nowości kinowe

Człowiek ze stali

Epickie widowisko z superbohaterem, którego niewielu traktowało poważnie. Aż do teraz.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Z archiwum (2013)

Siedem lat temu widzieliśmy go po raz ostatni. Nie udał się tamten powrót, choć był to ten sam odważny, szlachetny i niezniszczalny Superman, jakiego od zawsze znaliśmy. Być może błąd tkwił właśnie w tym podobieństwie – reżyser Bryan Singer zdecydował się kontynuować wątki z pierwszych filmów, powstałych w latach 1978 i 1980. Było to staromodne kino w nowoczesnych szatach, a w epoce różnego rodzaju rebootów i remake’ów wydawało się zbyt uczepione przeszłości. Nie pomógł również fakt, że twórcy większy nacisk położyli na historię miłosną niż widowisko, które w kontekście takiej postaci jak Superman jest wręcz wymagane. Nic więc dziwnego, że film Singera nie doczekał się kontynuacji. Zamiast tego producenci znów musieli szukać sposobu, aby przygody najbardziej prawego i nieskazitelnego (czy przez to i nie nudnego?) superbohatera z komiksów znalazły się na kinowych ekranach i żeby tym razem porwały tłumy.

„Człowiek ze stali” Zacka Snydera rozpoczyna się od spektakularnych scen na planecie Krypton. W obliczu jej zagłady Jor-El (Russell Crowe) decyduje się ratować swojego nowonarodzonego syna, wysyłając go na Ziemię. Chłopca przygarnia małżeństwo Kentów (Kevin Costner i Diane Lane), przez których zostaje wychowany z wiedzą, że jest inny od wszystkich, i że swą odmienność musi ukrywać. W wieku 33 lat dowiaduje się, kim tak naprawdę jest i skąd pochodzi, lecz równocześnie zostaje odnaleziony przez swych pobratymców, generała Zoda (Michael Shannon) i jego armię, którzy nie są pokojowo nastawieni do Ziemian. Kal-El vel Clark Kent (dorosłego gra Henry Cavill) przywdziewa więc swój czerwono-niebieski kostium i jako Superman staje w obronie planety, która stała się jego domem.

Tak przedstawiona fabuła może sprawiać wrażenie równie odtwórczej w stosunku do filmów sprzed 35 lat, co „Superman: powrót” z 2006 roku, który był wręcz bezpośrednią kontynuacją tamtych obrazów, ale diabeł tkwi w szczegółach – „Człowiek ze stali”, pomimo wykorzystania tych samych elementów, różni się niemal wszystkim od swych poprzedników. Najbardziej jest to widoczne oczywiście w warstwie wizualnej, lecz również konstrukcja filmu, bohaterów, a nawet tonacja stoją w opozycji do już nam znanych wersji. Samego Supermana raczej trudno zmienić, jego postawa i ideały są tak mocno zakorzenione w zbiorowej świadomości, że każde odstępstwo od tego mogłoby się spotkać ze sprzeciwem. Taki to już bohater – czysty jak łza i doskonały, przez co trudno traktować go poważnie, lecz gdyby go choćby trochę „ubrudzić”, przestałby być Super. Snyder, wraz ze scenarzystą Davidem Goyerem, postanowił więc skupić się na próbach Clarka Kenta znalezienia miejsca w świecie, które zawsze spełzają na niczym, gdyż nie potrafi on nie pomagać innym. A każdym super-uczynkiem zwraca na siebie uwagę. Ciężko być bohaterem nie wiedząc, dlaczego się nim jest.

Henry Cavill w roli tytułowej nie jest ani przesadnie udręczony, ani przesadnie poczciwy.

Dostrzega niebezpieczeństwa życia jako Superman, lecz narzuca sobie rolę obrońcy Ziemi, wiedząc, że nie może postąpić inaczej. Jednocześnie jest najbardziej ludzki ze wszystkich dotychczasowych wcieleń przybysza z Kryptonu – nie kryje łez, rozpaczy czy zwątpienia – lecz to, co najbardziej go określa, to odwaga. A tej nie brak również Cavillowi, potrafi uwierzyć w swego bohatera i tę wiarę przelać na widza. To już nie rola, a kreacja.

Pozostałe postaci starają się wyjść poza schemat znany z poprzednich opowieści o Supermanie. I tak Lois Lane w interpretacji Amy Adams to (zwłaszcza w pierwszej godzinie) dziarska dziennikarka śledcza, mocno stąpająca po ziemi, która zawsze postawi na swoim. Szkoda, że później jej rola ogranicza się do spadania z dużych wysokości i bycia ratowaną przez Człowieka ze Stali. Zresztą romansu między tą dwójką w filmie Snydera nie ma. To raczej zaczątki uczucia, które dopiero w sequelu może znaleźć ujście.

Dużo lepiej potraktowany jest główny szwarccharakter, Generał Zod. Wcielający się w niego Michael Shannon potrafi zagrać upiornych i mocno psychotycznych łotrów, ale jego postać jest przede wszystkim żołnierzem, ślepo wierzącym w słuszność swoich czynów. W scenariuszu Goyera podyktowane jest to genetycznym uwarunkowaniem każdego mieszkańca Kryptonu – bohater Shannona urodził się jako wojownik, i nie jest w stanie patrzeć na rzeczywistość inaczej. Co innego Kal-El, który jest pierwszym dzieckiem Kryptonu bez takiego obciążenia genetycznego. W oczach Zoda stanowi anomalię, którą trzeba zniszczyć, lecz wynika to raczej z żołnierskiego obowiązku, a nie nienawiści. Jest i Faora, prawa ręka generała, a gra ją niemiecka aktorka Antje Traue. Zła, piękna i wyjątkowo niebezpieczna – ciężko oderwać od niej wzrok.

W pojedynku Russell Crowe – Kevin Costner lepszym ojcem wydaje się ten pierwszy. Obaj mierzą się z kwestiami, które w ustach słabszego aktora wywołałyby salwy śmiechu, ale jednocześnie te bombastyczne dialogi bardzo pasują do posągowego Jor-Ela. Równie dobrze się z tym czuł Marlon Brando w oryginalnym „Supermanie”. Sam Crowe jest tutaj tak mocny, że z chęcią zobaczyłbym go w dużo większej roli. Costner natomiast gra normalnego faceta z zasadami, które stara się wpoić swojemu synowi, a że obracają się one zawsze wokół wyjątkowości Clarka i jego przeznaczenia, uszy często bolą. Poza tym papa Kent w obliczu zagrożenia podejmuje bardzo niezrozumiałą decyzję, rzekomo kierując się dobrem młodszego Kenta. Nie zdradzę szczegółów, ale trudno o bardziej traumatyczną lekcję, jaką ojciec może dać swemu synowi.

Film można podzielić na dwie połowy: w pierwszej obserwujemy wędrówkę dorosłego Kenta, szukającego odpowiedzi na nurtujące go pytania – przerywane jest to retrospekcjami z jego młodszych lat; druga połowa zaś sprowadza się do kapitalnego kina akcji, które porywa nie tylko energią i skalą, ale i pomysłowością w ukazywaniu demolki na ekranie. A jest to prawdziwy spektakl zniszczenia, jakiego komiksowe ekranizacje jeszcze nie widziały. Snyder, reżyser znany z efektownych „300”, „Strażników” i „Sucker Punch”, doskonale czuje się w kreowaniu światów, aby móc je później zniszczyć. Na szczęście, nie mniej ważna jest dla niego historia, którą opowiada. Przygody Supermana traktuje z powagą równą wojnie Spartanów z armią Xerxesa, co na ekranie daje zaskakująco dobry efekt. O ile nie przekracza cienkiej granicy między podniosłością a patosem, o tyle nie udaje mu się ustrzec przed ckliwością, zwłaszcza w scenach z rodzicami Supermana, tak tymi biologicznymi, jak i przybranymi. Duża w tym wina nierzadko kiczowatych dialogów Goyera, które na siłę chcą być wzniosłe. Jak na złość, wtóruje mu w tym Hans Zimmer, który ilustruje te momenty równie sentymentalną muzyką. Obaj jednak sprawdzają się, gdy tytułowy bohater wkracza do akcji.

„Człowiek ze stali” jest dokładnie taki, jak wszyscy się mogli spodziewać, ale czy to źle?

Historia Supermana nie jest pozbawiona elementów, które mogą wywołać uśmiech, a nawet śmiech u widzów, bo często trudno brać na poważnie nieskazitelność głównego bohatera oraz czyny, których żaden inny człowiek nie mógłby dokonać. Ciężko się z takim bohaterem utożsamić (jakby nie patrzeć kosmita), choć dylematy i pytania, które go dręczą nie są zarezerwowane tylko dla urodzonych na innej planecie. W końcu, finałowy pojedynek Supermana z Zodem prowadzi do takiej destrukcji miasta, że sam Człowiek ze Stali powinien kajać się i przepraszać władze Metropolis za wyrządzone szkody i postronne ofiary. Ale gdy kręci się film o najpotężniejszym ze wszystkich superbohaterów, trzeba pokazać rzeczy, których nigdzie indziej nie zobaczymy. I dzieło Snydera tej obietnicy dotrzymuje.

Ostatnio dodane