Czarno na białym

NINOCZKA

Boska Greta Garbo w swojej pierwszej komedii, czyli klasyka kina przez duże K.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

„Garbo się śmieje!”

Takim hasłem reklamowano film Ernsta Lubitscha z 1939 roku. Było to oczywiste nawiązanie do promocji pierwszej dźwiękowej produkcji ze szwedzką diwą – Anna Christie (1930) – którą do kin wprowadziła z kolei kampania „Garbo mówi!”. Ta gra słów nie była do końca prawdą, gdyż już w paru wcześniejszych tytułach posągowa piękność miała sceny o wyraźnie komediowym zabarwieniu, w których udało się jej nieco wyjść poza niewzruszony poziom ekspresji. Niemniej dopiero w Ninoczce wybucha na cały głos autentycznie szczerym śmiechem. I to wystarczyło nie tylko, aby zagonić na seans tłumy widzów, ale i w ogóle osnuć wokół samego pomysłu cały scenariusz.

Sympatyczna satyra na komunistyczny system epoki Stalina w starciu z dobrobytem i możliwościami zepsutego Zachodu.

Rzecz wyszła od krótkiej historii Melchiora Lengyela, rozbudowanej później między innymi przez samego reżysera, jak i innego legendarnego twórcę X muzy – Billy’ego Wildera. Wyraźnie czuć tu zatem pewną lekkość podszytej dużą dawką humoru i ironii fabuły. Rzeczona scena śmiejącej się Garbo – jakby nie było dotychczas nadwornej zimnej kobiety z rodzaju femme fatale – znajduje się dokładnie w środku opowieści. Szczęśliwie nie tylko tym jednym momentem film stoi, zarówno przed i po tym nagłym wybuchu euforii oferując odbiorcy znacznie więcej różnorakich atrakcji. Mało tego! W ogólnym rozrachunku wydaje się on być najsłabszym ogniwem Ninoczki

Blisko dwugodzinny hit studia Metro-Goldwyn-Mayer to przede wszystkim sympatyczna satyra na komunistyczny system epoki Stalina w starciu z dobrobytem i możliwościami zepsutego Zachodu. Oto do Paryża zajeżdża trzech wysłanników mateczki Rosji z zadaniem sprzedania skonfiskowanych niegdyś klejnotów księżnej Swany. Panowie łatwo ulegają pokusom nowych doświadczeń, meldując się między innymi w najdroższym hotelu w mieście. O ich obecności szybko dowiaduje się mieszkająca również w stolicy Francji Swana, która zrobi wszystko, by odzyskać swoją dawną własność. Sięga po pomoc czarującego dyplomaty, jakim jest hrabia Leon d’Algout (imponujący opanowaniem Melvyn Douglas). Wtedy Kreml wysyła nieprzejednaną Ninę Iwanowną Jakuszową, czyli tytułową Ninoczkę (rzecz jasna w tej roli Greta Garbo). Jej przybycie oznacza: dla towarzyszy niemiły powrót do dyscypliny i propagandowych hasełek; dla hrabiego problemy emocjonalne; dla reżysera okazję do obśmiania hołubionych przez „czerwonych” wartości; a dla widzów całą masę bezpretensjonalnej zabawy z nutką romantyzmu.

Intryga jest tu zatem, mimo wszystko, pretekstem. I tak całość często wpada w sidła schematów znanych z każdej późniejszej komedii romantycznej. Stąd na przykład wynika słabość wspomnianej już wielokrotnie salwy śmiechu, która prowadzi do zbyt drastycznej, a przez to mało wiarygodnej przemiany towarzyszki Grety. Początkowo chodząca kłoda drewna – acz nie pod względem aktorskim, gdyż Garbo świetnie poradziła sobie z tym niełatwym, poniekąd zrywającym z jej dotychczasowym wizerunkiem występem – Ninoczka niemal ze sceny na scenę kompletnie zmienia swój sposób bycia oraz podejście do życia (rym niezamierzony, gdyż rymy zamierzone szkodzą zaangażowaniu czytających kamratów). Ze swoistej biurwy swoich czasów staje się kochającą i kochaną, odrobinę zagubioną w nowych realiach, pociągającą kobietą z krwi i kości, która czuje, bawi się i… pięknie upija (moment, który u i tak uprzedzonej nieco do swojej roli aktorki wzbudził największe wątpliwości, gdyż uważała go za zbyt wulgarny).

Już choćby dla tych scen warto pokusić się o seans. Choć ten, pomimo drobnych nieścisłości, niedociągnięć i – z dzisiejszej perspektywy dość ewidentnej – przewidywalności kolejnych wydarzeń, to wciąż bardzo przyjemne doświadczenie. Śmiem twierdzić, że jedno z lepszych w gatunku. Emocje są tu szczere, wszelkie docinki i śmichy-chichy z ZSRR – gdzie, jak nietrudno się domyślić, filmu zakazano – autentycznie bawią (jak donoszą plotki, niektórych z pierwszych widzów tak bardzo, że aż pęcherze nie wytrzymywały). Wszystkie postaci doskonale obsadzono (na trzecim planie pojawia się na chwilę także… Bela Lugosi), a chemia pomiędzy Garbo i Douglasem jest niezaprzeczalna i, w przeciwieństwie do przemiany Ninoczki, łatwo w nią uwierzyć, kibicować związkowi ponad podziałami. To wystarczy, aby banan i ciekawość nie schodziły z twarzy aż do (zwyczajowo krótkich) napisów końcowych.

To wyjaśnia także generalne uwielbienie do filmu nie tylko w momencie niewygodnej, bo mającej miejsce tuż po wybuchu II wojny światowej premiery (mimo to film zdołał swoje zarobić), ale też i dziś, blisko osiemdziesiąt lat później. Tłumaczy to też wysyp oscarowych nominacji – dla filmu roku, w kategoriach scenariuszowych oraz dla samej Garbo, dla której było to również czwarte i zarazem ostatnie takie wyróżnienie – ostatecznie pozostających w starciu z Przeminęło z wiatrem bez szans, ale jednak stosownych. Na oklaski zasługuje tu zwłaszcza legendarna dama dużego ekranu. Ikona kina miała wyjątkowo trudne zadanie, z którym poradziła sobie wybornie oraz nad wyraz gładko, sprawiając, że jej bohaterkę obserwuje się z niesłabnącą fascynacją nie tylko przez wzgląd na wrodzone piękno czy charyzmę.

Nie powinno więc dziwić, że Ninoczka jako postać pociągnęła za sobą szybko wielu naśladowców i stała się prawdziwą inspiracją dla kolejnych pokoleń aktorów (wliczając w to… Arnolda Schwarzeneggera, który wzorował się kamienną miną i akcentem Garbo w Czerwonej gorączce). Jej komunistyczny imidż à la Terminator i następujący po nim, łagodzący duszę, radosny śmiech godny dziecka były tak (nie)oczekiwanym wydarzeniem i na tyle mocnym kontrastem, że na stałe zapisały się w kinematograficznych annałach. Wszak, jakby nie patrzeć, to jeden z pierwszych tytułów, które przychodzą na myśl o Garbo, choć ta zagrała przecież w trzydziestu innych produkcjach, nierzadko bardziej wymagających. A tymczasem to właśnie Ninoczka stała się ulubieńcem tłumów, kładąc się niejako cieniem na reszcie równo dwudziestoletniej kariery. Paradoksalnie był to też jeden z ostatnich występów Grety Lovisy Gustafsson przed kamerą. Potem zagrała już tylko w Dwulicowej kobiecie George’a Cukora i na dobre odeszła w cień, przekonana o tym, że swoje dla kina zrobiła i nie ma już w nim dla niej miejsca.

Sam film również wielokrotnie odświeżano – czy to koloryzując go, czy, jak w przypadku Hiszpanii, nagrywając całkowicie nową ścieżkę dialogową i muzykę, którą podłożono również w miejscach, gdzie uprzednio jej nie było (autorem oryginalnej ilustracji muzycznej był Werner R. Heymann). Czy też po prostu rimejkując go, jak to miało miejsce w 1957 roku przy okazji musicalu Jedwabne pończochy z Fredem Astaire’em oraz w latach 60., kiedy to w odstępie zaledwie pięciu lat powstały dwie wersje telewizyjne.

Reżyser i jego gwiazda w przerwie między ujęciami.

„Oh, Ninotchka, Ninotchka…”

Tak wzdycha raz do Garbo ekranowy hrabia – podobnie jak to w kolorze robiły potem liczne kobiety w odniesieniu do Bonda, Jamesa Bonda. I taka też jest Ninoczka – to równie bezpretensjonalny film, który łatwo pokochać, nie bacząc przy tym na jego niedoskonałości i drobne wpadki. Magia kina? Nieśmiertelny czar Grety? Efekt jej (u)śmiechu? Myślę, że wszystko naraz.

Ostatnio dodane