Diana | FILM.ORG.PL

Diana

„Titanic” to nie jest, ale widać, że reżyser chciał, by łzy się polały i żebyśmy wczuli się w losy legendarnej księżnej Walii.




Damski hicior




Ewelina Świeca
21.09.2013


Jeśli „Upadek” Olivera Hirschbiegela potraktujemy jako męskie kino, to najnowszy film reżysera można określić mianem kina kobiecego. „Diana” to nieskomplikowany fabularnie damski hicior służący wzruszeniom i marzeniom.

„Diana” nie jest filmem biograficznym ukazującym całe życie księżnej Diany, a jedynie pokazaniem jednego z jej związków, tu przedstawionego jako bardzo ważny, a być może najważniejszy w jej życiu. Nie ma w filmie brytyjskiego dworu, królowej Elżbiety, księcia Karola, o książętach Williamie i Harrym jedynie się mówi. Środek ciężkości przypada w momencie końca separacji oraz rozwodu Diany i Karola, kiedy to Diana przypadkiem poznaje lekarza pakistańskiego pochodzenia, Hasnata Khana, a następnie zakochuje się w nim. Wątek miłosny jest dla filmu nadrzędny. Oglądamy historię miłości Diany oraz Hasnata, rodzenie się uczucia i problemy związane z ukryciem go przez mediami, jak również troski wynikające z życia u boku członkini najpopularniejszego na świecie dworu królewskiego. W tle były związek Diany z Karolem i nagle pojawiający się romans z producentem filmowym Dodim Al-Fayedem – być może tylko wykreowany z myślą o mediach? Drugi wątek – Hasnat jest lekarzem z powołania, ratowanie życia i pomaganie chorym to jego pasja, a Dianę to zachwyca i pokrywa się z jej misją niesienia pomocy potrzebującym, działalnością charytatywną, próbą zwrócenia uwagi na krzywdy ludzkie wywoływane wojnami i polityką. Trzeci wątek to Diana i jej psychika: dźwiganie ciężaru bycia księżną, pragnienie mężczyzny, który by ją pokochał, radzenie sobie z traumami przeszłości, jej potrzeby i marzenia. Wszystko w otoczeniu fleszów fotoreporterów, którzy tylko czekają, by „upolować” Dianę.

Na ile przedstawiona historia uczuciowa pokrywa się z faktami, trudno mi stwierdzić, znawcą biografii księżnej nie jestem. Książki, na podstawie której nakręcono film, „Diana – Her Last Love” (Kate Schnell), nie czytałam i nie wiem, na ile jest prawdziwa. Czasami trudno wierzyć w fakty potwierdzane przez świadków, znawców, historyków, bo i te mogą być tylko mistyfikacją, pewną wizją zdarzeń. A co dopiero zawierzać w to, co mogła czuć i czy akurat takie a nie inne motywacje miała Diana – nie mam zamiaru zgadywać, szkoda czasu na domysły. Film traktuję jako bajkę (o księżnej), co prawda smutną bajkę, bo bez happy endu. „Diana” to kilka faktów i próba ubrania ich w motywacje, uczucia, nastrój tak, by zachwycić widza, by myślał, że teraz poznał prawdę.

Ta prosta historia miłosna z dramatycznym zakończeniem przedstawiona jest w zasadzie chronologicznie, z jedną retrospekcją: cofamy się w czasie o kilka lat za pomocą montażowego triku przechodzenia przez ścianę z jednego miejsca i czasu do innego, następnie już po kolei oglądamy to, co się wydarzyło, aż dochodzimy do pierwszej sceny filmu. Retrospekcja i klamra narracyjna urozmaicają ten film. Pojawiają się też próby urozmaicenia zdjęć i montażu. Oprócz zbitki ujęć i przeciwujęć w planie amerykańskim romansującej pary, widać starania w ustawieniu kamery, która kręci z podłogi, z lotu ptaka, z maski samochodu. Jest ujęcie z kamery przemysłowej, panoramiczne kręcenie okien w kamienicy i akcji w nich, widok przez obiektyw aparatu, czy też już wspominane wprowadzenie retrospekcji. To sprawia, że film jest atrakcyjniejszy wizualnie niż oglądadło klasy B albo serial w telewizji. Melodramatycznego nastroju dodaje muzyka, która „gra” w filmie (Diana grywa na fortepianie, Hasnat jest fanem jazzu) i która stanowi tło uczuciowe dla miłosnych perypetii pary. Do tego blichtr apartamentu Diany, jej stroje, podróże, spotkania na szczycie, paparazzi – i uzbierało się na hit kinowy. Poza tym legendarna Królowa Ludzkich Serc prywatnie – jako zakochana, zdradzana, zostawiona, w gruncie rzeczy prosta kobieta z wielkim sercem, której trafiło się zostać księżną – co czuła, jak sobie z tym radziła? Mimo wrażenia hitu kinowego, dialogi tego filmu są płaskie, a tandetnie brzmiące wypowiedzi nieraz już słyszeliśmy z ust aktorów w scenach miłosnych.

Co do gry aktorskiej, to film zdominowany jest przez odtwórców głównych postaci. Innych znaczących, rozbudowanych, oszałamiających grą aktorską ról nie ma. Hasnat, grany przez Naveena Andrewsa, jest jak Sayid z „Lostów”, od czego nie mogłam się uwolnić podczas oglądania „Diany”. Nie zachwyca swą grą, brak mu autentyczności, dramatyzmu. Co do Naomi Watts, no – tu już jest lepiej, a tę rolę widzę z dwóch stron. Z jednej, gdy aktorka gra Dianę podczas oficjalnych wystąpień, wydarzeń, przemówień, akcji, kiedy jest księżną. Tutaj dostrzec można pracę i zaangażowanie Watts, by gestami, mimiką, ruchami oraz postawą ciała (plus strój i fryzura), odtworzyć wiarygodnie Dianę. Takie są sceny wywiadu dla telewizji, przechodzenia po czerwonym dywanie, przemówień (będące próbą kopiowania tych nagranych w rzeczywistości). Z drugiej strony są sceny, w których oglądamy Dianę prywatnie, wtedy Watts jest melodramatyczna – na swój powtarzalny sposób, chociażby tak, jak w  ostatnich jej filmach: „Niemożliwe”, „Idealne matki”. A porównując szerzej – rola Diany nie umywa się do roli Jasmine (Kate Blanchett) w ostatnim filmie  W. Allena.

Atrakcją mogą być smaczki z dworu królewskiego – trudno powiedzieć, na ile plotkarskie, a na ile prawdziwe? To, że Diana nie chodziła po domu w szpilkach i nie tapirowała włosów, że sama robiła tosty, albo że wykorzystywała swoją pozycję do „załatwienia” sobie czegoś – w takie zdarzenia jestem skłonna uwierzyć. Ale czy nosiła perukę, gdy szła na potajemną randkę gdzieś w miejsce publiczne, czy jeździła w bagażniku, żeby nie dorwali jej paparazzi, albo czy pożyczała kiepskie auto od kamerdynera, dając mu swoje audi w zamian – to brzmi intrygująco, ale ile w tym faktu?

„Diana” jest melodramatem skierowanym do kobiet. Nie sądzę, by mężczyźni zachłysnęli się historią Diany, przedstawioną pod kątem jej uczuć do ukochanego mężczyzny. „Titanic” to nie jest, ale widać, że reżyser chciał, by łzy się polały i żebyśmy wczuli się w losy legendarnej księżnej Walii. Film z serii błyszczących damskich filmideł, dzięki opowieści o perypetiach uczuciowych słynnej Lady Di można zapomnieć o troskach codziennego życia.







  • Andriej

    „błyszczące damskie filmidło” ha ha ha, dlatego właśnie często sugeruję się waszymi recenzjami.

  • szczyglis

    Kurcze, w pierwszej chwili pomyślałem, że to pomalowany Clive Owen tam na fotce ;)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Czas na miłość

Następny tekst

Fota #77 - The Mask



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE