Człowiek zwany ciszą. Spaghetti western Sergio Corbucciego | FILM.ORG.PL

Człowiek zwany ciszą. Spaghetti western Sergio Corbucciego

Niespodziewany cios w szczękę wynosi ten zimowy western na wyższy poziom.




Spaghetti na zimno




Piotr Han
02.06.2012


 

Niniejszy tekst zdradza istotne elementy fabuły filmu.

[Słów kilka o spoilerach. Z racji tego, że film jest mało znany to chciałem ich uniknąć. Doszedłem jednak do wniosku, iż „czysta od spoilerów” recenzja Człowieka Zwanego Ciszą nie ma sensu. Owe elementy fabuły są bowiem zbyt istotne, aby bez ich zdradzenia możliwa była choćby pobieżna analiza. Zatem, jeżeli ktoś już słyszał o tym nietypowym westernie i ma ochotę go obejrzeć – niech nie czyta dalej, tylko bezzwłocznie zabiera się do dzieła. Pozostali mogą śmiało czytać, być może taka recenzja zachęci kogoś do zapoznania się z tym zapomnianym, acz smacznym Spaghetti.  Dodam, że ja skonsumowałem je znając zakończenie a mimo to nie żałowałem.]

Western to pustynia, palące słońce i wszechobecny pył. Ciężko jest sobie wyobrazić, aby mogło być inaczej. Nawet w czasach, gdy dekonstrukcji poddawane są wszystkie schematy nikt nie zdecydował się na ‚schłodzenie” westernu. Dlatego, każdy, kto chciałby zobaczyć, jak taka mieszanka smakuje ‚zmuszony jest’ zapoznać się z niemal antycznym dziełem Sergio Corbucciego o jakże westernowym tytule: Człowiek Zwany Ciszą (org.:Il Grande Silenzio. Jest to chyba jeden z nielicznych przypadków, gdy polskie tłumaczenie jest lepsze niż oryginał). Śnieg jest niezwykle „filmowy”, można powiedzieć, iż został on stworzony specjalnie na potrzeby kinematografii, w znaczący sposób poszerza bowiem spektrum możliwości inscenizacyjnych. Jeżeli, pamięta się, iż znakiem firmowym spaghetti westernów jest zamiłowanie do konstruowania efektownych ujęć, staje się oczywiste, iż taki mariaż zwyczajnie nie mógł się nie udać.

Zawiązanie akcji jest proste i cudownie westernowe. W górach ukrywają się przestępcy. Za ich głowy wyznaczona jest wysoka nagroda. W okolicy mrowi się więc mnóstwo łowców nagród. Do miasta przybywa jednak samotny rewolwerowiec. Dziwnym zbiegiem okoliczności cierpi on na nieuleczalną alergię na najemników. Jeżeli doda się do tego, iż charakteryzuje się niemal nadnaturalnymi umiejętnościami strzeleckimi to reszta jest już –  nomen omen – milczeniem. Rozpoczyna się mroczna i brutalna bajka, którą nie łatwo jest wyrzucić z pamięci.

Reżyser umiejętnie wykorzystał możliwości, jakie daje osadzenie akcji w zimowej scenerii.

Corbucciemu udało się zbudować niesamowitą, odrealnioną atmosferę. Całość spowita jest nieco surrealistycznym klimatem, który nasuwa skojarzenia z miasteczkiem Twin Peaks, czy filmami Herzoga (pamiętny kadr: cztery prostytutki kopiące grób). Oniryczna ścieżka dźwiękowa autorstwa – jakżeby mogło być inaczej – Ennio Morricone tylko potęguje takie odczucia.

Warto jeszcze poświęcić uwagę głównemu bohaterowi – IL Silenzio. Ciężko jest sobie wyobrazić western bez małomównego jeźdźca znikąd. Nie inaczej jest w tym przypadku. Jednak „Ten Drugi” Sergio puszcza oko do westernowych wyjadaczy i bohaterem czyni „oficjalnego”  niemowę. Paradoksalnie czyni go to mniejszym badasem od „klasycznych” twardzieli. Oni nie mówili z wyboru, Il Silenzio milczy, bo musi. (Na szczęście, posiada on szpanerski pistolet, który poprawia jego notowania.)

(Strefa szczególnie naładowana spoilerami. Czytelniku, jeżeli zostałeś już zachęcony do zapoznania się z filmem wróć tutaj dopiero po seansie.)

Kino gatunkowe rządzi się swoimi prawami. Jednym z nich jest tzw. dogmat o niezniszczalności głównego bohatera. Oczywiście, wielu poświęcało życie dla ratowania innych, ale tak, czy inaczej sprawa, o którą walczyli zawsze triumfowała. Widz wychodził z kina pokrzepiony i podbudowany na duchu.

Przez praktycznie cały film Człowiek zwany ciszą nie wykracza poza konwencję mrocznego (spaghetti) westernu. Psychopatyczny czarny charakter, milczący mściciel który nigdy nie chybia, piękna kobieta. Wszystko jest na swoim miejscu. Jednak, w pewnym momencie  Il Silenzio zostaje – totalnie niespodziewanie – zabity w pojedynku. Mało tego – jego towarzysze zostają bestialsko wymordowani a sprawa, o którą walczył jest przegrana. Zło odnosi absolutny triumf. Widz do ostatniej chwili nie wierzy, że historia może się tak skończyć. „Przecież to western, do cholery! Ktoś musi ich uratować!” Nic takiego się nie dzieje, herszt łowców nagród przywłaszcza sobie wspomniany wcześniej unikatowy pistolet i odjeżdża w siną dal. W kilka minut wszystkie reguły gry zostały złamane. A Widz siedzi z otwartą buzią i drgającą nerwowo powieką. I bardzo dobrze! Niespodziewany cios w szczękę wynosi ten zimowy western na wyższy poziom. Może jednak dla przeciętnego widza szok był zbyt duży? Tylko w ten sposób można tłumaczyć fakt, iż perełka, jaką jest IL Grande Silenzio została prawie całkowicie zapomniana (Szybkie obliczania: na IMDB „Dobry, Zły i Brzydki” ma ponad 44 razy(!) więcej ocen.).

[Koniec niszczących spoilerów]

 

Analizując film nie można pominąć politycznego kontekstu, w jakim został osadzony.

Sergio Corbucci w większości swoich filmów stawał po stronie słabszych. W Człowieku Zwanym Ciszą całkowicie rozgrzesza żyjących w lesie bandytów, gdyż ci kradną, aby nie umrzeć z głodu. W filmie padają kwestie, które brzmią niczym żywcem wyjęte z Marksa, np. – „Gdyby mieli co jeść to nie byliby źli” (If they eat, they’ll behave). Odpowiedzialność za całe zło spoczywa na barkach nie mającego żadnych zahamowań bankiera Policuta. Jest tak przerysowany i groteskowy że, przypomina figurę Złego Żyda z nazistowskich filmów propagandowych. Krytyce poddana została również instytucja państwa. Reprezentujący prawo szeryf ma dobre chęci, ale razi nieudolnością. Nawet przez chwilę nie stanowi realnego zagrożenia dla „sił zła”. Słowem: raczej nie jest przypadkiem, iż Il grande sileznio miał swoją premierę akurat w  niespokojnym roku 1968.

Mimo swojego pesymizmu film pozostawia po sobie również coś pozytywnego – poczucie, że pozostało jeszcze wiele „zapomnianych klasyków” do odkrycia. Że mimo panującej obecnie stagnacji kino ciągle może zaskakiwać i budzić emocje. Wystarczy tylko trochę poszukać.







  • Mój ulubiony western.

    Śnieg, złe do szpiku kości zakończenie, ciekawy klimat i muzyka Ennio Morricone.
    Wspomniałbym jeszcze o rewelacyjnej roli Klausa Kinskiego – tym bardziej, że poza Herzogiem rzadko grał na pierwszym planie w dobrych filmach.

  • O!

    Ścisła czołówka spaghetti westernu i opus magnum Corbucciego, kojarzonego głównie z osławionym Django. Zimny, nihilistyczny, brutalny.
    Z zapomnianych klasyków polecę wszystkim obraz zapomniany o wiele bardziej od powyższego- nie doczekał się dotąd nawet oficjalnego polskiego tytułu, który prawdopodobnie brzmiałby „Twarzą w Twarz”. Mowa oczywiście o „Faccia a Faccia” w reżyserii trzeciego Sergio (Sollimy), w Polsce kojarzonego chyba tylko ze schyłkowym etapem swej kariery, kiedy to nakręcił telewizyjny mini-serial „Sandokan- Tygrys z Malezji” :D
    Doskonały western ze świetną muzyką Morricone i pojedynkiem aktorskim pomiędzy Gian Maria Volonte a Tomasem Milianem na oscarowym poziomie. Historia relacji pomiędzy intelektualistą a prostym bandytą, który porywa go jako zakładnika i wpływie jaki wywiera ona na obydwu jest chyba najambitniejszą problematyką podjętą w spaghetti westernie- F2F jest w większej mierze oparty o psychologię i egzystencjalne pytania o naturę zła niż widowiskowe strzelaniny i pościgi, których z resztą nie brakuje. Lektura obowiązkowa.

  • Pingback: Mistrzowski trailer mistrza | Film.org.pl()

  • Pingback: Człowiek zwany ciszą. Spaghetti western Sergio Corbucciego – piotrhan()






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

SLY I ARNIE NA TROPIE

Następny tekst

SEQUELE CABIN FEVER



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE