Czarno na białym

DAMA Z SZANGHAJU

Świetne połączenie reguł kina noir z inscenizatorską maestrią Wellesa.

Autor: Dawid Konieczka
opublikowano

W wielu przypadkach fantastyczny debiut stawał się dla młodego filmowca nie tylko przepustką do sławy, ale również swego rodzaju przekleństwem. Sukces doskonałego rozpoczęcia stawia bowiem poprzeczkę kolejnym filmom tak wysoko, jak dobre było początkowe dzieło, a nawet wyżej — oczekuje się przecież, że reżyser będzie coraz lepszy. Do pewnego stopnia takim przypadkiem jest reżyserska kariera Orsona Wellesa. Trudno przecież przebić taki debiut jak Obywatel Kane, przez większość krytyków i historyków kina do dziś uznawany za jeden z najwybitniejszych filmów wszech czasów. Na szczęście Welles nie pozostał twórcą jednego arcydzieła i kilka jego późniejszych utworów również zapisało się w dziejach amerykańskiej kinematografii. Jednym z nich jest nakręcony sześć lat po premierze Kane’a film noir Dama z Szanghaju.

Geneza Damy z Szanghaju wiąże się z ciekawą historią. Welles, który w 1946 roku reżyserował w teatrze W osiemdziesiąt dni dookoła świata, pilnie potrzebował funduszy na dokończenie realizacji sztuki, gdyż po wycofaniu się producenta Mike’a Todda finansował projekt z własnych pieniędzy, a te były już na wykończeniu. Zwrócił się do szefa Columbia Pictures Harry’ego Cohna z prośbą o zastrzyk gotówki, a w zamian zaoferował, że samodzielnie wyprodukuje, wyreżyseruje i napisze scenariusz do następnego filmu wytwórni. Cohn zgodził się, a za materiał źródłowy posłużyła książka Sherwooda Kinga, If I Die Before I Wake.

Dama z Szanghaju opowiada historię irlandzkiego marynarza Michaela O’Hary, który zostaje zatrudniony przez znanego prawnika Arthura Bannistera do pracy na jachcie. Bohater przystaje na propozycję nie tylko ze względu na zarobek, ale przede wszystkim z powodu obecności pięknej i młodej żony kalekiego adwokata, Elsy, którą poznał poprzedniej nocy. Między parą bohaterów wywiązuje się romans mimo faktu, iż Michael ma złe przeczucia co do całej sytuacji. Na jachcie do tej trójki dołącza wspólnik Bannistera, George, który wkrótce składa protagoniście niecodzienną propozycję. Chce sfingować własne zabójstwo, by otrzymać pieniądze z odszkodowania i zniknąć, a Michael, za stosowne honorarium, miałby przyznać się do zbrodni — dzięki temu udowodniona zostanie śmierć George’a, a skoro jego zwłoki nie zostaną odnalezione, główny bohater uniknie wyroku skazującego. Jak można się szybko domyślić, nic nie pójdzie zgodnie z planem, a przynajmniej nie tym Michaela.

Na poziomie fabularnym film Wellesa jest w znacznym stopniu typowym reprezentantem kina noir lat 40. Mamy tu wielowątkową, dość skomplikowaną opowieść z licznymi zwrotami akcji, która wymaga wyjątkowej scenariuszowej spójności, z czym reżyser radzi sobie doskonale. Intryga kryminalna przenika się z historią miłosną, a wszystkie wątki koniec końców zazębiają się i samodzielne dochodzenie widza do prawdy potrafi sprawić przyjemność, oczywiście pod warunkiem, że nadąży się za kolejnymi fabularnymi woltami (Damie… niejednokrotnie zarzucano bowiem przesadną zawiłość — sam szef Columbii miał ponoć zaoferować pieniądze temu, kto wyjaśni mu, o co chodziło). I chociaż filmowy spisek jest najwyższej próby, to nawet takiemu mistrzowi jak Welles zdarzają się niewielkie dramaturgiczne niespójności. Pierwsze trzydzieści minut utworu, poświęcone na zawiązanie wątków, jest nieco zbyt przeciągnięte (nawet jak na niespełna półtoragodzinny film), a scena na sali sądowej wyraźnie odstaje od reszty swoim ironicznym charakterem, zwłaszcza że następuje po niej niezwykle dynamiczna, świetnie nakręcona sekwencja finałowa.

Ostatnio dodane