionów mieszkańców), bezrobocie i falę przestępstw. Nad bezpieczeństwem mieszkańców czuwa organizacja Sędziów, którzy są natychmiastowym systemem sprawiedliwości – jednocześnie wcielają się w policjantów, sędziów i egzekutorów, którzy mogą na miejscu strzelić w łeb każdej szumowinie na to zasługującej. Poznajemy jednego ze stróżów prawa – Josepha Dredda – najtwardszego skurczybyka, jakiego nosiła Ziemia, który razem z młodą kadetką udaje się zbadać scenę zbrodni w jednym z najgorszych bloków w mieście. Nie wiedzą jeszcze, że odkrywając pewne brudne sprawy stojące za tym wydarzeniem, zostaną uwięzieni w budynku przez okrutną Ma-Mę i czeka ich krwawa walka o przeżycie. A amunicja nie rośnie na drzewach.

„Dredd” kupuje widza już od pierwszych scen. Szybko i zwięźle poznajemy – za pomocą słów samego protagonisty – absolutne podstawy, jakie rządzą światem przedstawionym. I tyle. Z miejsca zostajemy wrzuceni w wir akcji, która nie ustaje aż finału. Gdy tylko samochód przestępców, ścigany przez Dredda, masakruje jednego z przechodniów i zamienia jego ciało w krwawy worek kości, wiemy już, z jakim obrazem będziemy mieć do czynienia. Widz naturalnie wsiąka w brudne realia Mega-City One.

Film szybko definiuje również konwencję, w jakiej chce się poruszać. Najprościej można go określić, jako „Robocopa” spółkującego ze „Szklaną pułapką”. Film idealnie łączy śmierdzący zbrodnią futurystyczny świat, w którym ostatnim sprawiedliwym jest nieprzebierający w słowach stróż prawa, z motywem zaszczucia w gargantuicznym potworze z betonu i żelaza, jakim jest budynek, w którym uwięzieni zostają bohaterowie. Przez osadzenie akcji w odciętym od świata wieżowcu, „Dredd” jest często posądzany o plagiat indozyjskiego „The Raid: Redemption”, co osobiście mam w nosie, ponieważ brytyjski akcyjniak zrobiony jest dużo lepiej niż jego azjatycki kolega i solidnie trzyma się jednego pomysłu i stylu (a nie będąc policyjnym thrillerem zamienia się nagle w zagubiony film Bruce’a Lee nakręcony przez rodzeństwo Wachowskich). Nie ma tutaj wymachiwania kończynami i odbijania się od ścian. Sędziowie to w dalszym ciągu specjalny oddział policyjny, który działa taktycznie i w zgodzie z reprezentowanym kodeksem. Strzela, żeby przeżyć i spełnić swoje zadanie, a bardziej wysublimowane zachowania i sposoby zadawania śmierci związane są z naturalnymi elementami sytuacji, w której się znaleźli – np. braku amunicji.

Co zaskakujące, scenarzysta Alex Garland (swoją drogą Brytyjczyk jest fenomenem w świecie sci-fi, odpowiadając za tak oryginalne skrypty jak „28 dni później”, „W stronę słońca” i „Nie opuszczaj mnie”) nie bawi się w tym wypadku w społeczne komentarze, na czym poległ m.in. Christopher Nolan w ostatnim Batmanie. „Dredd” opowiada prostą historię, w której chodzi o przeżycie i wymierzanie sprawiedliwości. Kibicujemy protagonistom i nie obchodzi nas, czy przedstawiona tu sytuacja może być nawiązaniem do okupacji Wall Street albo zawału Ronalda McDonalda. Takie uproszczenie w żaden sposób nie obniża poziomu filmu, a jedynie zwiększa jego wartość, ponieważ cały gatunek od dawna prosił się o powrót do podstaw i rewitalizację. Film nie zmienia światopoglądu i proponuje nam jedynie bezceremonialną i zajmującą zabawę – ale taki właśnie był jego cel, który wykonuje z taką grację, że pozostaje nam jedynie szeroko się uśmiechnąć.

Z tego powodu „Dredd” jest też maksymalnie brutalnym obrazem i w pełni wykorzystuje nadaną mu kategorię R. Widzimy tutaj miażdżone mózgi, urywane ręce i ciała przestrzeliwane z chirurgiczną precyzją. Nie jest to jednak tanie efekciarstwo. Mamy przecież do czynienia z perfekcyjnie wyszkoloną maszyną do wymierzania sprawiedliwości i każda próba utemperowania tego festiwalu przemocy zabierałaby całą oryginalność komiksowego pierwowzoru. Sędzia Dredd powstał jako satyra na Amerykanów i amerykanizację, a w jaki sposób lepiej to przedstawić, niż za pomocą małomównego kowboja, który nigdy nie zawahał się pociągnąć za spust?

Dzięki temu Karl Urban zabłysnął na ekranie i rozsadza go charyzmą. Sylvester Stallone może być legendą kina akcji, ale wciskanie w jego usta suchych oraz powtarzanych do znudzenia żartów, pompatycznych tekstów, zaprezentowanie smutnej genezy i zmuszanie do wykonywania spojrzenia na „smutnego szczeniaczka” całkowicie unicestwiło film z 1995 roku. Urbanowi oszczędzono tych przykrości, przez co może się skupić po prostu na pacyfikacji kolejnych przestępców, którzy nacierają z każdego piętra, i przeżyciu, aż do starcia z odpowiedzialnymi za całą sytuacją. Travis i Garland nie uczłowieczają Dredda. Bo po co? Główny bohater to spersonifikowane prawo – pewna idea. Sprawiedliwość jest ślepa, a prawo – aby wzbudzało respekt tych, którzy maja go przestrzegać – nie może mieć konkretnej twarzy. I w ten właśnie sposób kreuje go Urban, który wykrzywiając usta i wypowiadając jedynie kilka zdań ochrypłym głosem, prezentuje się niczym Clint Eastwood w „Brudnym Harrym” lub Dolarowej trylogii – bez niepotrzebnego wątku romantycznego i zabawnego kompana u boku (chociaż humor oczywiście się pojawia, jest jednak subtelny i podawany razem z kamiennym wyrazem szczęki Dredda, co czyni jego one-linery jeszcze zabawniejszymi). Bohater w żaden sposób nie stara się zaskarbić sobie przychylności widza i robi po prostu to, co do niego należy, czym wzbudza dużo większy szacunek niż tabun hollywoodzkich „żartownisiów”.

U boku Urbana pojawia się Olivia Thirlby w roli młodej mutantki-telepatki, która pod okiem doświadczonego stróża prawa ma przejść test w terenie. Pozbywając się hełmu, śliczna aktorka jest surogatem widza i w pewnym stopniu to ona staje się główną bohaterką obrazu. Poznajemy ją w większym stopniu niż Dredda, a dzięki ich wspólnej i niezwykle subtelnej relacji z cyklu mistrz-uczeń, możemy w pełni docenić nieogolonego Sędziego. Thirlby naturalnie przedstawia przemianę, jaka zachodzi w bohaterce, i kradnie kilka scen (np. fenomenalne przesłuchanie). Po drugiej stronie barykady stoi natomiast znana z „Gry o tron” Lena Headey, w roli sprawującej władzę nad całym blokiem Ma-My. Jej postać spełnia swoje zadanie – stanowiąc wyraźne zagrożenie – ale blednie przy charyzmie Dredda. Nie jest to tak pamiętna rola i nie do postawienia na równi z głównym bohaterem (jak na przykład postać Alana Rickmana w zbliżonej tematycznie „Szklanej pułapce”).

Film w pełni świadomie bawi się z konwencjami gatunkowymi. Jeżeli spodziewamy się tego, jak zostaną rozwiązane pewne sytuacje, to film na pewno w kilku miejscach nas zaskoczy. Oczywiście jest wypełniony kilkoma kliszami znanymi z kina akcji, ale rozwiązania, które łamią schematy są tak smaczne, że o niedoróbkach się po prostu zapomina. To wysooktanowe i maksymalnie krwawe widowisko, które nie bierze jeńców. Dodatkowo świetnie zmontowane. Wykorzystując kilka trików tak bliskich współczesnym twórcom nie zamienia się w epileptyczną dyskotekę. Szarżuje tam gdzie jest to wymagane. Dodatkowo mamy możliwość obserwować jedną z najciekawszych prezentacji slow motion w historii kina, bo… uzasadnioną fabularnie. Reżyser ma świadomość tego, że film to medium wizualne i jest oszczędny w ekspozycji. Pokazuje, zamiast tłumaczyć. Zasady funkcjonowania arsenału Dredda? Wystarczy zwykłe pokazanie wskaźnika, który sprawdza zgodność DNA użytkownika, dzięki czemu widz już wie, że coś się wydarzy, jeżeli nieupoważniona osoba chwyci za tą spluwę. Wszystkie wydarzenia idealnie wpisują się w realia świata  przedstawionego, a akcja jest niezwykle logiczna.

Dredd to konkretny bohater, który nie czeka na przemowy złoczyńców i z miejsca dziurawi ich kulami. Jest idealną odtrutką na współczesny obraz kinowego herosa, który najczęściej jest błyszczącym, bałamucącym nastolatki wampirem albo wypudrowanym dzieciakiem w obcisłej koszulce z Lacoste. „Dredd” to porażająco solidny film, który jednocześnie służy za wprowadzenie do całej franczyzy. Jeśli lubicie dobre kino akcji, klasycznych ekranowych twardzieli, którzy wolą po prostu przeorać komuś twarz kolbą lub odstrzelić głowę niż o tym gadać oraz brudny i śmierdzący świat wielkich miast, to udajcie się do kina. Współczesny film potrzebuje tak bezpretensjonalnych, a jednocześnie szczerych i inteligentnych rozlewów krwi.

Kandydat do miana widowiska kultowego i prawdziwy spadkobierca tego, co najlepsze z kina akcji lat 70. i 80.

Radosław Pisula

Radosław Pisula

Całkowicie pożarty przez popkulturę. Poświęcił studia na analizowanie kina Johna Woo i Johna Carpentera, a obecni w ramach doktoratu pisze monografię Waltera Hilla. Zjada wszystko, co zapisano na taśmach celuloidowych i nośnikach cyfrowych – szczególnie wszelkiej maści horrory, wysokooktanowe akcyjniaki oraz klasyczne amerykańskie kino sygnowane nazwiskami m.in. Capry, Stewarta, Hitchcocka, Granta czy Hawksa. Uwielbia Grace Kelly, Nikolę Teslę oraz Godzillę – najlepiej, gdy pojawiają się w tym samym filmie. Kocha swoją dziewczynę.
Radosław Pisula






  • Muszę sie wybrać na film by zobaczyć tą „scenę zbroi”

    Jak już ktoś napisał > zatrudnijcie kogoś do korekty bo amatorszczyzna nie musi być wcale normą.
    Sam tekst bardzo dobry i świetnie się go czyta -szkoda że takie kwiatki są coraz częstsze. Wydawnictwa drukowane są wygryzana przez elektroniczne a te ostatnie obniżają stale poziom.
    Nie idźcie tą drogą.

    • Mefisto

      Zgodzę się, choć sam tekst wg mnie odrobinę za długi (zwłaszcza, że autor się powtarza), niepotrzebnie rozwlekły i ze zbędnym w sumie spoilerem w tekście (którego nie pokazał nawet sam trailer, więc coś jest na rzeczy) – niewielkim, ale po co psuć przyjemność z seansu tym, którzy go nie widzieli.

      • Gamart

        Ucięta „zbrodnia” poprawiona, dzięki za reakcję.

        Miałem świadomość tego, że tekst wyszedł spory objętościowo, ale tematycznie był dla mnie ważny i po prostu tak pozytywnie zaskoczył, że nie miałem serca nic przycinać.

        btw Wiem o jaki spoiler chodzi, ale cała sytuacja, jaka będzie miała miejsce, jest już klarowna od pierwszych sekund filmu. Konwencjonalny zabieg, których na szczęście w „Dreddzie” jest niewiele.

        • Mefisto

          Spoko – napisałem, że niewielkim. Niemniej ja np byłem mocno zaskoczony po tych kilku minutach, a że to przyjemne uczucie, więc… :)

      • Gamart

        Ucięta „zbrodnia” poprawiona, dzięki za reakcję.

        Miałem świadomość tego, że tekst wyszedł spory objętościowo, ale sam temat jest dla mnie ważny i ogólnie tak mnie zaskoczyła jakość całej produkcji, ze nie miałem serca nic przycinać.

        btw Wiem, o jaki spoiler chodzi, ale cała sytuacja jest klarowna już od pierwszych minut filmu. Konwencjonalny zabieg, których na szczęście w „Dreddzie” jest niewiele.

  • Jakub Koisz

    Dobry tekst, mam ochotę na film już teraz.

  • antinazi

    A już myslałem, że KMF nie zostanie zaatakowany przez grammar nazi, ale jednak, przypieprzanie sie do literówki to przypierzanie dla przypieprzania a nie dbałość o jakość. Recenzja jest świetna, a sam film dokladnie tak dobry, jak pisze autor. R-ka odczuwalna, a miłośnicy dobrego kina akcji dostaną znakomicie zrealizowany film, który daje taką sama frajdę jak np. Avengersi.

  • mały

    I to jest k……. Dredd !
    Nie przyrównuj tego filmu do Avengers jest o miliardy,tryliony lepszy od tego Marvelowskiego chłamu dla niepełnosprawnych umysłowo nie ubliżając niepełnosprawnym. Nie wieje w tym filmie plastikiem i nie śmierdzi żydo-dolarami na taką adaptację komiksu czekałem i ją w końcu dostałem choć nie twierdzę że obawiałem się tej produkcji. Wiernie odwzorowany klimat Mega-City One.Hymm o czym tu więcej pisać zapraszam do kin i na torrenty.
    Najśmieszniejsze jest to że film oglądałem w wersji Cam i dało się go oglądać nawet pojawiła mi się łezka w oku bo przypomniała mi się złota era VHS.
    Pozdrawiam pokolenie lat dziewięćdziesiątych.

    • Crazy_Ivan

      no taaak… Avengers i inni bohaterowie przy TYM Dreedzie stali się po prostu śmieszni… jak zabawki dla małych dzieci…

      • pan_platfusek

        Zupełnie mnie rozpie***la nieumiejętność ludzi do pochwalenia jednego bez zgnojenia drugiego.

  • Wezyr

    Życzę powodzenia w kinach, ale naprawdę szkoda, że inne filmy zarabiają więcej w czasie pokazu przedpremierowego niż Dredd na przestrzeni tygodnia.

  • rar

    Aż zapragnąłem iść do kina :) Niestety, z tego co widzę, to wyświetlają ten film tylko w 3D. Poczekam więc na torrenta. Tak się traci klientów ;) Szkoda.

    A do Avengersów nie porównujmy. Ja akurat uwielbiam Marvela, ale komiksy różnią się od siebie tak samo jak książki, więc niektóre pórównania są nie na miejscu ;)

  • Amalech

    Byłem, widziałem, nierozsądnie wydałem 30zł. Recenzja na fantastyka.eu

  • Bobo

    Od kiedy to Carlos Ezquerra jest Brytyjczykiem?

    • Gamart

      W sensie tego, że magazyn jest brytyjski. Bo to było brytyjskie spojrzenie na Amerykę i amerykanów. Taki był główny koncept Wagnera, Millsa i Harrisa, którzy odpowiadali za główny Dreddowski „think tank”. Ezquerra jest oczywiście współtwórcą postaci, bo wizualizował konkretny pomysł Wagnera, ale sam koncept zrodził się z kliku pomysłów Brytyjczyków, żeby wykpić gargantuiczną pod koniec lat 70. amerykanizację. Ale racje, niejasno to brzmi, zwrócę Hiszpanowi co hiszpańskie :)

  • Jerry

    Po pierwsze wersja ze Slyem mimo pewnych wad kina lat 90-tych jest naprawdę udana. Po drugie chyba narzekanie na „The Raid” stało się modne (niekonsekwencja? bez żartów, od pierwszej sceny wiadomo co dostaniemy). Ale co do samej oceny to faktycznie nowy Dredd daje radę. Film ocieka klimatem, a Urban sprawdził się doskonale. Oby jednak zarobił to może zobaczymy kontynuację z lepszą historią w tle. Trzymam kciuki!

    • Gamart

      Nie mam absolutnie nic do „The Raid”. Miłe azjatyckie kino kopane. Jest jednak niekonsekwentne, bo klimat w pewnym momencie zmienia się diametralnie. Z ciekawego survivalu z grupką policjantów, gdzie każda kula oznacza śmierć, zamienia się w pochód jednej postaci, która otrzymując miliard ciosów nadal ma siłę, żeby zmierzyć się z bossem kolejnego levelu. Irytująca rzecz. „Dredd” dużo ściślej trzyma się reguł które sam sobie wyznacza i Urban robi to, co zapowiada, do końca filmu. A starego obrazu ze Stallonem nie cierpię, bo jest podle zjedzony przez te typowe i denerwujące elementy popcornowych widowisk lat 90. (zakontraktowane pokazywanie twarzy, powtarzane do znudzenia „żarty”, wpleciony na siłę wątek romantyczny i cholerny Rob „zepsułem Ci też Człowieka-demolkę” Schneider jako „comic-relief”). Klimatu komiksu to nie miało za grosz, a jedyne dobre elementy to Mean Machine Angel ze świetną charakteryzacją, prolog, szczęka Dredda w hełmie i muzyka Silvestriego.

      • Maciek „Ciuniek” Poleszak

        I jeszcze robot ABC ;)

        • mały

          Nie robot ABC został na siłę wpleciony z innej historii komiksowej.

      • Jerry

        Z „The Raid” to może kwestia oczekiwań, bo według mnie tej film jest super konsekwentny. Od pierwszej sceny w której poznajemy protagonistę (trenującego walkę wręcz) od razu założyłem czego się spodziewać i dostałem to z nawiązką. Według mnie survival z gliniarzami to był przez jakieś 3 minuty;)

        Co do „Dredda” za Slyem to może kwestia tego, że ja go nie traktuję jako ekranizacji tylko jako dość autonomiczny produkt. Stąd te popcornowe elementy (świetnie wypunktowane;) ) mnie jakoś nie rażą. A do tego moim zdaniem ten film góruje w jednym na „Dreddem 3d”. Ma dość zgrabną fabułę. W nowym filmie to czego mi najbardziej zabrakło to właśnie jakiejś historii, bo tutaj fabuła jest dość pretekstowa.

  • Wezyr

    Konkretna rozwałka przy dobrej industrialnej muzyce (aktualnie czekam na premierę wersji CD). Brutalność na poziomie Verhoevena, może nie tak groteskowa, ale na tle obecnych filmów akcji dość wyraźna. Całość trzyma poziom, nie nudzi. Przy małym budżecie udało się zrobić ciekawy wizualnie film. Gdyby kręcono ten film w latach 70., to do tej roli idealnie pasowałby Clint Eastwood.

  • Amalech

    Słabość, głupawość i przeciętność.
    fantastyka.eu

  • bu

    „Never let me go” jest ekranizacją książki. Trudno więc mówić o oryginalnym scenariuszu.

    • Gamart

      Oryginalnym w sensie tego, że wpisuje się w konwencję jego poprzednich scenariuszy, które w zaskakująco świeży sposób podchodzą do kina gatunków. Garland wyraźnie odcisnął swoje piętno na materiale źródłowym jakim jest książka Ishiguro (choćby położenie większego nacisku na dystopijne ramy świata przedstawionego) i dlatego film tak dobrze nadaje się do analizy porównawczej z innymi jego scenariuszami – nawet w oderwaniu od swoich korzeni.

  • Pyrovatis

    Musze przyznać, że chyba pierwszy raz nie zgadzam się z recenzją na KMF.

    Wiem, że to typ kina, który ma tryskać testosteronem, akcja goni akcję, itd. Jednak film mnie zawiódł.

    1. Dialogi są hmmm….. nie nazwałbym tego dialogami.

    2. Efekty specjalne są po prostu śmieszne, sceny śmierci zrobione jak w filmach klasy B o niskim budżecie. Jedynie slow motion oraz widok na miasto były naprawdę świetne.

    3. Akcja…. Jak dla mnie zerżnięte z Raid’a, jednak w nim sceny walki naprawdę ciekawie wyglądały, efektownie, a tutaj tylko strzelają, trafiają, ciało pada. Zero finezji, a chociaż tym się mogli wykazać. No była ona może w paru momentach, ale tak to leży.

    4. Fabuła – tutaj nie spodziewałem się fajerwerków i jest to jedyna rzecz, na której się nie zawiodłem. Dredd wchodzi, Dredd wychodzi a za nim stosy trupów.

    Ogółem 4/10

  • Maicon

    To jest najczystsze kino akcji!

  • Artur Gralla

    Dobry film i dobra recenzja az chce sie ogladac,co do literowek ha to jest Polska prosze pana zawsze sie znajdzie ktos komu sie bedzie cos nie podobalo.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

TRYLOGIA MATEK

Następny tekst

Nie ma, że boli



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE