Czerwony Świt AD 2012 - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Czerwony Świt AD 2012

Idiotyczne sceny, nielogiczne zachowania, luki w scenariuszu. Takie filmy powinny być zabronione.




1984 vs 2012




Tekst gościnny
26.03.2013


Autorem gościnnego tekstu jest Dawid „Merv” Sosin.

Pewnego wieczoru postanowiłem udać się w nostalgiczną podróż do roku 1984, kiedy to wojska ZSRR dokonały inwazji na terytorium USA. Taki właśnie pomysł był osią wydarzeń przedstawionych w filmie „Czerwony Świt”, produkcji USA, dziś już klasycznej i w wielu kręgach posiadającej miano kultowej. Głównym bohaterem tej historii był młody Patrick Swayze, który wcielił się w rolę lidera partyzanckiej grupy „Wolverines” – ot, zwykły człowiek, obywatel USA, stawiający – ramię w ramię z najbliższymi mu ludźmi – czoła okupantowi.

Parę lat temu zawitał temat remake’u tego filmu. Planowano, coś mówiono, ale bez konkretów; było coś na rzeczy, w końcu Hollywood przerabianie w ostatnich latach uwielbia. Na nieszczęście, sukces „Thora” zmotywował tak producentów, jak i dystrybutora, by remake’owi tę szansę jednak dać, tym bardziej, że w obsadzie miała zagościć świeża gwiazda – Chris Hemsworth w roli Patricka Swayze’go miał ponieść ten film, tak samo jako poniósł rolę Thora.

Od razu uprzedzam  – delikatnie mówiąc, średnio to wyszło. Na myśli mam to, że oglądając oryginalną wersję filmu czułem partyzantkę. Naprawdę, ten upływający czas pod „Ruskimi”, zagrożenie, „spirit” czułem; caluteńki film w okopie przesiedziałem gdzieś na wsi w Stanach. Z remake’iem sprawa przedstawia się zgoła inaczej, a mianowicie przez cały film histerycznie wręcz się śmiałem na przemian z tym specyficznym uczuciem, jakby to powiedział Obi-Wan Kenobi, as if millions of my grey cells suddenly cried out in terror and were suddenly silenced ;)

Dlaczego tak było?

Pierwszym najoczywistszym powodem jest skala przedsięwzięcia tak wtedy, jak i dzisiaj. Mimo iż filmy dzieli prawie 30 lat, oryginał wciąż ma kopa i kopie d… remake’owi na każdej płaszczyźnie. Wersja z lat 80. to konkretny blockbuster tamtych lat, który dobrze ogląda się nawet dziś, podczas gdy wersja z 2012 to po prostu tani film nakręcony bez pomysłu, o bandzie debili biegających z bronią i krzyczących, że rosomaki jadą. W filmie z 1984 roku każda dywersja to zrealizowana w pocie czoła scena akcji, niezwykle dynamiczny krótkometrażowy filmik ukazujący oblicze partyzanckiej batalii przeciw okupantowi. Sama bojówka „Wolverines” pierwotnie znana jest w całym kraju – zaiste, nadzieja narodu. Natomiast współczesne chłopaki chowają się w przydrożnych krzakach, biegają po podwórkach zachowując się coraz to bardziej irracjonalnie i gnieżdżą się w ziemiance (chyba tylko po to, by mogło ich zasypać). Naprawdę, nowy „Czerwony Świt” odbiera „Surrogates” tytuł „The Dumbest Movie Ever” i zasłużenie będzie w tej kategorii dzierżył palmę pierwszeństwa przez, miejmy nadzieje, pokolenia.

Szare komórki krzyknęły po raz pierwszy, gdy goście zdjęli załogę pancernego samochodu uzbrojonego w ciężki karabin maszynowy, po czym… zostawili go na środku ulicy, wbiegli do jakiegoś garażu i ukradli zwykły cywilny samochód… Albo jedna z ostatnich akcji – tu już naprawdę płakałem ze śmiechu: jedna z postaci uświadamia sobie, że jest otagowana chipem GPS, ale wie, gdzie ma to wszczepione. Zamiast wyjąć ustrojstwo jakimiś szczypcami mamy tu klasyczną scenę typu „ja jestem stracony, idźcie więc beze mnie, zostawcie mi tylko broń za towarzysza”.

Generalnie mamy tu do czynienia z marną kreacją bohaterów. Zróżnicowany przedział wiekowy bohaterów oryginału zastąpiony został poborowym, ewentualnie tuż przed, ale to naprawdę nic wielkiego. Film jest do pewnego stopnia kalką i swoistą profanacją. W oryginale mamy świetną scenę: chłopaki polują na jelenia. Młodzian strzelił, bam, jeleń leży. Teraz pij waść krew – mówią starsi.

– A bo co? – pyta Młodzian.

Aaaa – grożą palcem starsi – bo leśny kodeks – dodają. I gość pije, przemienia się prawdziwego łowcę i „The Mana”. Scena ma taką moc, że można poczuć siłę bractwa.

W nowej zaś filmu wersji mamy kartonowego Thora robiącego młodziana… w balona, rzucającego tak czerstwym sucharem, że krew zalewa. Jest inaczej, płycej, prymitywniej, gorzej. Nawet wróg, podmieniony na Koreę Północną, jest w zasadzie jedynie zdemonizowanym żołnierzem, podczas gdy 30 lat temu to, proszę ja Was, to dopiero byli komuniści! Indoktrynacja, inwigilacja, wszędzie pancerne patrole, czołgi stoją na ulicach, helikoptery ze szperaczami i wszędzie te mordy „gawarit i gawarit, a ja ni panimaju”. Albo oficer ds. tłumienia rebelii – w starej wersji to weteran doświadczony w Afganistanie, pełnowymiarowy żołnierz z osobowością. W nowej zaś  jest on w zasadzie nikim – co ciekawe mimo inwazji z Korei oficerem tym jest oficer Specnazu, heh –  dosłownie potraktowano go tak jakby o nim tylko wspomniano w pogawędce:

– O, ten, co tam siedzi za tym Koreańcem.

– Ten Rusek?

– No!

– Aha.

I poszli sobie.

Tak samo z amerykańską armią. W oryginale mamy żołnierza Marines, który spokojnie mógłby hasać po dżungli za Predatorem, natomiast w remake’u widzimy trzech typków spod lokalnego sklepu w moro kubraczkach i starym sztucerem dziadka, zabranym pół wieku wcześniej w czasie wojny.

Kolejnym świętokradztwem remake’u jest motyw kolaboranta w „Red Dawn”, brutalnie zgwałcony przez jak-mu-tam, reżysera nowej wersji filmu (nie, nie jest on wart tyle, by zapamiętać jego personalia). Podczas gdy w oryginalnej wersji obserwujemy prawdziwie bolesną wewnętrzną batalię głównego bohatera z samym sobą – tuż przed podjęciem decyzji, co do wykonaniu wyroku na sprzedawczykach – w tym samym czasie, w o 30 lat młodszej wizji inwazji, motyw sprowadzony został do oszołoma chcącego odegrać się na kolegach z podwórka za odebrany mu wcześniej pistolet. Sztuczne i tanie. Mało tego, „partyzanci” rozprawiają się z nim, gdy ów chce znowu sprzedać, generalnie dobrze się bawiąc i wysadzając przy tym strategicznie ważny budynek…

Oryginalny motyw szokuje, wywołuje niedowierzanie, w pewnym momencie chwyta nawet za serce, czego nie jesteśmy w stanie doświadczyć po przedstawieniu owej historii na nowo, w nieszczęsnym remake’u. Psychika głównego bohatera zostaje nieodwracalnie zdewastowana (jak i moja po seansie „Red Dawn” A.D. 2012…) wokół zaś nie ma nikogo, kto mógłby mu w tym cierpieniu ulżyć.

Następnym partactwem  w remake’u, co by nie mówić, klasyka, obok którego nie można przejść obojętnie, jest całkowite pominięcie motywu człowieczeństwa, który równie dobrze można by potraktować jako przesłanie filmu. Mam na myśli scenę, gdy sowiecki oficer decyduje o życiu lub śmierci Swayze’go – partyzanta „zauważając” krew na swych rękach na widok owego niosącego ciało przyjaciela poległego w bitwie. W nowej wersji filmu tego motywu… nie ma. Owszem mamy kilka scen, jak to jeden twardziel wybacza drugiemu wielkie winy, jest z niego dumny, ale mimo usilnych prób wplecenia w te sceny wartości, które odróżniają nas od zwierząt, zabieg ten, niezwykle prymitywny tak warsztatowo jak i merytorycznie, nie przynosi zamierzonego efektu.

Nie przynosi, ponieważ to nie człowieczeństwo jest najważniejsze w XXI wieku, a grupa. Tak jest, państwo to naród. I dla narodu należy puścić w niepamięć wszystkie te sentymentalne plamy krwi na rękach, jak i uczucia z tym związane. Dla zobrazowania wagi problemu posłużę się sceną, w której członek elitarnej formacji SWOAIT (Special-Care Weapons Owners And Irrational Tactics), znanej w filmie jako „Wolverines”, z powodu jednego z przyjaciół wbiega w grad pocisków, pada poszatkowany na ulice brocząc krwią. Śmierć widzi najbliższa mu osoba, oczywiście płci przeciwnej, która, w za zaciszu podmokłej ziemianki, przy ognisku ociera łzy po stracie, a – uwaga – patrząc w oczy osobie winnej śmierci kogoś tak bliskiego, wyraża swą przynależność do grupy. Oj tam zemsta czy tęsknota, które są podstawą nośnych filmowych emocji… Parafrazując klasyka:

Partyzantka rządzi, partyzantka radzi, partyzantka nigdy Cię nie zdradzi…

Mógłbym napisać jeszcze wiele, powymieniać masę naprawdę idiotycznych scen i zupełnie nielogicznych zachowań, nie wspominając nawet pobieżnie o lukach w scenariuszu. Powiem jednak tylko, że jest płytko i miałko, a mogło być jak kiedyś: kiedy trzeba z nieba leje się napalm, lecz wciąż z umiarkowaną dawką fajerwerków. To mogło się udać. A tak, raz za razem, pomiędzy kolejnymi wybuchami śmiechu a krzykiem szarych komórek, zadawałem sobie pytanie:  Dlaczego nikt nie skazał tej zgrai debili na rozstrzelanie jeszcze przed inwazją?

Tekst gościnny

Tekst gościnny

Jeśli potrafisz pisać recenzje lub artykuły filmowe (które zazwyczaj lądują w Twojej szufladzie), a chciałbyś zaprezentować się przed tysiącami czytelników, możesz gościnnie publikować na naszej stronie! Przy większej i regularnej liczbie tekstów, takie osoby takie dopisujemy do stałej współpracy.
Napisz do nas: wspolpraca@film.org.pl
Tekst gościnny






  • matu

    Film tak kiepski, że aż śmieszny. O dziwo ogląda się to całkiem przyjemnie. Red Dawn 1984 to też nie było żadne arcydzieło.

    • Guest

      Totez sie smialem, mnie osobiscie oryginalna wersja bardzo sie podobala, wrecz oczarowala. Lubie takie filmy.

  • Jaro

    Również przyznać muszę, że o ile nie widziałem remake’u, to klasyczny Red Dawn wrażenia na mnie wielkiego nie zrobił. Co prawda doceniam brak nadmiernego patosu (a w tym rodzaju filmu to naprawdę osiągnięcie!), ale bohaterowie byli totalnie miałcy, założenie fabuły głupie (OK, może nie aż tak głupie jak KRLD-owska inwazja na USA, ale fakt, że Sowieci i s-ka zbroją się w Meksyku tuż obok granicy, a potem udaje im się z miejsca zająć 1/3 najpotężniejszego kraju na świecie – przy, dodajmy, totalnej bierności Europy Zachodniej, bo „najwyraźniej stwierdzili, że dwie wojny wystarczą” – też nie należy przecież do szczególnie przemyślanych), przedstawienie czarnych charakterów dziwaczne (sympatyczne jednostki w połączeniu z doniesieniami o nazistowskim wręcz głodzeniu Denver czy spuszczeniu bomb atomowych na Chiny i USA), a przesłanie średnio inspirujące (wesoła gromadka jest rozstrzelana jak kaczki, a po wojnie nikt praktycznie już o niej nie pamięta).

    • Guest

      Ja ogladalem tuz po remake’u i uwierz, oczarowal mnie. Klimat lat 60tych, postacie jak najbardziej wyraziste, nawet drugoplanowe, Europa byla w rozsypce wg informacji na poczatku filmu nie mogac soie poradzic ze swoimi problemami, USA byly infiltrowane przez Meksykancow, a sowieccy zolnierze przerzucani na przyszly front jeszcze przed inwazja – wiec przejeli, o nazi tez powiedza czasem ze byl dobry niemiec to dlaczego w filmie, gdzie generalnie pewne rzeczy traktuje sie umownie, mialoby nie byc sympatycznych postaci?, nie pamietam tam ani jednej bomby atomowej, przeslaniem byla krew na rekach oficera, come on, mate, juz chyba dawno ogladales, owszem czesc grupy, jak to na wojnie polegla, ale reszta wyzwolila cywili z obozu, wiec generalnie happy end i uplifting.

      • Guest

        * lat 80tych

      • Jaro

        Z artykułu na Wikipedii: „several American cities, including Washington, D.C., have been obliterated by nuclear strikes”. Do tego ten cały koleś wspomina w pewnym momencie 400 milionów Chińczyków, na co ktoś z grupy odpowiada, że jak sprawdzał ostatni raz, to było ich o tyle i tyle więcej, na co on tylko odpowiada „Tak”. Naturalnie nikt nie ma ochoty się dopytać, co się dokładnie stało, no bo dramatyzm by na tym ucierpiał. :P

        • Guest

          No tak, byc moze mi to umknelo, czasem gdy mowia szybko po angielsku nie wywchwyce wszystkiego, a notatki robilem na biezaco. W dniu premiery film byl relatywnie wiarygodny co potwierdzaja ludzie, ktorzy to pamietaja. Nam zas nalezy pamietac, ze generalny odbior filmu, jak i trendy, zmienily sie na przestrzeni trzech dekad, drastycznie oddzialowujac tym samym na ocene filmu. Tak samo Johnny Mnemonic – calkiem zajefaajny film, a rating spada :/ Szanuje jednak Twoj gust, nawet jesli lubisz Bena Stillera i Adama Sandlera ;) Czepianie sie, ze jak oni zajeli 1/3 kraju czy ze postaci sa sympatyczne co zbyt kontrastuje ze zbrodniami, ktorych sie dopuscili to tak jakby narzekac na „Matrix”, ze ssie bo przeciez nie da sie czlowiekowi wlozyc elektrod do czaszki [no nie tak jak w filmie (ktory, de facto, jest filmem dokumentalnym, hahaha)] Wg mnie bylo w oryginalnym „Red Dawn” cos magnetyzujacego co pozwolilo przesunac granice wiary i jej braku i po prostu dac sie poniesc magii kina, ktore tak kocham :)

          • Jaro

            Oczywiście wszystkie moje zarzuty natury logiki fabuły można by wybaczyć, gdyby film sam w sobie był wciągający. Mnie jednak wszyscy bohaterowie byli jednakowo i definitywnie obojętni: chyba już następnego dnia po seansie nie pamiętałem choćby jednego z imion. Szkoda, bo gdyby Red Dawn zebrał ogółem nieco lepsze recenzje niż zebrał, znałby go każdy szanujący się kinoman, również w Polsce, co w konsekwencji mogłoby doprowadzić do tego, że nasi tłumacze zapamiętaliby wreszcie, że „wolverine” =/= „werewolf”. ;)

          • Guest

            istnienie tego jedynie tekstu potwierdza, ze niektorzy szanujacy sie kinomani jednak go znaja, tak jak i podstawowe oraz takze zaawansowane angielskie slownictwo ;)

          • Guest

            Jarka opinie na temat filmu zatem znamy, a co wasc myslisz o tekscie samym w sobie, jako iz sa to dwie rozne sprawy? :D

    • Guest

      klimat lat, oczywiscie, 80, przepraszam za pomylke w poscie wyzej :)

  • hejter

    Bardzo kiepski tekst, a w sumie to bardziej hejt.

    • Dawid Sosin

      dzieki ;)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Baczyński

Następny tekst

Ninja Scroll



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE