Człowiek o żelaznych pięściach - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Człowiek o żelaznych pięściach

Ciekawy amalgamat komiksowych elementów z czarnymi brzmieniami to nieco za mało, by uznać „Człowieka o żelaznych pięściach” za obraz wysokiej klasy.




Brutalny kung-fu balet w rytmie czarnego rapu




Krzysztof Kula
22.04.2013


Autorem gościnnej recenzji jest Krzysztof Kula.

RZA, jedna z najbardziej znanych twarzy kapeli „Wu-Tang Clan”, jest zadeklarowanym fanem sztuk walki. Dość wspomnieć, iż w historii swego zespołu, członkowie wspomnianej grupy zdążyli m.in. zaliczyć występ w konsolowej produkcji będącej dość wysokich lotów bijatyką okraszoną stosownymi muzycznymi „kawałkami” spod dłuta RZA i spółki, polanej krwawym sosem spływającej po ekranie posoki (z możliwością wykonywania brutalnych wykończeń na modłę „Fatality”).

Czarnoskóry raper nie spoczął jednak na laurach, dając upust swojej pasji w produkcji „Człowiek o żelaznych pięściach”, stanowiącej dość wyraźny ukłon w stronę klasycznych filmów kung-fu traktujących o brodatych mnichach poświęcających całe swe życie na praktykowanie sztuk walki. Czy jednak zdyscyplinowani mistrzowie zakonu Shaolin zaaprobowaliby jakość wspomnianego ukłonu?

Film „Człowiek o żelaznych pięściach” powstał na kanwie komiksu wydanego pod bliźniaczym tytułem. Przedstawia on historię osadzoną w feudalnych Chinach, w których to wprawiony w swoim zawodzie Kowal (RZA) wykuwa broń dla wrogich stron konfliktu jednocześnie zbierając ciężko zarobione pieniądze na wykupienie z domu publicznego swojej ukochanej. Pewnego dnia lider jednego ze zwaśnionych klanów zostaje zdradzony przez swoich współbraci i zamordowany z zimną krwią. Syn Złotego Lwa Zen Yi (Rick Yune), świeżo po ślubie z ukochaną, poprzysięga zemstę oprawcom ojca. W międzyczasie do wioski przybywa tajemniczy Jack „Nóż” (Russell Crowe), hulaka chętnie korzystający z gościny zaoferowanej przez właścicielkę domu uciech, Madame Blossom (Lucy Liu). W wyniku narastającego konfliktu, bezstronny Kowal zmuszony będzie wziąć udział w walce, „przywdziewając” żelazne pięści i broniąc tak swej lubej, jak i innych niewinnych mieszkańców, przed knowaniami uzurpujących sobie władzę Srebrnego i Brązowego Lwa.

Utrzymany pod wieloma względami w komiksowej (rodowód wszak zobowiązuje) stylistyce film „Człowiek o żelaznych pięściach” to istny festiwal rozpłatanych na lewo i prawo wnętrzności, w których dekapitacje i inne „przyjemności” to ledwie wierzchołek góry lodowej. Niemniej poprzez zastosowanie licznych efektów komputerowych, całość razi po oczach sztucznością, nie robiąc na widzu większego wrażenia nadmiernym epatowaniem przemocą (z wyłączeniem jednej sceny ściśle powiązanej z postacią Kowala – dosadna brutalność mrozi krew w żyłach).

Pod względem reżyserii, debiut RZA na stołku operatorskim udał się połowicznie. Niestety, rdzeń produkcji, tj. sceny starć, w większości przypadków cierpią na nadmiar chaotycznego montażu bynajmniej nie dodającego dynamiki, a raczej zmniejszającego efektowność (i czytelność) potyczek. Imponujące w założeniu starcia (walka Zen Yi z wymyślnym wykorzystaniem ostrzy, finałowa potyczka) położone zostały przez montaż typowy dla amatorów – pozbawiony płynności i składającym się z wyrwanych z kontekstu kadrów, w których każdy kolejny cios jest osobnym ujęciem zlepionym nieporadnie w całość. Jeżeli RZA pragnął złożyć hołd starym produkcjom kung-fu rodem z Hong Kongu, to winien był umieścić długie, choreograficznie skomplikowane sekwencje kolejnych wymian ciosów, jak to drzewiej bywało np. w budżetowych filmach z Jackiem Chanem.

Niemniej jednak słabiej nakręcone sekwencje mieszają się z przebłyskami reżyserskiej kompetencji wyrażonych w płynnych najazdy kamery na bohaterów oraz w komiksowych wstawkach podczas co poniektórych walk (podział ekranu na dwa/trzy kadry niczym żywcem wyjęty z papierowych stron). Żadne to novum w świecie adaptacji, stanowiące jednak miłe urozmaicenie ekranowej jatki.

Film „Człowiek o żelaznych pięściach” należy brać z dużym przymrużeniem oka, co potwierdza również panteon postaci grających pierwsze i drugie skrzypce w historii przynoszącego spokój wiosce Kowala. Ten ostatni, czarnoskóry mężczyzna o ciężkiej ręce i twardym charakterze, to wychowanek buddyjskiego klasztoru, w którym to zaznał duchowej odnowy, zagłębiając tajniki szeroko rozumianego rozwoju fizycznego i psychicznego. Groteskowy Jack „Nóż”to nie stroniący od używek brodacz z brzuszkiem, którego główną broń stanowi poręczna brzytwa z obrotowym ostrzem i wbudowanym pistoletem. W potyczkach z adwersarzami zrobi on odpowiedni użytek z obu dodatków, podkreślając jedynie specyficzny charakter swojej postaci. Na dokładkę mamy „burdelmamę”, pardon, „opiekunkę” gejsz/kurtyzanek, niejaką Madame Blossom, która potrafi zadbać nie tylko o interesy, ale także o bezpieczeństwo swoich podopiecznych, zaś spektrum charakterów uzupełnia mistrz ostrzy Zen Yi i główny „bad ass” Brass Body, kafar o sylwetce konia pociągowego z ciałem wykonanym z metalicznego stopu.

Jak widać galeria postaci wydaje się szalenie interesująca, niestety, RZA popełnił jeden podstawowy błąd przy obsadzaniu ról, wybierając siebie jako odtwórcę Kowala. W roli zahartowanego niczym wyrabiana przez niego samego stal rzemieślnika prezentuje się zbyt wymoczkowato, a wysoki wzrost i smukła sylwetka nie pomagają mu w odpowiednim budowaniu protagonisty. W zestawieniu z Davem Bautistą (wspomniany metaliczny jegomość), RZA po prostu niknie w oczach… Duży plus należy się za to Russellowi Crowe, który z odpowiednim dystansem wciela się w i tak mocno odszczepionego hulakę Jacka. Nie wylewający za kołnierz Amerykanin to ciekawa postać, z miejsca budząca sympatię widza, zaś jego specyficzny oręż dodaje mu zadziorności i animuszu.

Komiksowa konwencja wraz z typowym dla „Wu-Tang Clanu” rapem i papierową (dosłownie i w przenośni) historyjką dają obraz produkcji o niewykorzystanym potencjale. Niby na ekranie sporo się dzieje, zaś posoka co rusz zalewa obiektyw kamery, jednak niezbyt zręcznie nakręcone sceny pojedynków (wspomniane „skokowe” ujęcia) wraz z kiepskim doborem głównego aktora (sorry, RZA) i przesadnie sztucznymi efektami specjalnymi ciągną film jakościowo w dół. Ciekawy amalgamat komiksowych elementów z czarnymi brzmieniami to nieco za mało, by uznać „Człowieka o żelaznych pięściach” za obraz wysokiej klasy. Jest nieźle, mogło zaś być o wiele lepiej. RZA zapłacił zatem frycowe, wspomniani we wstępie mnisi Shaolin zaś spojrzeliby na niego z pogardą, cedząc słowa „ćwiczyć więcej rzemiosło filmowe musisz” i odprawiając go z kwitkiem. Bez rewelacji.

ChrisK - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • Prettypsycho

    Jeden z gorszych filmów, jakie widziałam w tym roku.
    Dobrym chwytem marketingowym było umieszczenie nazwiska Tarantino na plakatach.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Matka Królów zrekonstruowana cyfrowo

Następny tekst

Niepamięć



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE