Czarno na białym

NA ZACHODZIE BEZ ZMIAN. Tam, gdzie umierają ideały

Bezwzględna, zimna i nie biorąca jeńców pocztówka z wojny. Każdej.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

To najbardziej okrutny film, jaki dotychczas powstał w Hollywood.

Jest tu zresztą wielu innych specjalistów w swoich dziedzinach, pozwalających nam mocniej uwierzyć w nasz (z pewnością bliski) tryumf. Mamy też spory budżet (ponad milion dolarów!!!) gwarantujący odpowiednią widowiskowość oraz wysoki realizm scen. Jest też kilka kobiet, bo mamy parę scen miłosnych (tylko błagam! Nic sobie tam nie myśl, bo to nie takie sceny! I nie zadręczaj mnie pytaniami na ten temat!). Nie powiem, podnosi mnie to wszystko na duchu w tych najgorszych momentach… No i – bo zapomniałem Ci o tym uprzednio wspomnieć – kręcimy też z dźwiękiem! Niezmiernie ekscytuje mnie ten fakt. Ale też i odrobinę stresuje, bo nie wiem, jak wypadnę pod tym względem. Niby dykcję mam dobrą, ale to taki nowy wynalazek… Co prawda słyszę też głosy o tym, że ma być dłuższa, niema wersja naszego filmu. Ale skoro już walczymy z całych sił, kawałek po kawałku zajmując kolejne metry taśmy, to chyba także i o to, aby jak najlepiej oddać wszystkie te wojenne realia, więc bez dobrego dźwięku ani rusz. Chłopaki też tak sądzą.

Ja i statysta, którego musiałem zabić

No właśnie, fakty. Bo nie napisałem Ci w końcu najgorszego. Ja wiem, że Ty wiesz, po co tu jestem. Lecz sama świadomość tego, a fakt dokonany, to dwie różne rzeczy, wierz mi. Więc muszę Ci napisać, że dzień w dzień nie tylko nudę, strach czy własne słabości zabijamy, ale głównie innych aktorów. Takich samych jak my, jedynie noszących inne uniformy, mówiących w obcym, śmiesznym dla nas języku. I ja wiem, że to tylko na niby, ale to i tak nic nobliwego. Ani pięknego. Zobaczysz to zresztą sama na premierze – tylko uprzedzam już teraz, nasz film jest bardzo krwawy. Jak mówią niektórzy za kulisami, to najbardziej okrutny film, jaki dotychczas powstał w Hollywood. Wszystko oczywiście w dobrej wierze i słusznej sprawie, no ale jednak. Niektórzy moi kompani nie mogą się z tym pogodzić. Jeden zdezerterował i już go od tej pory nie widzieliśmy, a kilku jest na skraju psychicznego załamania. Raz było bardzo gorąco, kiedy w samym środku ostrzału, ktoś nagle zaczął drzeć się wniebogłosy tak głośno, że aż musieli go uciszyć siłą i wynieść poza kadr. Na szczęście reżyser nie zdążył tego zauważyć, bo było by po nas.

Bywa, że ja też nie czuję się dobrze z tym brzemieniem, jakie na mnie odgórnie narzucono, i nie czerpię przyjemności z faktu, że choćby dziś rano musiałem zabić swojego kolejnego statystę, mając dosłownie jego krew na rękach (sztuczną, ale jakże przekonującą!). Ale mam też świadomość, że nikogo to tak naprawdę nie obchodzi, bo jestem tylko małym trybikiem w tej olbrzymiej, dobrze naoliwionej maszynie; częścią większego planu, którzy układali mądrzejsi i bardziej obyci ode mnie. Niemniej jest to męczące, wyczerpuje cię gdzieś w środku ducha. Zwłaszcza że pozbawiłem życia już tylu innych chłopców z planu, a końca zdjęć nadal nie widać. Nasz film ma wszak ponad dwie godziny, więc trzeba trochę materiału zdobyć – niekiedy tego samego, tylko z różnych stron. Przyznam Ci z wielkim bólem, że jestem tym wyczerpany. Szczęśliwy, że żyję i dostałem swoją szansę udowodnienia własnej wartości na polu chwały. Ale zmęczony. I to chyba widać również bez charakteryzacji (co bardzo cieszy reżysera).

Nie lękaj się – to tylko fotomontaż!

Także nie przeraź się, bardzo proszę, gdy mnie zobaczysz. Już niedługo, bo za dwa tygodnie obiecali nam przepustki na weekend, więc będę mógł na moment zajrzeć do was – uścisnąć dłoń dumnemu jak paw ojcu, przytulić Cię i dać Ci trochę fantów, cichaczem wykradzionych z poszczególnych lokacji oraz z rekwizytorni. Mam też nowego, cudem złapanego motyla dla Erny (tylko ciii!), której z radością sprzedam także kuksańca, gdy się zobaczymy. Już odliczam dni – wedle zasady Kata, tylko te, które minęły, a nie te, które zostały. Dzięki temu czas wydaje się szybciej zlatywać. Także już niedługo się zobaczymy (właściwie to już możesz mnie wypatrywać, bo trochę to potrwa zanim dostaniesz ten list). A tymczasem nie martw się o mnie. Nawet jeśli ta złudna wojna szybko się nie skończy, to ja na pewno do Ciebie jeszcze wrócę. W końcu jestem głównym bohaterem, prawda?

Twój

Paul

PS Czyli Lew Ayres! Widzisz, jak się przyzwyczaiłem do własnej postaci…

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane