Django - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Django

Western Tarantino. Trzeba coś dodawać?




Czarny symbol wolności




Jakub Piwoński
18.01.2013


Quentin Tarantino, czołowy postmodernista Hollywood – jakiż to wyświechtany zwrot –  w swej twórczości systematycznie naginał zasady dawnej gatunkowości. Jego filmy dały się poznać jako wyjątkowe zabawy konwencją, które wpuszczały powiew świeżego powietrza w skostniałe formuły narracyjne. Jednak gatunkiem, w którym Quentin Tarantino od zawsze miał upodobanie, z którego czerpał garściami, i do którego zawsze starał się odwoływać, był western – ściślej, jego włoska odmiana (więcej w innym artykule na stronie).

Co ciekawe, nawet o swoim „Pulp Fiction” potrafił mówić jako o rockandrollowym spaghetti westernie. Przyszedł w końcu moment, w którym twórca ten mógł w pełni dać upust swojej fascynacji, tworząc film dokładnie wpisujący się w ramy ulubionego gatunku. Jego bohater przywdziewa więc buty z ostrogami, na głowę wrzuca kapelusz, dopina swój rewolwerowy pas, wsiada na konia i rusza razem z nami w przygodę rodem z Dzikiego Zachodu, lub będąc dokładnym, dzikiego południa.

django-unchained-10

Historia Django zaczyna się od oswobodzenia. Czarnoskóry protagonista z łańcuchów niewolnictwa zostaje wyzwolony przez niemieckiego dentystę-łowcę nagród, dr Kinga Schultza. By nadać cel jego działaniom, Tarantino sięgnął po germańską legendę o Brunhildzie. Django zatem niczym mityczny Zygfryd, musi uwolnić swoją ukochaną z więzienia, którym w filmie jest największa plantacja bawełny położona w Mississipi, Candyland. Plantacją zarządza okrutny i demoniczny Calvin Candie, który w bezceremonialny sposób obchodzi się ze swoimi podwładnymi. By wyciągnąć zniewoloną żonę wprost z paszczy lwa, potrzebny jest jednak dobry plan… Fabularnym punktem wyjścia staje się więc nie kolejna droga zemsty, jak sugerują media, lecz uniwersalna opowieść o miłości.

Scenariusz „Django”- co dziwić nie może – pełen jest gatunkowych odniesień i cytatów. Wszak tytułowy bohater jest przecież kolejną wariacją klasycznej postaci spaghetti westernów. Tą najbardziej znaną kreacją Django był oczywiście Franco Nero w filmie z 1966 roku. Niebieskooki bohater do dziś stanowi – obok Bezimiennego Clinta Eastwooda – popkulturowy wzór tajemniczego i charyzmatycznego kowboja bez przeszłości. Tarantino nie chcąc kopiować dobrze znanego charakteru, nadał mu własną interpretację. Co ciekawe, obie „wersje” spotykają się w jednej ze scen w filmie i mają okazję do zaskakującej konfrontacji. Nowy Django staję się więc symbolem wykorzystanym na nowo, nośnikiem do poruszenia ważnych dla historii Ameryki kwestii.

I tu dochodzimy do meritum, podstawową bowiem cechą narracji „Django” nie jest jej intertekstualność, a tematyka, z jaką śmiało i bezkompromisowo się mierzy.

django_unchained_1

Oglądając „Django” ma się wrażenie, że losy protagonisty kryją w sobie pewną metaforę. Klasyczny amerykański schemat narracyjny – od zera do bohatera – nabiera nowego kształtu. Uciśniony i pogardzany przedstawiciel czarnej ludności – sprowadzanej do Nowego Świata w celu pełnienia roli najtańszej siły roboczej – po swoim oswobodzeniu stopniowo przeistacza się w jednostkę świadomą własnej tożsamości. Z czarnego niewolnika staję się zatem wzbudzającym szacunek i uznanie afroamerykaninem.

Spisana krwią historia niewolnictwa ukryta jest więc w drodze głównego bohatera i jego metamorfozie. Tym trudniejsze do przyjęcia są zarzuty Spika Lee, bojkotującego najnowszy film Tarantino, w swej argumentacji skupiającego się głównie na sumie nieparlamentarnych słów wypowiadanych w stosunku do czarnoskórych bohaterów. Według Lee, reżyser „Django”, także przez humorystyczną tonację, drwi sobie z niechlubnych kart historii Ameryki. Dla mnie jednak obraz ten pozostanie jednym z bardziej sugestywnych, filmowych rozliczeń z rasizmem. Tarantino potrafi szybciej i dosadniej trafić w sedno problemu, gdyż jest w tym, jak i we wszystkim co robi, niebywale szczery. Miast moralizować – szokuje, dzięki czemu po seansie zostawia trwały ślad prawdy, którą chciał przekazać.

8
Znamienny dla fabuły westernu Tarantino jest też inny fakt. Reżyser tym razem postawił na liniowość. Zaburzona chronologia wydarzeń, która od lat stanowi znak rozpoznawczy filmów tego autora, musiała uznać wyższość liniowej narracji. Jeśli miałbym więc wskazać film z jego dorobku, do którego „Django Unchained” zbliża się w swej konstrukcji, musiałbym cofnąć się aż do „Jackie Brown” (co ciekawe, w tym wypadku zbieżny jest także kolor skóry głównej postaci). Zabieg ten został jednak podjęty w pełni świadomie i przemyślanie. Dzięki liniowej narracji i wpisanym w nią westernowym detalom, Tarantino mógł lepiej oddać hołd gatunkowi, który go określił. Da się więc zauważyć, iż tym razem typowy pastisz przyćmiony jest pokładem szczerej nostalgii.

Pisząc o filmach Quentina Tarantino i nie wspominając o szerokiej gamie wyjątkowych postaci w nich zawartych, to niemal tak, jak zachwycać się urodą pięknej kobiety bez zwracania uwagi na jej oblicze. Zespół aktorski otwiera Jamie Foxx wraz ze swoją interpretacją kultowej już postaci. Choć w charyzmie daleko mu do pierwowzoru Django, to jednak – jak sugerowałem wcześniej – nie o bycie nowym Franco Nero się tu rozchodziło (acz rewolwerem posługuje się równie sprawnie). Foxx powoli rozwija wachlarz swoich możliwości, gdyż wie, iż wcielając się w byłego niewolnika, nie może przesadzać z ekspresją, by nie wypaść nieautentycznie. W celu docenienia sposobu gry Foxxa, należy uwolnić go od porównań i zrozumieć specyfikę jego symbolicznej postaci.

django-unchained-1

Inaczej ma się jednak sprawa z drugim planem, który w filmach Tarantino zawsze jest ciekawiej rozpisany. Christopher Waltz i Leonadro DiCaprio podzielili się mistrzostwem ceremonii. Pierwszy z nich zagrał wyzwoliciela Django, doktora Shultza. Drugi to główny czarny charakter, czyli Calvin Candie. Obie te postaci kontrastują ze sobą w aspekcie wyznawanych wartości. Dr King Shultz to idealista, przedstawiciel oświeconej Europy, w której prawa jednostki stanowią cywilizacyjny fundament. Calvin Candie to z kolei uosobienie najgorszych cech ówczesnych władców Południa Stanów Zjednoczonych. Podobno Tarantino tworząc tę postać, wzorował się na historycznym królu Francji, Ludwiku XIV. Candyland byłaby w takim wypadku Wersalem, władanym przez rozwydrzonego dziedzica swego rodu.

Rywalizacja tych dwóch intelektów zagrana jest wprost koncertowo. To do nich należą najważniejsze kwestie i sceny w filmie, na których oparty jest ideologiczny ciężar filmu.

Nie sposób nie przywołać kluczowej dla filmu sceny, w której DiCaprio uskutecznia frenologiczny wywód, mający na celu dowieść wyższość rasy białej nad poddańczą rasą czarnych. Ciekawostką jest, iż skaleczenie do jakiego w tej scenie dochodzi, było autentyczne. DiCaprio zupełnie nie zrażony tym faktem kontynuował deklamację swej kwestii. W grze Waltza z kolei wyczuć można resztki Hansa Landy z „Bękartów wojny” (wszak znowu wciela się w łowcę głów) – nie dajmy się jednak zwieść opiniom, jakoby tę postać tylko sucho powielał. W dalszym planie błyszczy także Samuel L. Jackson i jego stary kamerdyner Stephen, od lat wierny Candiemu, do szpiku przesiąknięty ideologią białej rasy. Jest to postać istotna, gdyż swą postawą stanowi jawne zaprzeczenie wolnościowych zapędów głównego bohatera. Nastawienie Stephena ma sugerować, że nie wszyscy czarnoskórzy niewolnicy byli przekonani co do  konieczności ich wyzwolenia.

Minusy? Historyczni puryści będą czepiać się nieścisłości. Dynamit, będący ważnym rekwizytem filmu, został wynaleziony w 1867 roku, podczas gdy akcja filmu rozgrywa się w roku 1858. Podobna sytuacja jest z Ku Klux Klanem, którego pierwsze grupy zawiązały się tuż po wojnie secesyjnej, w 1865 roku. Nie przeszkodziło to jednak twórcom w umieszczeniu w filmie jednej z tych rasistowskich band. Niecierpliwi będą narzekać na przesadne rozciągnięcie niektórych scen, przedłużenie dialogów, których efektem może być uczucie znużenia pojawiające się w trakcie seansu. Jednak to chyba oczywiste, że przy odpowiednim zaangażowaniu i podejściu do tego dzieła, wspomniane wady nie będą wstanie odegrać większej roli w procesie jego odbioru.

Tarantino ponownie zachwyca treścią i formą.

Jego najnowszy film wart jest najwyższych słów uznania głównie za pietyzm, z jakim przetwarza gatunkowe schematy. Mitotwórczy western posłużył do ukazania niezwykle wiarygodnego w swym wydźwięku rozrachunku z niewolnictwem… Chciałoby się powiedzieć, że nowy film niepokornego autora jest jak bukiet kwiatów. Bukiet, który zachwyca starannością w doborze barwnych elementów. Bukiet, którego przesłaniem mają być jednocześnie podziękowania i przeprosiny. Nie winno się przeceniać jego wartości, gdyż dany jest szczerze i bezinteresownie.

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Film fascynuje mnie odkąd sięgam pamięcią. Każdy seans jest jak nowa przygoda, nowa podróż, która pozwala przenieść się do miejsc jeszcze nie odwiedzonych, poznać ludzi jeszcze nie poznanych, zmierzyć się z problemami jeszcze nie doświadczonymi. Każdy seans pozwala lepiej zrozumieć otaczający mnie świat, lub utwierdzić w tym co już zdążyłem zrozumieć. Szukam przesłań, tych oczywistych, bądź ukrytych w drugim dnie dzieła.
Jakub Piwoński






  • Co do historycznych purystów – zawsze śmieszyły mnie pretensje w stosunku do filmów QT, że można znaleźć w nich „przekłamania”. Jeśli ktoś chce uczyć się historii z amerykańskiego kina rozrywkowego to już nie wina Quentina :) Np. ze wspomnianą sceną nawiązującą do Ku Klux Klanu – w filmie nigdy nie pada ta nazwa. To był tłum chcący dokonać linczu na bohaterach, worki na głowach służyły ukryciu tożsamości w przypadku ewentualnych świadków. A że swym wyglądem i zachowaniem przypominali przyszły KKK? Na tym polegał żart. Filmy Tarantino w pierwszej kolejności mają być cool, a nie stanowić adaptację podręczników do historii.

    • Lehoo

      Popieram, dla mnie ta scena nie jest żadnym „przekłamaniem” historii. Dodam też, że np. nawiązanie do Aleksandra Dumasa jest jak najbardziej w zgodzie z historią – zarówno data wydania „Trzech muszkieterów” i fakt, że był mulatem. Czasem jednak można czegoś się nauczyć z filmów QT ;)

      • Jasne, z każdego filmu można się czegoś nauczyć. Ale biorąc pod uwagę kino rozrywkowe, raczej będzie to nauka mimochodem, a nie przede wszystkim :) Czasami nawet w najdziwniejszych filmach można znaleźć ciekawostki mające pokrycie w rzeczywistości.

    • Jakub Piwoński

      ponadto, nie wyobrazam sobie zeby ta przekomiczna scena nie pojawila sie w filmie tylko dlatego, ze gang, ktory jak mowisz jeno przypomina KKK, historycznie pojawia sie dopiero kilka lat pozniej.

      • Ano właśnie. Lepiej dla filmu rozrywkowego żeby polegał na inteligencji odbiorców, a nie trzymał się kurczowo faktów. W przeciwnym razie Monty Python nie zrobiłby wielu skeczu, m.in. z zabójczym żartem :)

  • Newfolder

    A w moim mieście Tychy nawet nie ma w kinowym repertuarze filmu Django :(
    Taki offtopic.

    • mk

      Spoko, niedługo Multikino w Tychach.

  • Troszkę za dużo analizowania w tej recenzji (widać, że autor nie oglądnął tego filmu jeden raz w dniu premiery, tylko kilka razy dużo wcześniej). W recenzji wolałbym trochę więcej konkretów i opinii, a trochę mniej zagłębiania się. Później i tak powstanie pewnie setki artykułów analizujących dzieło Quentina. A fakt faktem, film wyśmienity. Ogląda się go z wypiekami na twarzy, chłonąc każde wydarzenie i każdy dialog bez opamiętania. Tarantino pokazuje, że nic nikomu nie musi już udowadniać. Bawi się chłop wyśmienicie, leje na opinie mędrców z Hollywood a przy tym my otrzymujemy wspaniały film.

    • Jakub Piwoński

      nie trzeba ogladac filmu po kilka razy, zeby dojsc do powyzszych wnioskow :) moze nie powinienem sie przyznawac, ale film ten poki co widzialem tylko raz. boje sie jednak pomyslec jak wygladalaby moja recka gdybym „django” obejrzal kilkakrotnie. za uwagi jednak dziekuje.

  • Mat Blood

    Ten film nie ma nawet 1/10 magii którą miały stare spaghetti westerny z „Dobry, zły i brzydki” na czele. Tarantino sam nie wiedział co chce zrobić, czy pastisz, czy dramat czy western więc wrzucił wszystkiego po trochu. A jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego. Ten film ratują tylko aktorzy z genialnym Leo na czele. Cała reszta bardzo przeciętna jak na tego reżysera.
    Z sentymentu 6/10

    • humbug

      Tarantino zrobił film tarantinowski. Nie żaden spaghetti western ani western klasyczny. Po prostu Django to JEGO film, który jest i pastiszem i dramatem i westernem i komedią i wszystkim tym czym chce być. Albo to czaisz albo nie.
      Genialny film z genialną całą resztą.

  • Pingback: Django - rezencja | Męskie Pisanie()






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Quentin Tarantino – poszukiwany żywy lub martwy

Następny tekst

Urwany film #19 - Django



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE