Czarno na białym

Gasnący płomień (1940)

„Gasnący płomień” z perspektywy współczesnego widza może się wydać nie tylko niemodny, ale i zacofany. Oto film, w którym zniewolona przez męża kobieta popada w obłęd i nijak nie potrafi podjąć walki.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Staromodny terror wobec kobiety

Nową odsłonę czarnobiałego cyklu postanowiłem wykorzystać z uwagi na zbliżającą się światową premierę nowego filmu Darrena Aronofsky’ego Mother! oraz bardzo silne przekonanie współczesnego Hollywood, że kobiece postaci należy już tylko przedstawiać jako silne, niezależne oraz nierzadko wojownicze. Niedawny sukces komiksowej Wonder Woman przełożył się na takie myślenie, umocnił je właściwie, gdyż nie tak dawno mieliśmy również kobiecy skład Pogromców duchów, kobiecą Mumię, wypowiedź Michelle Rodriguez, że w serii Szybcy i wściekli brakuje mocnych ról dla pań, oraz Jessikę Chastain, która każdym swoim kolejnym filmem stara się udowodnić, że jej bohaterki są równie bezwzględne i niezłomne, co panowie (Crimson Peak. Wzgórze krwi, Sama przeciw wszystkim czy nadchodzące Molly’s Game).

To wszystko jest oczywiście uproszczeniem, ale na tyle silnie rezonującym z tymi, którzy kino rozrywkowe tworzą, oraz tymi, którzy je oglądają, że warto zadać sobie pytanie o to, czy jest to wynikiem faktycznego i świadomego działania ku umocnieniu takiego wizerunku wizerunku kobiet, czy też efektem za daleko posuniętej politycznej poprawności, mogącym wcale nie odzwierciedlać wszelakich przemian, lecz strach przed byciem posądzonym o zacofanie i uprzedzenia. W kontekście tych pytań psychologiczny thriller Gasnący płomień Thorolda Dickinsona z 1940 roku wydaje się tworem cudownie zwichrowanym, stojącym w kompletnej opozycji do dzisiejszych przekonań, które amerykańskie kino promuje.

Akcja filmu, przeniesiona ze sztuki teatralnej autorstwa Patricka Hamiltona, rozgrywa się w wiktoriańskiej Anglii i rozpoczyna w momencie mordu na Alice Barlow, starszej kobiecie, której zabójca następnie przeszukuje dom ofiary w celu znalezienia słynnych rodowych rubinów. I choć nie widzimy twarzy mordercy, dostrzegamy, z jakim uporem, a wręcz manią stara się osiągnąć swój cel – wszystkie pokoje wywraca do góry nogami, znalezione kosztowności, które nie są tymi poszukiwanymi, kompletnie ignorując. Rubinów jednak nie ma. Mija 20 lat. Do domu obok wprowadza się małżeństwo Paula i Belli Mallenów. On – dystyngowany dżentelmen, ponoć obcokrajowiec, ona – pochodząca z bogatego domu, krucha, po przebytym niedawno załamaniu nerwowym. Szybko jednak orientujemy się w sytuacji, która jest nie do pozazdroszczenia dla kobiety – Paul manipuluje Bellą, wmawia jej, że nieświadomie chowa ona różne przedmioty w domu, oraz widzi i słyszy rzeczy, których nie ma, stwarzając pozór choroby psychicznej. Równocześnie niemal każdej nocy mąż wychodzi do sąsiedniego, pustego domu…

Oryginalny tytuł filmu, Gaslight, jest ważny, gdyż od niego właśnie wziął się termin gaslighting, oznaczający dokładnie to, co czyni swojej żonie Paul – formę manipulacji drugą osobą prowadzącą do zakwestionowania przez nią swojego zdrowia psychicznego. Nie jesteśmy od razu poinformowani, że tym, który chowa obrazy bądź biżuterię, jest pan domu; obserwujemy nieswoją, neurotyczną żonę oraz męża, może i oschłego, ale wydającego się wiedzieć, że coś jej dolega. Dickinson sprytnie ustawia nas na początku filmu w podobnej pozycji, co Bellę, ślepo wierzącą w to, co powie Paul. Dopiero po chwili dostrzegamy, że jego pomoc jest w rzeczywistości pułapką, z której pozornie nie ma wyjścia – odcięta od swojej rodziny i przyjaciół, na łasce sadysty w białych rękawiczkach, bohaterka pogrąża się w autentycznym szaleństwie.

Za szatańskim planem głównego bohatera oraz tragedią jego żony kryje się niejako przyzwolenie społeczne, które z maltretowania uczyniło rozrywkę, kobietę pozbawiło głosu, a mężczyźnie dało pełnię władzy.

Nie potrzeba dużo, aby zmienić kogoś w kłębek nerwów, niepewną własnych czynów oraz wątpiącą swoim zmysłom ofiarę. Wystarczy kilka razy jej wmówić, że nieświadomie coś ukryła; jeden incydent może być przypadkiem, ale kilka już wystarczającym dowodem na słuszność tezy. Aby dobitnie podkreślić swój autorytet, Paul wciąga również osoby postronne, najpierw pokojówki (flirt z jedną z nich również jest nie bez znaczenia), budując przed nimi obraz żony jako osoby chwiejnej, chorej i niewiarygodnej, później zaś kompromitując ją publicznie podczas koncertu fortepianowego. To ostatnie skutecznie doprowadza do zamknięcia Belli w domu, uczynienia z niego swoistego więzienia, skoro ona nawet na zewnątrz nie potrafi panować nad sobą. Tytułowy płomień zaś dotyczy nowego wynalazku, jakim jest instalacja gazowa – za każdym razem, gdy główna bohaterka widzi przygasające światło w lampionie, wie, że w innej części domu ktoś zapalił drugą lampę. Jest już jednak tak zmęczona i wystraszona samą sobą, że kompletnie ignoruje ten logicznie wysnuty wniosek. Bella do samego końca pozostaje ofiarą Paula, niezdolną do jakiejkolwiek własnej decyzji bądź działania.

Ostatnio dodane