Czarno na białym

STALAG 17

Jeden z dwóch filmów wojennych i zarazem największych hitów Billy’ego Wildera.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Wojna w stanie spoczynku.

„Stalag” to skrót od niemieckiego Stammlager für kriegsgefangene Mannschaften und Unteroffiziere, czyli obozu jenieckiego dla szeregowców i podoficerów. Podczas II wojny światowej było ich mnóstwo również w Polsce, gdzie przecież położony był ten najsłynniejszy – w Żaganiu, w którym doszło do słynnej wielkiej ucieczki, przerobionej potem na prawdziwie kultowe kino wojenne. Film Billy’ego Wildera z 1953 roku także wpisał się do klasyki dziesiątej muzy i również ma nieco z naszym krajem wspólnego – nie tylko przez wzgląd na osobę reżysera, który urodził się na tych terenach. Historię oparto bowiem na doświadczeniach Donalda Bevana i Edmunda Trzcińskiego, którzy przez dwa lata byli jeńcami w austriackim przybytku o numerze 17B.

Ich wspomnienia w pierwszej kolejności zaadaptował jednak Broadway, na deskach którego w 1951 odbyła się premiera spektaklu w reżyserii José Ferrera. Pod nadzorem duetu weteranów dano aż 472 przedstawienia, które Wilder wespół z Edwinem Blumem przekuł następnie na scenariusz filmowy. W kinowej wersji swoje role powtórzyli Robert Strauss, który wcielił się w swojskiego Staszka „Zwierzaka” Kuzawę oraz Harvey Lembeck (sierżant Harry Shapiro), Robert Shawley (Blondie Peterson) i William Pierson (listonosz Marko).

Holden od samego początku nie był zbyt przychylny tej roli.

Resztę obsady uzupełniono takimi sławami jak Don Taylor (porucznik James Dunbar), Peter Graves (sierżant Frank Price) oraz wielkim reżyserem niemieckim, który okazjonalnie udzielał się po drugiej stronie kamery, Otto Premingerem (pułkownik von Scherbach). Główną rolę sierżanta Seftona studio odgórnie powierzyło natomiast Williamowi Holdenowi (acz pod uwagę brano także kandydatury Charltona Hestona i Kirka Douglasa, z którym Wilder dobrze znał się z planu Asa w potrzasku). W produkcji znalazło się także miejsce dla samego Trzcińskiego, który dostał niewielki epizod żołnierza czytającego list pożegnalny od swojej lubej (tak zwany Dear John letter – od słów, które z reguły go rozpoczynały). Za stronę wizualną filmu odpowiadał legendarny Ernest Laszlo, a całość okraszono muzyką Franza Waxmana.

Brzmi jak dzieło Oscarowe? I faktycznie, w 1954 roku Stalag 17 otrzymał trzy nominacje do nagrody amerykańskiej Akademii – tradycyjnie już dla samego Wildera za reżyserię oraz za rolę męską drugiego (Strauss) i pierwszego planu. Złoty Rycerz ostatecznie powędrował tylko w ręce zaskoczonego Holdena, który od samego początku nie był zbyt przychylny tej roli i uważał, że nie zasługiwał na statuetkę. Jego zwycięska przemowa, dodatkowo niefortunnie ucięta przez realizatorów z uwagi na ograniczony czas antenowy, była zatem dość powściągliwa, bo składająca się jedynie ze skromnego „dziękuję” (co też przeszło do historii).

A tymczasem to właśnie jego występ niesie na swoich barkach cały film, który bez udziału gwiazdora byłby jak najbardziej udanym, dobrze zrealizowanym, ale jednak tylko zbiorem scenek z obozowej rzeczywistości. Rzeczywistości zresztą całkiem przyjemnej, w której w pewnym momencie nie zabrakło nawet miejsca dla kobiet (!). Pełnoprawna intryga oczywiście istnieje, choć początkowo zepchnięta jest na daleki plan, często ustępując humorystycznym wstawkom, jak choćby wyśmienity dowcip z Hitlerem – bodaj jeden z najbardziej pamiętnych momentów w całej dwugodzinnej fabule.

A ta oscyluje, rzecz jasna, wokół zdystansowanego samotnika Seftona, który z ubawieniem oraz bezwstydną biernością obserwuje kolejne próby ucieczki współwięźniów, z czasem zaczynając nawet zakładać się o ich rezultat. A ponieważ ten jest zawsze taki sam, często przynosząc uciekinierom śmierć, szybko pada podejrzenie, że w baraku może być niemiecka wtyka. Jak nietrudno się domyśleć, Sefton wydaje się być najlepszym kandydatem do takiego zadania. Zostaje więc pobity i ograbiony ze swoich dóbr oraz skutecznie wyizolowany od reszty grupy. Aby oczyścić swoje imię, musi zatem odnaleźć prawdziwego informatora, co niejako przysłuży się także sposobności do kolejnej ucieczki…

Oryginalności – zwłaszcza z dzisiejszego punktu widzenia – nie ma tu zatem dużo, ale też trudno oczekiwać innej treści od osadzonego w obozie jenieckim filmu sprzed ponad 60 lat. Jego siłą są zresztą poszczególne elementy składające się na tę misterną układankę, która mimo wszystko potrafi niekiedy zaskoczyć. Znajdziemy tu parę fajnych detali i smaczków, które podobnie jak poszczególnie kreacje aktorskie, wcale nie ustępują tym z cieszącej się zdecydowanie mocniejszym kultem, powstałej w dekadę później i wyraźnie inspirującej się poniekąd także filmem Wildera Wielkiej ucieczki. Swego czasu była to wszak równie popularna produkcja, która oprócz Oscarów przyniosła twórcom ponad 13 milionów dolarów wpływów – przy stosunkowo niewielkim budżecie.

Trzymający niemal do samego końca w napięciu i niepewności dramat, na którym nie sposób się nudzić.

Zresztą, jeśli można cokolwiek zarzucić Stalagowi 17, to właśnie fakt, że jest on kinem zdecydowanie skromniejszym, wręcz rozczarowująco nieefektownym, pozbawionym rozmachu charakterystycznego dla kina wojennego. Atmosfera jest tu niezwykle ciasna, co oczywiście pomaga historii, ale też momentami typowo studyjna, teatralna nawet. Choć całość powstała częściowo „na świeżym powietrzu” – w John Show Ranch na terenach Los Angeles, gdzie obecnie mieści się placówka Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich – wypada ostatecznie bardzo ubogo, co poniekąd związane jest także z typowo telewizyjnym formatem pozbawionego kolorów, ruchomego obrazu, nadal jeszcze wtedy popularnym wśród reżyserów.

Gdy jednak zapomnieć na moment o wszelkich technicznych niuansach, do których zresztą trudno jest się poważnie przyczepić, otrzymujemy niezwykle absorbujący, trzymający niemal do samego końca w napięciu i niepewności dramat, na którym nie sposób się nudzić. Pomimo pewnego chłodu i samolubnej natury protagonisty – z czym Holden miał największy problem, obawiając się nieco o swój wizerunek – jest on również sympatycznym draniem, któremu chce się kibicować. Barwny drugi plan, pełen niezapomnianych postaci (Zwierzak!), pamiętnych scen i lotnych, wziętych wszak wprost z życia dialogów, dopełniają reszty dzieła. Dzieła, któremu z całą pewnością pomógł jeszcze fakt, że nakręcono je chronologicznie, pozwalając aktorom dojrzeć, a ekipie dotrzeć się wraz z postępującą akcją – praktyka to również w ówczesnym Hollywood rzadko niestety stosowana z uwagi na jej nieekonomiczność.

Lecz dzięki niej Billy Wilder wysmażył jeden z największych hitów swojej kariery, będący zarazem jednym z najbardziej wpływowych jego filmów (i, wraz z Sabriną, ostatnim nakręconym dla studia Paramount, którego włodarze mocno nacisnęli mu na odcisk, proponując człowiekowi, którego rodzina zginęła w obozie koncentracyjnym, żeby strażnikami uczynił Polaków, co miało zwiększyć zyski z niemieckich kin). Świadczy o tym nie tylko wspomniana Wielka ucieczka oraz wyrastające jak grzyby po deszczu inne produkcje „obozowe”, ale też choćby popularny serial Hogan’s Heroes z 1965 roku, z twórcami którego doszło zresztą do spotkania w sądzie. Jak na ironię Stalag 17 – podobnie jak powstały dokładnie 10 lat wcześniej inny film wojenny Wildera, Pięć grobów na drodze do Kairu – z czasem zaczął odchodzić do lamusa, sławą ustępując innym tytułom sygnowanym nazwiskiem tegoż reżysera. Niesłusznie, bo jest tak samo dobry, jak one. A nawet i lepszy od niektórych z nich…

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane