Skacz, facet, i nie zawracaj dupy!

Amerykanie lubują się w historiach nierównej walki maluczkich z wielkimi, zepsutymi do szpiku kości eminencjami traktującymi świat jak własny plac zabaw. Mają takie podejście niejako zapisane w historycznym kodzie genetycznym; w końcu to właśnie za oceanem zrodziły się bezosobowe korporacje i kultura masowa, pozbawiająca jednostki prawa do wolnego wyboru. Paradoksalnie, to właśnie kino, medium zrodzone z pobudek czysto rozrywkowych, daje Amerykanom – i wszystkim widzom na całym świecie, którzy w jakiś sposób identyfikują się z tak ujętymi dylematami – największą satysfakcję z doświadczania sprawiedliwości wymierzanej efektownie i skutecznie. „Człowiek na krawędzi” Asgera Letha, z jednym ze współczesnych filmowych gladiatorów humanizmu, Samem Worthingtonem, w roli głównej, stanowi kolejną pozycję w tej niekończącej się serii. Przy każdej tego typu okazji rodzi się jednak pytanie, czy mamy do czynienia z produkcją wartościową?

I jak to często bywa w takich przypadkach, odpowiedź nie może być jednoznaczna. „Człowiek na krawędzi” korzysta z wytartych do cna schematów, ubierając je w formę zabarwionego bezpieczną ironią kina akcji i atrakcji, lecz ani przez chwilę tego nie ukrywa. To sprawia, że film ogląda się dobrze i szybko, a wątek idealistycznej walki o Prawdę i Słuszność wybrzmiewa na ekranie w bardzo pozytywny sposób. Szkoda jedynie, że reszta opowieści, zarówno pod kątem kreatywności, jak i solidności fabularnej, nie dorasta do poziomu urzekającej otwartości i naiwności tego wątku. Kiedy akcja rozgrywa się na tytułowej krawędzi, Lethowi udaje się utrzymać interesujące tempo i odpowiedni suspens, związany z tym, czy Cassidy’emu, policjantowi niesłusznie skazanemu na więzienie, uda się udowodnić swoją niewinność. Niestety, atrakcyjna koncepcja „człowieka na krawędzi”, dzięki której twórcy są w stanie czarować widza humorem i kolejnymi zwrotami akcji, nie jest w stanie pociągnąć całego filmu. Leth i scenarzysta Pablo F. Fenjeves zdawali sobie z tego doskonale sprawę, więc od pewnego momentu opowieść nabiera zupełnie innych barw i… zupełnie traci wyraz oraz jakąkolwiek wiarygodność.

Dość napisać, że główny czarny charakter, prezentowany jako prawdziwy geniusz zbrodni i człowiek, który potrafi wyjść cało z każdej trudnej sytuacji, robi coś tak niemożliwie głupiego, że wielkim eufemizmem byłoby nazwanie tego czynu niedopatrzeniem, pomyłką czy wpadką warunkowaną stresem. To jedno z najgorszych rozwiązań scenopisarskich ostatnich lat, które – jestem tego pewien – znajdzie swoje miejsce w przyszłorocznym rozdaniu naszych Hezekarów, złośliwych nagród za złe kino. Jednocześnie to efektowna wisienka na torcie, którym widzowie muszą się sprawiedliwie podzielić w finałowych aktach „Człowieka na krawędzi”: złożonym z niewiarygodnych zwrotów akcji, odrealnionych zachowań wszystkich bohaterów, nieścisłości logicznych oraz słabo pomyślanych rozwiązań fabularnych. Dochodzimy tym samym do symptomów choroby trawiącej film Letha. Po pierwsze, jest to jeden z typowych dla kina akcji (nie tylko XXI wieku) scenariuszy – inteligentnie prowadzona fabuła dochodzi w pewnym momencie do punktu, z którego nie ma wiarygodnego wyjścia, należy więc zacząć kombinować, żeby nie stracić tego, co już się osiągnęło. Po drugie, Asger Leth został zatrudniony przez producentów odpowiedzialnych głównie za finansowanie filmów nastawionych na rozrywkę opartą na najprostszych emocjach („RED”, „Piekielna zemsta”, serie „Zmierzch”, „Step Up”, „Transformers”). Ustalony przez lata produkowania hitów kasowych styl, który przedkłada atrakcyjność nad wiarygodność oraz wyklucza poważniejszą refleksję na rzecz schlebiania gustom masowej publiczności, nigdy nie da reżyserowi wprowadzić weń jakichkolwiek autorskich zmian. Cierpi na tym „Człowiek na krawędzi” i samo kino jako medium, które wielokrotnie udowodniało, iż jest w stanie łączyć rozrywkę z większymi ambicjami.

„Człowieka na krawędzi” nieco ratuje spora ilość trafionych dowcipów słownych i humoru sytuacyjnego, ale nawet biorąc pod uwagę fakt, że na seansie nie można się nudzić, w ostatecznym rozrachunku film Letha należy uznać za lekki zawód. Albowiem ani nie próbuje on wyjść poza bezpieczne ramy schematycznego kina sensacyjnego, ani w żaden sposób nie wyróżnia się w tak przyjętych ramach, zajmując miejsce u boku setki innych tego typu produkcji. Kolejna filmowa walka Dawida z Goliatem pozostaje więc nierozstrzygnięta, bowiem nawet jeśli sprawiedliwość ostatecznie tryumfuje na ekranie (ktoś spodziewał się innego rozwiązania?), czyni to w stylu, który zasługuje, niestety, tylko na milczenie. Trzeba poczekać na następnego śmiałka i mieć nadzieję, że nauczy się on wreszcie wyciągać wnioski z błędów swoich poprzedników. Albo że producenci mu na to pozwolą.