DANNY BOYLE I JEGO FILMY – Niebiańska plaża (2000) | FILM.ORG.PL

DANNY BOYLE I JEGO FILMY – Niebiańska plaża (2000)

Oceniamy czwarty film Danny'ego Boyle'a








12.11.2015


Filip Jalowski

Dostrzegam słabości Niebiańskiej plaży. Zdaję sobie sprawę, że scenariusz tego filmu wygląda tak, jakby pisano go sekwencjami, po cichu licząc na to, że w końcu wszystko samo złoży się w spójną całość. To wszystko nie przeszkadza jednak w tym, aby w moim osobistym rankingu filmów Boyle’a stawiać ją na pierwszym miejscu.

Jest w tym sporo sentymentu do czasów, w których powstała, do muzyki Moby’ego, czy popowego numeru All Saints, promującego film na listach przebojów. Nostalgia to jednak nie wszystko. Kiedy pochylimy się nad Niebiańską plażą wystarczająco uważnie, można odnaleźć w niej sporo ciekawych pomysłów i przemyśleń, bo jest i o iluzoryczności utopii, i o zmianie z idealistycznego chłopca w faceta, i o stosunkach, jakie powstają między ludźmi w sytuacjach kryzysowych, a mnożyć można oczywiście dalej. Tak, jak wspominałem, wiele wątków zostaje niestety urwanych zbyt wcześnie, jedynie nakreślonych i pozostawionych w najmniej oczekiwanym momencie, ale nie zmienia to faktu, że po seansie zostają one w głowie i, w rytm Porcelain Moby’ego, wracają, nie dając spokoju. Jest w końcu ta scena z rekinem i człowiekiem konającym po jego ugryzieniu. Uwielbiam to, w jaki sposób przełamuje sielankową stylistykę filmu, sprowadzając go na znacznie mroczniejsze tory. 8+/10

the-beach3

Krzysztof Walecki

Oczekiwania były ogromne. Boyle wziął na warsztat książkę Alexa Garlanda, powszechnie chwaloną, a w niektórych kręgach szybko uznaną za kultową. Do roli głównej zatrudnił Leonarda Di Caprio, naówczas bożyszcza nastolatek, co zakończyło się kłótnią między reżyserem, a dotychczasową gwiazdą jego filmów, Ewanem McGregorem. Miało powstać dzieło na miarę „Trainspotting”, głos pokolenia, wychowanego na grach video i poszukującego nowych rzeczy, miejsc, podniet. Tymczasem „Niebiańska plaża” stała się wielkim rozczarowaniem, obrazem równie płytkim w swej wymowie, jak marzenie o tytułowym raju na Ziemi.
Początek jest jeszcze obiecujący – brudny, ale pociągający Bangkok, monologi głównego bohatera oraz rewelacyjny Robert Carlyle jako szalony Szkot. Boyle kręci to jak natchniony, zaś zmysł muzyczny po raz kolejny go nie zawodzi. Ale po wylądowaniu na tytułowej plaży pozostają już tylko bajeczne obrazy oraz pomysły, które nie przekonują. Słychać echa „Władcy much”, słychać Moby’ego, lecz nie bardzo wiadomo dokąd to wszystko prowadzi, i co ma z tego wynikać. Chyba tylko banalna prawda, że każdy piękny sen kiedyś się kończy, a potem trzeba wrócić do prawdziwego życia.  3/10

the-beach4

Rafał Oświeciński

To ten moment, w którym po niezbyt udanym „Życiu mniej zwyczajnym” – głównie chodzi o brak sukcesu kasowego i artystycznego – i wielkim oczekiwaniu na coś, co dorówna głośnemu debiutowi i wydarzeniu, jakim okazał się „Trainspotting”. Boyle, podobnie jak z Irvine Welshem, wziął do ręki kultową książkę znanego autora i postanowił zrobić film. Chwycił do współpracy Leonardo DiCaprio, dojrzewającą szybko gwiazdę Hollywood przełomu wieków, na soundtrack wrzucił Moby’ego, Underworld, Orbital, The Chemical Brothers, Junkie XL, w tło wstawił prawdziwie niebiańskie tajskie plaże… Nie da się nie podejść do tego filmu pozytywnie i z nadzieją na intrygujące kino, tym większe rozczarowanie mnie spotkało, bo to w sumie bardzo banalna rzecz. W samych banałach nie ma nic złego, o ile są one podane szczerze, z pasją, z nieoczywistymi wnioskami – tutaj za wzór mógłbym postawić najlepszy z banalnych filmów, „Into the Wild”, który niejako idzie tym samym tropem. U Boyle’a brakuje jednak emocjonalnego dociśnięcia pedału gazu, mimo audiowizualnych fajerwerków. OK, niebiańska plaża to ciekawa utopia, która – jak to utopia – pozostaje w sferze marzeń, bo życie nie jest i nie będzie adekwatne do jej pięknego wyglądu. Konstatacja dość błaha, choć na pewno nie twierdzę, że bezwartościowa. Boyle mógł zrobić film na pewno lepiej. 6/10  

Ekipa KMF

Ekipa KMF

Tekst redakcji Film.org.pl
Ekipa KMF






  • Paweł

    Wiecie co, a ja bardzi lubie ten film i to nawet jeśli wszyscy uważają za banalny. Gdzieś trafiłem na zwrot „guilty pleasure” i to jest właśnie to pomimo ponurego nastroju pod koniec. Wielki pozytyw.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

SUFRAŻYSTKA. Czyny, nie słowa

Następny tekst

STEVE JOBS. Myśląca maszyna



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE