Do szpiku kości | FILM.ORG.PL

Do szpiku kości




Wbrew wszystkiemu




Rafał Oświeciński
01.01.2012


Tutaj Ameryka jest prowincjonalna, brzydka, zacofana. Gdy jest bez makijażu widać jej zmarszczki, niedoskonałą cerę, wągry na brodzie, ropę w oku, które – w zestawieniu z nieświeżym oddechem – tworzą zaskakująco obskurancką całość, tak daleką od pięknej twarzy, którą posiadać powinna słynna Miss America. Raj utracony? Raczej piekło na nowo odkryte. Taka jest Ameryka w „Do szpiku kości” – brudna, zła i brzydka. 

Najpierw powiedzmy sobie o klimacie. Poczujcie to: wciąż mżawka. Wciąż wieje. Wciąż zza chmur nie wygląda słońce. Z drzew opadają ostatnie liście, które przykrywają nieostrzyżone trawniki i nierówno wydeptane ścieżki. Zaczyna padać śnieg. Huśtawka skrzypi, drzwi trzymają się ledwo na jednym zawiasie, tynk opada z elewacji. Nie dzieje się nic, jest spokojnie – nikt nie krzyczy, nawet nikt nic nie mówi. Do drogi daleko, więc nawet samochodów nie słychać (zresztą, cóż można usłyszeć, skoro większość aut to nieruchliwe graty, które na starość wylądowały w ogródkach). Na takie miejsca niektórzy zwykli mówić „dziura zabita dechami”, choć ów negatywny obraz nie oddaje przedziwnej… świeżości miejsca. Bo jesienna deprecha, która miast wywoływać ból skroni, fascynuje samym faktem bycia tak nastrojową, przynajmniej w oku kamery Michaela McDonougha. Miejsce odpychające, ale i oczarowujące. Dychotomia tego klimatu jest niezwykła.

Dalej, powiedzmy o tle. Na obraz – podrdzewiały od nieużywanych narzędzi i podgniły liśćmi jeszcze z zeszłego sezonu – nałóżmy bohaterów. Ogorzałe, surowe twarze, wolne kroki, brud pod paznokciami, brak jedynki z przodu, odór alkoholu ciągnący się od ostatniego wieczora. Co zaskakujące, ich karykaturalność jest bliska rzeczywistości – mimo pierwszego wrażenia, nie wyglądają jak klasyka redneckiego gatunku ludzkiego, cofnięta w czasie i przestrzeni, jakby wyrwana historycznym wyobrażeniom. Ludzie ulepieni z krwi i kości, uciekający od stereotypowych pojęć, choć jednocześnie mocno w nich tkwiący.
To znowu ta dychotomia.

Niezwykła aura filmu Debry Granik mocno zaskakuje, choć na pierwszy rzut oka „Do szpiku kości” powinno być przewidywalne – ot jankeska wariacja na tematy bolesne, prosto z dołów społecznych, ichni „Plac Zbawiciela” lub kino spod znaku naszych śląskich melancholii. Takie kino winno być wypełnione kliszami i przypudrowane gorszej jakości talkiem. Powinno nosić znamię zaangażowania i nie powinno unikać moralnej oceny ludzkiej degrengolady. A tu proszę – „Do szpiku kości” ucieka jak najdalej od przewidywalnych rozwiązań, co czyni film oryginalnym mimo wyraźnych oczekiwań względem gatunku, treści i wykonania.

Sama historia jest standardowym dramatem obyczajowym z kryminalnym wątkiem w tle. Do tego niesamowicie powolnym, sennym, skupionym na odtwarzaniu odpowiedniego nastroju. Żadnych fontann nowoczesnych bajerów montażowych i dźwiękowych, żadnych niepotrzebnych efekciarskich ujęć. Taka forma – o grzecznych kształtach, jak bozia przykazała – idealnie współgra z opowieścią. Gdzieś w Górach Ozark, amerykańskim interiorze, żyje rodzina: biedna, lecz zahartowana trudem życia w tak paskudnych okolicznościach przyrody. Ojciec gnije w więzieniu za dragi, matka popadła w demencję, więc wychowawcze sprawy bierze w swoje ręce 17-letnia Ree (rewelacyjna w tej roli Jennifer Lawrance). Na domiar złego – i to jest clue dramatu – rodzina w niedługim czasie straci dom, z powodu niefrasobliwości i zwykłego skurwysyństwa wspomnianego ojca, który na moment wyszedł na przepustkę. Znaleźć faceta i doprowadzić przed sąd – oto żywotny cel jego córki. A że o miejscu pobytu ojca wiedzą przede wszystkim lokalne oprychy, to spotkanie się z nimi i niewygodne negocjacje, mają wysoką cenę dla nastolatki.

Tyle pokrótce o treści, bo ona – w powyższym skrócie, przyznaję, mało fascynująca – jest na tyle wymagająca cierpliwości, że nie będę Was pozbawiał możliwości eksploracji tych terenów i własnej oceny zawiązania akcji. „Do szpiku kości” dostarcza bowiem wielu bodźców, z których każdy jest w jakiś sposób fascynujący. Wspomniany jesienny nastrój i tło dopełnia postać Ree, niezwykle ambitnej dziewczyny, której ambicja bierze się z przekonania o absolutnym braku perspektyw. Jej droga do ojca, pełna etycznych wybojów, prowadzi przez świat, który udowadnia jej jedno: nie możesz mieć nic do stracenia, bo już prawie wszystko straciłaś. Jedyne co zostaje do obrony to nieuświadomione (jeszcze) nieszczęście dwójki rodzeństwa i schorowanej matki. I tego warto bronić – warto narazić się na szyderstwa, plotki, ciosy. Tym bardziej łatwiej się na nie naciąć, bo jest się kobietą. To dodatkowa przeszkoda w konserwatywnym świecie zapyziałej prowincji, w którym role płciowe są z góry ustalone, a wszelkie od nich odstępstwa są piętnowane. Ograniczone możliwości zostały więc jeszcze bardziej ściśnięte w gorsecie ogólnej biedy.

Najciekawsza jest jednak grupa nacisku w świecie Ree. Więzy krwi, które trzymają wszystkich razem i które usprawiedliwiają wiele poczynań, są naznaczone sznytem mafijnym. Sposób budowy pozycji społecznej, miejsce w hierarchii, sposoby kontaktowania się z rodziną, nagrody, kary, egzekucja zleceń – to wszystko ma ustalony z góry protokół, oczywiście nieoficjalny, zbudowany na bazie ogólnego ubóstwa: braku wykształcenia, pracy, świadomości swojej pozycji i potencjalnych szans na zmianę. Świat wokół Ree jest przesiąknięty brudem, choć ona sama pozostaje niewinna. Do czasu, zapewne, bo główną zasadą przetrwania jest dostosowanie się, spokojny konformizm. Tego wymaga wspólnota.

To ukryte tło jest najciekawsze. Debra Granik bawi się ciszą, nastrojem, jesienią. Buduje klimat, w którym to, co przewidywalne i stereotypowe, ma swoje realistyczne fundamenty. Bieda, desperacja, zgorzknienie i agresja nie przybierają tu karykaturalnych form, choć są wykute na bazie szybkich skojarzeń. Nawet niepokalana blondynka, odważna i pełna dumy, płynnie wpisuje się w ten krajobraz degrengolady, choć – zgodnie z oczekiwaniami – powinna bezwolnie łkać i cierpieć przede wszystkim, bo przecież cały świat jest przeciwko niej. Może właśnie tutaj czai się różnica między kinem jankeskim a polskim w prezentowaniu biedy na ekranie: u nas się nią epatuje, to na niej skupiony jest obiektyw, a Amerykanie robią z niej tylko (i aż) ciekawe tło do intrygi kryminalno-obyczajowej. Z tego powodu do „Winter’s bone” mogę użyć określenia, które stanowi kwintesencję dobrego kina – film niebanalny.

Rafał Oświeciński

Rafał Oświeciński

REDNACZ at FILM.ORG.PL
Celuloidowy fetyszysta.
Kino istnieje nie tylko dla rozrywki. Powinno budzić emocje. Powinno szokować ibulwersować. Powinno bez skrupułów zmuszać mózg i serce do wytężonej pracy. Dlatego wolę nieudane eksperymenty od udanych średniaków tworzonych od linijki.
Rafał Oświeciński











Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Pretensjonalne banialuki zapracowanego Malicka

Następny tekst

Ciekawy przypadek Benjamina Buttona



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE