Czarno na białym

FILADELFIJSKA OPOWIEŚĆ

Cary Grant, Jimmy Stewart i Katharine Hepburn razem? To musi być najlepszy film w historii!

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Loffcianie z klasą

Dawno, dawno temu, kiedy Europa uginała się pod nazistowską potęgą, amerykański przemysł filmowy kwitł w najlepsze. Dawno, dawno temu, jedna z jego niekwestionowanych gwiazd wszechczasów – Katharine Hepburn – uznawana była w środowisku za finansowego Titanica, gdyż każda jej kolejna produkcja szła na dno, kosztując przy tym krocie. Dawno, dawno temu, gdy w Hollywood rządziły nazwiska pokroju Josepha L. Mankiewicza i George’a Cukora, a w sercach widowni niepodzielnie gościli (wciąż jeszcze młodzi) Cary Grant i James Stewart, komedie romantyczne tworzyło się z prawdziwym, godnym Oscarów pietyzmem. To właśnie wtedy – blisko 80 lat temu – powstał być może najbardziej wyrafinowany reprezentant tego gatunku.

Na produkcję Mankiewicza nie tylko dobrze się dzisiaj patrzy, ale i znakomicie się jej słucha.

Zaczyna się wybornym wręcz prologiem, który niczym lewy sierpowy od razu ustawia cały film. Oto w wielkiej wilii, po jeszcze większej małżeńskiej kłótni na „do widzenia” pomiędzy C. K. Dexterem Havenem a Tracy Lord (czyli Grantem i Hepburn), ten pierwszy niemal dosłownie wbija w ziemię swą lubą, po czym odwraca się na pięcie i odchodzi w siną dal. W dwa lata później panna Lord znowu planuje ożenek – tym razem oczywiście z bardziej dystyngowanym gentlemanem (nieskazitelny aż do przesady John Howard). Nie umyka to uwadze plotkarskiego pisma o wszystko mówiącej nazwie Spy, które zatrudnia znudzonego pisarza (Stewart) i fotografkę (Ruth Hussey) do stworzenia szczegółowej relacji z całego wydarzenia. We wbiciu się na imprezę pomóc ma im nie kto inny, jak Dexter Haven, który bardzo chętnie odegra się na swojej byłej. Ta jednak szybko demaskuje cały ten misterny plan i tak drugi najlepszy dzień jej życia zamienia się w pyszną zabawę w kotka i myszkę.

Filadelfijska opowieść z 1940 roku była piątym filmem Cukora z Hepburn w roli głównej (z dziesięciu ostatecznie nakręconych) oraz, po Sylvii Scarlett, Drapieżnym maleństwie i Wakacjach, czwartym i ostatnim, w którym na ekranie towarzyszył jej Grant – tutaj, mimo tak zwanego top billing, czyli umieszczenia w napisach na pierwszym miejscu, zepchnięty trochę na drugi plan. Poniekąd jego miejsce zajmuje Stewart, który za swoją częściowo pijacką rolę odebrał później Złotego Rycerza, pokonując tym samym takie sławy, jak Charles Chaplin, Henry Fonda i Laurence Olivier, nominowanych kolejno za Dyktatora, Grona gniewu oraz Rebekę. W porównaniu z nimi występ Stewarta wypada co prawda trochę jak urzekająca ciekawostka, ale trudno napisać, że aktor sobie na laury nie zasłużył (mimo iż sam zainteresowany tak właśnie myślał). Znamienne zresztą, że na statuetce, którą otrzymał walnięto byka w słowie „Philadelphia”. Tymczasem nominowane także w pięciu innych kategoriach The Philadelphia Story otrzymało jeszcze Oscara za najlepszy scenariusz Donalda Ogdena Stewarta (nie spokrewnionego z Jimmym autora późniejszego Niezapomnianego romansu) – i jemu też trudno cokolwiek zarzucić.

To film „gadany” i jak na ten rodzaj kina przystało, dialog dosłownie tutaj płynie, a riposty, którymi przerzucają się bohaterowie, to niekiedy czyste złoto. Dziś coś takiego nie miało by prawa bytu, bowiem słowa są tu aż nadto wysublimowane jak na język potoczny. I tylko częściowo tłumaczy to fakt umieszczenia akcji w środowisku burżuazji, do której wielkomiejscy bohaterowie Stewarta i Hussey już się wszak nie zaliczają (co udowadnia piękna wymiana zdań w bibliotece). Trudno też aby gagatek pokroju C.K. Dextera Havena – dane personalne którego z takim zaangażowaniem wykrzykuje w jednej ze scen właśnie Stewart – nie mógł pozwolić sobie na mniej szykowne dobory językowe. A jednak! Tak po prostu wtedy się mówiło i obyczajowość rzadko kiedy pozwalała na więcej – zwłaszcza w przyjaznych publice filmowych hitach sezonu, do miana którego Filadelfijską opowieść szykowano przecież od samego początku.

Jest jednak w tej słownej galanterii sporo szczerego uroku, który sprawia, że na produkcję Mankiewicza nie tylko dobrze się dzisiaj patrzy (zwłaszcza, że nocne zdjęcia Josepha Ruttenberga są klasą samą dla siebie), ale i znakomicie się jej słucha. Nie dziwi zatem, że po gigantycznym sukcesie kasowym filmu – ponad trzy miliony wpływów przy liczącym sobie niespełna 1/3 tej sumy budżecie – na świat wysypały się liczne adaptacje radiowe i w jednej z nich trójka głównych aktorów nawet powtórzyła role. I nie bez kozery, bowiem jak większość tytułów z tamtego okresu, także i ten wywodzi się z desek Broadwayu, gdzie w sztuce Philipa Barry’ego błyszczała właśnie Hepburn w roli już wtedy skrojonej jakby pod nią.

Hepburn nigdy wcześniej, ani później nie prezentowała się na taśmie filmowej tak olśniewająco dobrze, jak właśnie tutaj.

Filmowy wizerunek Tracy Lord – niesfornej, rozpieszczonej i trochę zepsutej gwiazdy, o której mówi cały świat, a w której sekretnie kocha się połowa męskiej populacji – jedynie podkręcono w tą stronę. Zresztą sama Hepburn mogła ponownie wcielić się w daną postać na dużym ekranie tylko i wyłącznie dlatego, że prawa do materiału wykupił wcześniej i sprezentował jej Howard Hughes, z którym się wtedy niezobowiązująco spotykała. Tak ustawiony wielki comeback w istocie zmienił jej dotychczasowe szczęście – a raczej jego brak – na lepsze. A ona sama chyba nigdy wcześniej, ani później nie prezentowała się na taśmie filmowej tak olśniewająco dobrze, jak właśnie tutaj – i to niezależnie od okoliczności przyrody, na które składa się nie tylko okazjonalny kac czy liczne pojedynki z Grantem, Stewartem i Howardem, ale też znakomicie uzupełniający się duet z nieodżałowaną Virginią Weidler, czyli dzieckiem potrafiącym w bardzo prosty sposób ukraść dla siebie kilka „dorosłych” scen.

Całe to aktorskie dobro, zgrabna realizacja i bezbłędna chemia, która podarowała twórcom kilka wybornych improwizacji bynajmniej nie przytłaczają samej fabuły. Ta jest odpowiednio, acz nie do przesady inteligentna, potrafi pozytywnie zaskakiwać i wzorowo trzymać w napięciu niemal do samego końca. I choć nie jest to film, który zabija klina, bądź śmiechem – w sumie może to i lepiej – to jednak przez niecałe dwie godziny seansu banan dosłownie nie schodzi z twarzy, a całość ogląda się wprost wybornie. I to nie tylko dzięki towarzyszącej projekcji swoistej nutce tęsknoty za minioną erą czarno-białych konwenansów. Sto procent świeżości wśród krytyków po blisko 80 latach od premiery mówi zresztą w tym wypadku wszystko. I chociaż osobiście wyżej cenię sobie chociażby Arszenik i stare koronki czy Harveya, to i na Filadelfijskiej opowieści zawsze bawię się równie znakomicie.

Bo to po prostu taki ponadczasowy film i klasyka pełną gębą. Przykład pozytywnego, natchnionego rzemiosła, jakiego dziś już – ach, truizm! – się po prostu nie kręci. A jeśli się kręci, to i tak nie wychodzi równie dobrze. Bo też i nie ma obecnie gwiazd takiego kalibru, jak Hepburn, Grant czy Stewart. Zresztą jeszcze za ich życia próbowano powtórzyć ten sukces, tworząc… muzyczny remake. Wyższe sfery z 1956 roku, mimo Binga Crosby’ego, Grace Kelly i Franka Sinatry w obsadzie oraz licznych hitów w ścieżce dźwiękowej były jednak tylko cieniem oryginału – nie tak zabawne, nie tak dosadne i, paradoksalnie, bez tej samej klasy tytułowych sfer. Przez grzeczność nie można zaprzeczyć. Reszta jest, jak to mówią, milczeniem.

Ostatnio dodane