Czarno na białym

Siedmiu samurajów (1954)

Ponadtrzygodzinna uczta kinomana. Satysfakcja gwarantowana.

Autor: Mariusz Czernic
opublikowano

Nie jest łatwo pisać o filmie, o którym napisano niezliczoną ilość artykułów. Szczególnie gdy opinia nie różni się od opinii większości. Każde zdanie może brzmieć jak truizm. Postaram się nie nadużywać słowa arcydzieło, gdyż ono tak naprawdę nic już nie znaczy. A w przypadku Siedmiu samurajów Akiry Kurosawy to określenie jest niewystarczającym argumentem, zbyt banalnym jak na tego typu kino. Bo mimo iż w warstwie fabularnej głównym czynnikiem jest prostota, to arsenał użytych środków jest skomplikowany. Zróżnicowane zachowania bohaterów, dynamiczna praca kamer, rytmiczny montaż czy harmonijny strumień dźwiękowy – to wszystko wpływa na emocje widza i sprawia, że film niezmiennie od lat wzbudza zachwyt u odbiorców w każdym wieku i pod każdą szerokością geograficzną.

Niewielu jest gotowych do walki, większość liczy na to, że walczyć będą inni.
Sun Tzu – Sztuka wojny

Do odparcia ataku czterdziestu bandytów wystarczy siedmiu dobrze wyszkolonych wojowników. Do wykreowania prostej, lecz prawdziwie epickiej i uniwersalnej w swym przekazie historii potrzebny jest znacznie większy sztab ludzi. Ale wszystko zaczęło się od genialnego w swej prostocie pomysłu, który opracowało trzech zdolnych pisarzy: Akira Kurosawa, Shinobu Hashimoto i Hideo Oguni. Biorąc przykład z amerykańskich westernów, stworzyli oni świat złożony z trzech grup. Pierwsza to obrońcy prawa i porządku – rewolwerowcy zastąpieni roninami. Drugą grupę reprezentują  pozbawieni honoru bandyci. Trzecią tworzy społeczność, którą pierwsza grupa ma bronić przed drugą. W tę skostniałą formułę japońscy autorzy tchnęli nowe życie. Powstał obraz dynamiczny, który mimo chropawej faktury i monochromatycznych kadrów inspiruje i zachwyca kolejne pokolenia odbiorców.

Na naszych oczach rozgrywa się przygoda, podczas której dramat łączy się z humorem, łzy ze śmiechem, bitewny wrzask z cichym oczekiwaniem na to, co nieuniknione.

Z amerykańskich westernów zaczerpnięto również zbiór cech charakteryzujących głównego bohatera. Nawet jeśli ma coś na sumieniu, to ostatecznie poświęca swój czas i umiejętności dla dobra zagrożonej wspólnoty. W przeciwieństwie do tych, których broni, jest samotny – nie ma rodziny i poza życiem ma niewiele do stracenia. Od reszty odróżniają go honor, niezależność i wyjątkowa siła charakteru. Taki jest bohater zbiorowy filmu Kurosawy – siedmiu ludzi, którzy w ogniu bitwy czują się jak w domu.

Jak na film, którego fabułę można streścić w jednym zdaniu, zaskakuje jego długość. Dwieście minut – tyle dokładnie czasu należy poświęcić, by go pochłonąć w całości. Hitchcock powiedziałby, że to czas przekraczający wytrzymałość ludzkiego pęcherza. Ale Siedmiu samurajów ogląda się jednym tchem, bez chwili znudzenia, nie oczekując przerw reklamowych, lecz chłonąc poszczególne sceny, używając jednocześnie wzroku, słuchu, intelektu. Na naszych oczach rozgrywa się przygoda, podczas której dramat łączy się z humorem, łzy ze śmiechem, bitewny wrzask z cichym oczekiwaniem na to, co nieuniknione.

Samuraj powinien przyswoić zasadę, że nie wolno mu w żadnej sytuacji okazać słabości. Nawet w drobnych sprawach ujawniają się najgłębsze tajemnice ludzkiego serca.
Tsunetomo Yamamoto – Hagakure

Warto zwrócić uwagę, w jaki sposób zaprezentowano tu wieśniaków. Nie są to ludzie jednoznacznie dobrzy, nie są też takimi ofiarami, na jakich pozują. W grupie wychodzi z nich zwierzęca natura – bambusowymi pikami potrafią zatłuc człowieka, by go ograbić. Pojedynczego samuraja są w stanie zabić, jeśli mają przewagę i jeśli zdadzą sobie sprawę, że mogą na tym zyskać. Z powodu kilku cech charakteru, takich jak impertynencja czy zdolność do kradzieży i morderstwa, przypominają bandytów i wywołują tym samym pogardę samurajów, dla których sens życia to przestrzeganie określonych reguł. Pojawia się więc pytanie, czy dla takich ludzi warto ryzykować życie? Czy warto się poświęcać, mimo że oprócz satysfakcji i miski ryżu nie dostanie się niczego w zamian? Odpowiedź jest prosta: dla samuraja dobra materialne nie mają znaczenia, gdyż bogactwo jest przeszkodą w dążeniu do mądrości. Na postawę tych wojowników ma wpływ również współczucie, bo jak pisał Tsunetomo Yamamoto w zbiorze Hagakure „samuraj z samą tylko odwagą, bez współczucia, niechybnie przepadnie”.

To, co odróżnia ten film od hollywoodzkich westernów, to przede wszystkim wszechobecna nerwowość. Dla porównania W samo południe (1952), będące klasycznym reprezentantem swojego gatunku, pozbawione jest gwałtowności, napięcie rośnie bardzo powoli i spokojnie. W filmie Kurosawy narastające napięcie przed wielką bitwą ukazane jest bez takich subtelności. Dominuje ruch, trudno opanować emocje. Na twarzach postaci widać prawdziwą rozpacz i gniew, a nawet totalną, niczym nieskrępowaną wściekłość. Reżyser pozwala swoim aktorom krzyczeć i robić najróżniejsze miny. Przoduje w tym Toshirô Mifune w roli człowieka bez imienia (na pytanie o imię odpowiada „Zapomniałem. Możesz mi jakieś nadać”). Jego niezwykła ekspresja sugerująca wewnętrzny niepokój ma podkreślać, że nie jest on prawdziwym samurajem. Bo zgodnie z regułami kodeksu samuraj powinien dążyć do osiągnięcia duchowej harmonii. Kikuchiyo (takie imię ostatecznie do niego przylgnie) jest niespokojny, ponieważ wychowywał się w nędznej wiosce, wśród ludzi słabych, nie znających honoru. Jego wnętrze rozsadza pogarda, ale i współczucie. Na jednym ramieniu dźwiga ciężar swojego pochodzenia, ale na drugim – brzemię wynikające z dołączenia do samurajów, którym pragnie zaimponować.

Ostatnio dodane