Czarno na białym

DZIKI

Autor: Karolina Dzieniszewska
opublikowano

Kiedy Dziki pojawił się na ekranach amerykańskich kin, był filmem o moralizatorskim potencjale, który chyba miał budzić w widzach chęć zaangażowania się w społeczną dyskusję dotyczącą przemocy wśród młodych ludzi czy bumelanctwa… Jednak rewolucyjny potencjał, który ze sobą niósł, sprawił, iż dzisiaj można mówić, że dzieło László Benedeka wyprzedzało swój czas, zapowiadając nie tylko nadchodzący nurt kina kontestacji, ale czyniąc również z Marlona Brando ikonę lat 50. Brytyjczycy najwyraźniej wyczuli to zawczasu, zakazując wyświetlania Dzikiego przez kilkanaście lat.

Film Benedeka jest ekranizacją opowiadania Franka Rooneya, który stworzył swój tekst na podstawie notki prasowej donoszącej o zamieszkach w Hollister w stanie Kalifornia. Małe miasteczko rzekomo zostało zalane przez falę kilku tysięcy motocyklistów, którzy przyjechali na lokalne wyścigi, będące tylko dodatkową okazją do dobrej zabawy i rozróby. Media donosiły o terrorze młodych, używając iście piekielnych porównań. W rzeczywistości straty okazały się doprawdy niewielkie, ale zdjęcie jednego z jurnych motocyklistów siedzącego na swojej maszynie z kuflem piwa wbiło się w pamięć Amerykanów. Incydent w Hollister ostatecznie miał tak duży wpływ na społeczeństwo, że niektórzy uważają go za początek mitu o wyjętych spod prawa gangach motocyklowych.

Wydaje się, że podobne myśli przyświecały reżyserowi, który na początku filmu umieszcza planszę informującą widza, że to, co zobaczy na ekranie, nigdy nie powinno mieć miejsca – sugerując tym samym, że owa „szokująca historia” będzie miała dramatyczne skutki – a my wszyscy (w domyśle: amerykańskie społeczeństwo) jesteśmy odpowiedzialni za to, aby więcej się nie powtórzyła. Czy jest więc to przestroga? Cóż, i tak, i nie. Benedek praktycznie od razu przełamuje konwencję, kiedy tuż po tym, jak plansza znika, na tle szerokiej, pustej jeszcze drogi, rozlega się głos głównego bohatera mówiącego z wahaniem, iż być może mógł zapobiec rozwojowi wypadków, ale zarazem nie potrafił się oprzeć; po raz pierwszy czuł się rozumiany dzięki dziewczynie i coś się w nim zmieniło. Do końca filmu Johnny’ego Strablera (Marlon Brando) nie będzie stać na taką szczerość, jak ta z pierwszych minut, przeznaczona tylko dla widza. Zaraz potem historia wkracza na właściwe tory, wierne medialnej tkance, i pojawia się motocyklowy gang.

Grupa młodocianych motocyklistów przyjeżdża znikąd i donikąd zmierza, niekiedy zatrzymując się w małych miasteczkach. Z jednego z nich zostaje przegoniona, chociaż udaje im się ukraść trofeum z motocyklowych zawodów, które się tam odbywają. Przybywając więc do innego, by kontynuować dobrą zabawę w trasie. Wszędzie są niechciani oraz wrogo traktowani, ale zdaje się, iż to tylko podsyca ich buńczuczne zachowania. Johnny, niejako przywódca bandy, decyduje się zatrzymać na dłużej w miasteczku, a wszystko pogarsza moment, kiedy zjawia się inny gang – bo, jak się później okazuje, kiedyś obie grupy jeździły razem. Chino (Lee Marvin) prowokuje Johnny’ego, rozpoczynając tym samym lawinę zdarzeń doprowadzającą do groźnego wypadku, za który chłopak będzie musiał odpowiedzieć. W tym samym czasie, kiedy miasteczko ulega terrorowi (co należy przyjmować bardzo umownie ze względu na dalszy rozwój akcji), między Johnnym a młodą kelnerką graną przez Mary Murphy rozkwita nić porozumienia.

Ostatecznie gang opuści kalifornijskie miasteczko z przekonaniem, że ewentualnych powrotów nie będzie, bo nikt nie przyjmie ich z otwartymi ramionami. Pozostawią po sobie wybite szyby, mnóstwo rozlanego piwa i stłuczonych kufli, ale także traumatyczne wydarzenie, które obnażyło prawdę o tym przytułku prawych ludzi. Benedek pozostawia bowiem jednak wiele w niedopowiedzeniach, ciągle zacierając granice między tymi, którzy są dobrzy, a tymi, którzy są źli. Początkowo jasne podziały doprowadzają do sytuacji, kiedy w szale i chaosie wydarzeń wszyscy bohaterowie zyskują drugie oblicza. Motocykliści nie zamierzają nikogo krzywdzić, a finalnie żądają sprawiedliwości, która nie będzie posługiwała się stereotypami o młodych rebeliantach. Miejscowy policjant zostanie postawiony przed wyborem między literą prawa a lokalnymi koneksjami. Dziewczyna, początkowo nieufna i niechętna, wreszcie wyjawi, iż Johnny być może jest jej jedyną szansą na wyrwanie się z dotychczasowego życia i miejsca.

Dotychczasowy spokój miasteczka był tylko chwilowym, kruchym układem, który nie wytrzymał finalnej próby oraz wymagał ingerencji szeryfa. Wcześniej każda interakcja między przyjezdnymi a miejscowymi sprawdzała się do serii wzajemnych prowokacji. W samych motocyklistach jest wiele witalnego szaleństwa na granicy anarchii, jednak kolejne epizody sugerują, że to tylko banda dzieciaków, która chciałaby dobrze się bawić. Sam Johnny ledwie półsłówkami wspomina, że oni wszyscy ciężko pracują w tygodniu, by w weekend mieć okazję wskoczyć na motor i pognać przed siebie.

To, co w Dzikim pozostaje najciekawsze, to ciągłe balansowanie między postacią młodego buntownika (rodzącego się dopiero na oczach widzów) a młodocianego przestępcy. Główny bohater jest najlepszym tego przykładem – jest zarazem przywódcą gangu i prowodyrem traktowanym przez nich jak guru. A co bardziej intrygujące, widz jest przekonany o tym tylko ze słów innych motocyklistów, bowiem Johnny nie robi w filmie nic widowiskowego – z drugiej jego postawa ma w sobie coś fatalistycznego. Zapytany o to, przeciwko czemu się buntują, odpowiada pytaniem „A co macie?/Co proponujecie?”, które chyba najlepiej wyraża jego bliżej niewyklarowaną niezgodę na zastaną rzeczywistość. Dopiero prawie dekadę później bohaterowie kina amerykańskiej kontestacji będą potrafili nazwać to, co Johnny odczuwa.

Zarazem mrukliwy i antypatyczny, ale także intrygujący i budzący współczucie. Jego upór sprawia, iż nie chce w żaden sposób dogadać się z miejscowym policjantem, ale konsekwentnie odmawia także jego pomocy pod koniec. Milcząco czeka na wyrok i równie bezsłownie odwdzięcza się dziewczynie, nie potrafiąc nijak inaczej jej podziękować.

Być może właśnie owe sprzeczności budowane przez detale, ale także wygląd Marlona Brando sprawiły, że wizerunek Johnny’ego stał się kultowy i zapoczątkował modę na „młodych gniewnych”, która dopiero rozwinie się pod wpływem twórczości beatników oraz muzyki rockowej. Ówczesna młodzież masowo kupowała skórzane kurtki oraz specyficzne czapki motocyklówki, niejako czekając na kolejne wcielenie tego typu (anty)bohatera – niecałe dwa lata później na ekranach kin pojawi się James Dean w równie kultowej roli w Buntowniku bez powodu. Natomiast Dziki pozostanie małym-wielkim dziełem o odrobinę westernowej strukturze, z jedną z najważniejszych ról Brando, mającego w sobie coś z nihilisty, a coś z romantycznego outsidera.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane